sobota, 2 lutego 2013

Polska Dusza i Nosorożce

"O tygodniku Lisickiego, jak chcesz, możesz mi napisać szczerze, co myślisz. Nawet chętnie poznam Twoje argumenty."
Mój ulubiony R...(jak Rozmówca internetowy).


Szanowny R. :)

Dawno napisałem.
"Guliwer i lilipuci" (link JUŻ NIE DZIAŁA)

Ostatnio próbowałem to ogłosić drukiem. Ale w Epei się nie zmieściło. Może nie pasowało do refleksyjnego, poetyckiego charakteru almanachu?
A może to bełkot? Nie wiem, ponieważ portal, na którym to opublikowałem, nie podaje liczby odsłon dla publikacji, dostałem tam tylko jednego like'a i ...żadnych komentarzy.

Dla Epei dokonałem ponownej adiustacji i dodałem przedmowę, która dodatkowo uzasadniała moje stanowisko wobec postaw niektórej części prawicowego środowiska "rozsądniaków".

Zainspirowany zachętą R., z nową nadzieją na ciekawą dyskusję, publikuję nie przyjęty do druku tekst.

--------------------------

Guliwer i lilipuci

Kris Rumiński


Motto

cytat z serwilistycznego wiersza Rymkiewicza:
Dwie Polski - jedna chce się podobać na świecie
I ta druga - ta którą wiozą na lawecie

To ja dziękuję, ja chcę Polski trzeciej...
Frankofil, bloger prawicowego portalu Fronda

Jeszcze nie obeschły łzy wdów, a do akcji przystąpili
spece od piaru, odkrywając dla polityki dziewicze
dotąd obszary funeralizmu, przypominającego w ich
wykonaniu psychodeliczny danse macabre.
Maciej Eckhard, ibidem.


Przedmowa

Prezentuję tekst napisany w zimie 2011 roku i opublikowany na portalu polis2008. 

Dzisiaj (12 6 2014) portal został już wyłączony .Jego właściciel jest teraz moim sąsiadem na blogspocie i zajmuje się Katastrofą Smoleńską, wyśmiewając ustalenia Komisji Macierewicza na równi z Raportem Anodiny. Strach się bać.(przyp. KR)

Przypomniałem sobie o nim dzisiaj, 21 listopada 2012 roku, prawie dwa lata później, wskutek krótkiej recenzji Wojciecha Wencla o książce – zbiorze tekstów „Spór o Rymkiewicza”.

Moje uwagi informacyjne o książce są trochę ryzykowne, część z nich opieram na zaufaniu do wrażliwości autora De profundis. Ale ryzykuję świadomie i nie boję się. Uważam, że wyrasta on na postać wybitnego komentatora naszych apokaliptycznych czasów.

Książki nie czytałem. Nie mam czasu. Mam robotę. Wolę jedną książkę Rymkiewicza, który „rekonstruuje mity polskiej wolności” (W.Wencel) i dociera do dna polskiej duszy, od dziesięciu sporów o niego, toczących się w atmosferze „prawicowej politycznej poprawności”, zerkającej na lewo: „nie przegiąłem z ta swoją prawicowością, należę jeszcze do towarzystwa?”

Od literatury mam swoich zaufanych krytyków. Wencel nie zaliczał się do nich. Ale kto wie? Póki co - w tej recenzji, zaufam mu. Bo potwierdza moje reakcje (patrz niżej) na teksty podobnej  grupy krytyków.

Do autorów książki należą Agata Bielik-Robson i … Paweł Lisicki (bohater tego tekstu). Czesław Michalski i … Piotr Skwieciński (też bohater). Marcin Król i Szczepan Twardoch. Tu zaskoczonego wielokropka nie stawiam. Ja go dotąd łączyłem z Arcanami i Rzeczpospolitą (w nowym rozdaniu, ale jednak). Kiedyś ceniłem za fragmenty literackiego dziennika w Arcanach. Zaciekawiony - zgromadziłem sobie jakieś jego pozycje książkowe z repertuaru historical fiction do wprowadzającej lektury. Ostatnio całkowicie mnie zniechęcił swoim kuriozalnym wręcz tekstem w Rzeczpospolitej „Polskość wymyślona na nowo”. Wencel podaje jego związki z …”Polityką”. 
Już się gubię. Zostawmy to. Przyjmijmy, że połączyłem autorów "sporu" w dwie "osobliwe" pary i jedną „normalną”.

Czy muszę tłumaczyć, dlaczego tak starannie sprawdzam środowisko, z którego pochodzi autor? Czy to już powszechna praktyka u czytelników eseistyki? Ten tekst nie jest wpisem blogowym, więc nie będzie łatwo sprawdzić. Ale niech to pytanie przynajmniej zawiśnie na tych kartach  Szacownych Gospodarzy mojego debiutu .

Ciekawe, że Wydawnictwo Fronda, z której ideowym profilem chcę się utożsamiać, opublikowała teksty prawie wszystkich autorów, którzy są „negatywnymi” bohaterami niniejszego tekstu. Obok wielu innych, pisanych w tym samym duchu, jak pisze Wencel, „nawet autorzy skądinąd sensowni(…) na temat Rymkiewicza wypisują zdumiewające brednie”. Właśnie, przekonają się państwo, że ja, dwa lata temu, będąc sam i nie mogąc się doczekać żadnej reakcji, miałem to samo wrażenie. W książce jest głos trzech, słownie trzech broniących, którzy starają się odczytać przesłanie mistrza Jarosława.
To wrażenie „deja vue” tak mnie uderzyło, że postanowiłem zaryzykować. I uwierzyć Wenclowi.

Sprawdzać?
A czy państwo sprawdzali by, co tam nowego wymodziła pani Agata, albo pan Marcin?
Tak? A to co innego. Proszę kupić książkę.
Nie? To mnie się już nie chce sprawdzać Skwiecińskiego. Ani Lisickiego. Macie moje wnioski poniżej.
Dzisiejsze elukubracje - sami sobie Państwo sprawdźcie!

A może opisana książka to chwalebny przejaw „pluralizmu” w sytuacji oddalających się światów? W przestrzeni kulturalnej „dziwnego kraju”. Na mój nos, nie jest. To nowa fronda prawicy. Lewoskrętna.

No dobrze, oto możliwe usprawiedliwienie, żeby nic nie sprawdzać tylko zrobić użytek z recenzji.
Tekst Szczepana Twardocha z Rzeczpospolitej, „Polskość wymyślona na nowo”. Krytyka wymyślania? Pudło! Polskość chcą nam wymyślać. Na nowo, ale prawicowo. Czy to nie jakiś przedziwny, apokaliptyczny znak ?

Wymyślanie, niemal podręcznikowo ilustrujące wspólnotę ideową pewnego odłamu literatów, którzy uważają się za strażników świętego ognia prawicy, a są w istocie nowymi lokatorami zamku, w którym zainstalowano kominek z imitacją ognia.

Zamiast dowodu postanowiłem zamieścić krótki tekst polemiczny z tekstem Twardocha, który woła o wyrównanie „krytycznego deficytu myślenia politycznego”.

Początek polemiki ze Szczepanem Twardochem

Najpierw reguła postępowania przywódców, z którą wszyscy powinni się zgodzić: Wszyscy, z wyjątkiem Makiawela.

Prawdziwy przywódca musi umieć - minimalizując zło – dążyć do dobra. Jego legitymacją nie są dobre chęci, świetlane perspektywy, usprawiedliwione porażki. Jego racją istnienia są efekty w pomnażaniu dobra. Czasem trzeba się cofnąć. Oprzeć się pokusie pójścia na skróty i złamania zasad, które ogłosił Ktoś, z kim nie ma dyskusji. I o których uczył prorok.

Można ją zastosować w praktyce?
Prawie nikt (prawie?, po prostu - nikt! ), nie potrafi całkowicie trzymać się takiej trudnej drogi. Upadki są często wybaczane. Często zaciekle wypominane. Według kaprysu zmiennej, jak to kobieta z aforyzmu Wergiliusza, bogini o imieniu Opinia. Nazwisko – kontrowersyjne, nie wiadomo, czy zaszczytne, czy hańbiące. Publiczna. 
Przykłady? Pinochet z jednej strony. I lewicowi zbrodniarze, pieszczochy tej pani, z drugiej. 

Jak się nie uda, zaczynają się potępieńcze spory. Odosobnione są jednak głosy ahistorycznej krytyki, że  zastosowano tę zasadę i ... proponowanie jej złamania.

Programowanie "upadków". Ex post, bo się nie udało.
"A może by tak?"
Stoimy sobie przy mapie z chorągiewkami, znamy już jeden, "nieudany wariant", więc się krzywimy wyniośle i wołamy o wyrównanie deficytu myślenia!
W sprawie, której już nie da się naprawić, poważnie proponować postąpić - jak, nie przymierzając -  Hitler, albo Stalin. No nie, tak to nie, najwyżej, jak Mussolini albo jakiś pomniejszy dyktatorek. Oni TEŻ przegrali, ale za to po drodze jaką pozycję zdobyli i ile ludzi musieli namordować!
Nowy kierunek historiozoficzny.
Pół biedy, gdy to beletrystyczna zabawa literacka.
Gorzej, gdy owocuje „poważną, rozsądną publicystyką”, vide - obiecujący pisarz historyczno – fantastyczny - sensacyjny, Szczepan Twardoch.
Oto jeden cytat, bo cały tekst jest tak pełen ahistorycznych zarzutów i spekulacji, że wymaga osobnej polemiki. Czekam, aż mądrzejsi ode mnie rozprasują ten tekst na miazgę. (I nie mogę się doczekać).
Ale jedno w tym tekście zasługuje na uwagę i zadumane zdziwienie:

Mianowicie nieprzyjęcie propozycji Hitlera, żeby wspólnie z nim napaść na Sowiety, ten publicysta, w końcu nie pierwszy lepszy, nazywa „potwornie błędną decyzją”.  Ki diabeł? Żadnych wątpliwości? Po prostu tak, z grubej rury? Dojrzał? Specjalista od precyzyjnego odwracania sojuszy i biegania między kroplami deszczu?

Dochowaliśmy się więc własnych, prawicowych krytyków postępowania honorowego i rozsądnego. Krytyków zawierania obronnych sojuszy z „moralnymi” potęgami światowymi. I proponowania w zamian, w imię zmniejszenia „krytycznego deficytu myślenia politycznego” wplątywania się w agresywne awantury między dwoma „diabłami”, z których każdy miał ogromny, nie dający się opanować, widoczny na odległość i śmierdzący do dnia dzisiejszego - apetyt na nasze ziemie, na naszą siłę i nasz honor. Jeden z nich jeszcze na naszą duszę.

Ale dlaczego tak nieśmiało? Proponuję odważniej.
Po co było odzyskiwać na marne 20 lat Polskę? Denerwować tych, którym przecież od historii, z bomby się należy nasza ziemia? Lepiej od razu trzeba było sobie ułożyć życie, w ramach jakiejś autonomii? Bez idiotycznych, polskich awantur? Po co te walki o Lwów, owocujące dwadzieścia lat później wołyńską hekatombą? Może wtedy już by nie było Polaków, bo Stalin i Ukraińcy by to stopniowo załatwili do tego czasu?

Nie lepiej po Bożemu i zgodnie z trendami światowymi? Może, tak jak Czechom, coś by samo wpadło w ręce? No i nie mielibyśmy tego diabelskiego dylematu: sojusz obronny, czy zaczepny?

Przecież Katyń – to była zemsta za wygraną Bitwę Warszawską.
A Palmiry, akcja AB i Oświęcim – za Powstanie Wielkopolskie i Śląskie. Można zresztą tak dalej. Ale szkoda klawiatury. Twardoch, gdyby włączył dopalacz w swoim rozumowaniu, podałby pewnie sam trochę przykładów, kiedy to szykowaliśmy sobie późniejszą klęskę.

Po co było lecieć, jak głupi pod Wiedeń? Nie lepiej było od razu sprzymierzyć się z Turcją i dać razem łupnia Moskwie, gdy jeszcze była słaba?

Ileż to jeszcze można ciągnąć. Co mamy sobie żałować!
Twardoch chciałby przerobić Polaków na jakiś inny naród. Też polski, tylko umiejący efektywnie i efektownie upadać. Na cztery łapy. Daje gwarancję, że byśmy upadli na cztery? Wolne żarty.

Ale naród polski - to dziwny naród., który wierzy, że silniejszy, nie musi wygrać!

Koniec polemiki

Jeszcze kilka uwag o moim tekście, tym po przedmowie, który mają Państwo obdarzyć swoją łaskawą uwagą.
Odnoszę się w nim między innymi do wypowiedzi Lisickiego i Skwiecińskiego o Rymkiewiczu, pochodzących sprzed dwóch lat. Tylko dwa lata? Wydaje się, że minęła cała epoka, żyjemy w innym świecie. Coś przemyśleli? Z ich publicystyki aktualnej wnoszę, że nieubłagany pochód faktów, niby marsz mnożących się mioteł czarnoksiężnika, stanowi dla nich powód do ostrożnej korekty w stronę, którą niedawno uważali za aberracyjną.

Ale tu nie chodzi o łaskawe rozpoznawanie faktów, groźnie podsuwających się pod same oczy. Chodzi o ich antycypowanie, o rozpoznawanie znaków. O intuicję eseisty, nie o dziennikarski węch. Wencel nie pozostawia złudzeń. W sprawie Rymkiewicza nic się nie zmieniło.


Nikogo nie namawiam. Ja nie wchodzę w to, ale proszę skonfrontować książkę i recenzję.

Mój tekst, przeczytany dzisiaj wydaje się wręcz naiwny.
Cóż. To tylko ówczesne świadectwo określonej wrażliwości, jakaż to tam kontr - krytyka literacka!
Dzisiaj, niejako tytułem referencji dla mojej, postanowiłem dodać świadectwo wrażliwości Wojciecha Wencla, usankcjonowanej nagrodą literacką im. Józefa Mackiewicza.

Oddam mu głos:
Istnienie Jarosława Marka Rymkiewicza jest dowodem na to, że nasza dziejowa misja wciąż trwa. Właściwie każda jego publiczna wypowiedź mówi nam, skąd przychodzimy, kim jesteśmy i co powinniśmy robić, by pozostać Polakami. (…) dowodzenie, że polski romantyzm jest kluczem do współczesności; nazwanie nierzeczywistym świata redagowanego w głównych mediach, wierność Polsce prowincjonalnej i wezwanie do budowania niepodległości wokół siebie; wreszcie rekonstruowanie mitów polskiej wolności w „Wieszaniu”, „Kinderszenen” i „Samuelu Zborowskim”; odtworzenie szkieletu polskości, który każdy z nas – w zgodzie z własną formacją duchową – może otoczyć tkanką wiary czy kultury. Wszystko to jest dla Polaków darem, nie tyle od wielkiego poety, ile od Boga lub losu, jak kto woli…

Cyt. Starczy. Resztę proszę sobie doczytać. Ja obserwuję „młokosa” po czterdziestce.

Teraz ja, autor – debiutant , wprawdzie młodszy i głupszy o dwa lata, ale w wieku, wobec którego laureat Wencel to młokos.

Koniec Przedmowy

Odsłona pierwsza. The day after.


Ogłosili. Komisja Burdenki, to jest, pardon, Anodiny, podała przyczyny katastrofy: Nikt nie będzie musiał palnąć sobie w łeb. I tak by nie palnął, bo honoru za grosz, ale nawet nie musi. Wszyscy winni zginęli. Jeden w stanie niekompetencji. Jeden w stanie wskazującym. Jeden w stanie agresywnej nachalności. Już się wydało: „Ląduj dziadu!" Dowcip stał się ciałem.
Maciej Eckhard, komentarz dnia 13 stycznia 2011, na Fronda.pl:
Ruskie zrobili to, co było do przewidzenia. Wypunktowali w raporcie MAK-u wszystkie grzechy polskich pilotów, o sobie, co zrozumiałe, dyskretnie milcząc. Dziwi to kogoś? Mnie nie. Od samego początku twierdzę, narażając się wszystkim znajomym „spiskofilom", że za katastrofę smoleńską odpowiadamy my - Polacy. (Koniec cytatu).
Kto, ja? Nie poczuwam się. Ale skoro pan Maciej tak, to dlaczego nie strzelił sobie w łeb?
A jednak w tym megakłamstwie jest jakaś prawda. Za katastrofę z całą pewnością odpowiadają również ściśle określeni Polacy. Ale jeśli inni Polacy chcieliby o tym mówić, to pan Maciej zapewne by ich oskarżył o funeralizm?


To jest próbka rozsądku prawicowych blogerów, odcinających się od „Sekty Smoleńskiej", jak wytwornie określani są ludzie uparcie drążący temat przyczyn katastrofy, mimo powszechnych nawoływań, aby wreszcie zająć się produkcją nakrętek.
Pocieszmy się, że jednak istnieją jakieś granice przyzwoitości. Przecież mogli podać, że prezydent był pijany, pobił pilota i spowodował katastrofę. A podali, że tylko generał. Pijany generał? Naciskał? Ależ to dla analityków MAKu norma. Że leciał do Katynia i była ósma rano? Ależ przecież już był taki jeden, co przecierał ścieżki...
Państwo zdało egzamin. A my zajmujmy się rzeczami naprawdę ważnymi. Czyli wykrytym przez prawicowych publicystów arcyszkodnikiem, Rymkiewiczem Jarosławem.
Długo zaciskałem zęby. Cóż ja, maluczki, niedouczony miłośnik poezji. Cóż ja, szary kolporter jego wydawanych w podziemiu książek, które odłączałem od puli po cenie hurtowej, żeby samemu poczytać. Mamy przecież całe, nowe pokolenie prawicowych i wolnościowych, wykształconych i ostrzelanych w bojach o lepszą Polskę, publicystów.

Odsłona druga. Historia choroby.

Ale po kolei, historia choroby, czyli jak mnie cholera brała.

1. Prolog.

Michał Olszewski, publicysta "Tygodnika Powszechnego". 27 Kwietnia 2010 r.
Felieton "Streljaj"
Posłuchajmy: Po katastrofie wracamy w stare koleiny. Jak u siebie w domu czujemy się w żałobie, ból jest dla nas świetnym spoiwem wspólnoty. Jest on w istocie mroczną wersją karnawału, momentem wytchnienia od nieznośnej codzienności.

Jest wtorek, 27 kwietnia, 17 dni po katastrofie. Właściwie upłynęły dopiero dwa pełne tygodnie od pamiętnego, historycznego dnia. Pogrzeb pary prezydenckiej odbył się 18 kwietnia, dziewięć dni temu. Ale nie wszystkie ofiary są już pochowane. Nazajutrz, w środę 28 ma być pochowany generał Andrzej Błasik. Jego zwłoki były identyfikowane 11 dni, mimo że znajdował się, jak się później dowiemy, w kokpicie. Żona opowiadała, jaki był przejęty tą wizytą. Miał iść do Komunii Świętej w Katyniu. To właśnie jego MAK oskarżył o to, że był pod wpływem alkoholu w momencie katastrofy i o naciski na pilotów.
Jaka jest więc sytuacja społeczna? Jeszcze łzy nie obeschły, jeszcze żałoba się nie skończyła. Jeszcze nie pochowani. I takie słowa, taki pogardliwy ton. Znajomy ton, który później zacznie się nasilać. To głos młodych wykształconych z wielkich miast. Furda ojczyzna, furda żałoba. Patriotyzm? Jak by co, to ja wyp....lam. To znana aktorka, córka jeszcze bardziej znanego aktora.
Co wy tu jeszcze robicie? Czego się jeszcze szwendacie po Krakowskim Przedmieściu? Do roboty! Och, jak ja się nudzę! Co za naród! Wyrwać się stąd! Ale nie, co ja tam będę robił. Trzeba to bydło zagonić do roboty, niech nie marudzi.
Ten ton wydawał mi się wtedy tak zuchwały, tak obcy polskości, że myślałem, że przynajmniej ta Polska, która ujawniła się po Katastrofie Smoleńskiej, rozniesie faceta w puch albo przynajmniej zapamięta jego nazwisko. Nie czekając na to, dałem swój żałosny ryczypisk na blogu. Krótka dyskusja, bez emocji. Kilku - mojego zdania.

Wzruszenie ramion. Z tego środowiska? Dajmy spokój! Mnie to jednak nie dawało spokoju. To szczyt bezczelności. Aby w katolickim, lub udającym jeszcze katolickie, piśmie żałoba - jeden z najstarszych ludzkich stanów i obrzędów, właściwie stan tak naturalny, jak obrzęk po ciosie obuchem, może być obiektem niechętnego eseju i wieszczenia, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć. Bo jakiś film w Internecie. Bo jakiś filozof coś nie tak powiedział. Zamiast refleksji i afirmacji - wyniosły dystans i drwina.

„Mroczny karnawał". Figura retoryczna, która odtąd będzie dla mnie synonimem hucpy.
Zresztą do licha z Olszewskim. Przedtem go nie czytałem i teraz go nie czytam. Ale czyż mogłem przewidzieć, że motyw „mrocznego karnawału" będzie podejmowany w różnych wariantach i w różnej tonacji aż do znudzenia, coraz bliżej mnie?
Ten esej nabrał dzisiaj wymiaru ponadczasowego. Stał się samospełniającą się przepowiednią. Pan Olszewski może w swoim środowisku powiedzieć: A nie mówiłem? Tylko w jego środowisku?
Popatrzmy na motto do tego tekstu. Jakże dalecy od Michała Olszewskiego znani blogerzy prawicowego portalu. Jaka zastanawiająca zbieżność wrażliwości z publicystą "Tygodnika". I jaka zasmucająca rozbieżność z moją wrażliwością.

--------------------

Kiedyś wielkie wrażenie zrobiła na mnie sztuka Ionesco „Nosorożec". Co jakiś czas, któryś z przyjaciół bohatera, potem nawet jego żona, jak pamiętam, zamienia się w nosorożca i z nieporadnym jeszcze, debiutanckim rykiem wybiega z domu w miasto. Aby zmienić się w nosorożca trzeba dokonać tajemniczego aktu akceptacji, internalizacji. To musi być „dobrowolne", cokolwiek by to znaczyło. Czy moi bliscy ideowo publicyści stali się nosorożcami? Czy też pozostali sobą, a ja zmieniam się w nosorożca? Uczucie obcości w stosunku do coraz większego kręgu osób staje się nieznośne.


2. Sensacje żołądkowe.

Paweł Lisicki. Naczelny.
Naczelny. Zajęty. Stać go tylko na felieton. Właściwie na dwa felietony. W odstępie trzech tygodni. Najpierw poważnie „Wielkość polskiej cywilizacji". Z pointą, że Rymkiewicz podważa to, co w cywilizacji wielkie. Potem prześmiewczo. „Polska we władaniu wieszcza". Słowa Rymkiewicza (o konieczności rozmyślania o imperium) zdają mi się wyrazem frustracji i resentymentu... Sile Polski nie służą.

[Resentyment. Żal lub uraza do kogoś odczuwane przez dłuższy czas i zwykle powracające na wspomnienie doznanych krzywd. (Słownik języka polskiego.)]

Porzućmy więc resentymenty, to złe uczucia. Nie lzja przypominać o dawnych, wspaniałych dniach. Sienkiewicz na śmietnik. Rymkiewicz do spowiedzi!
Idźmy dalej.

3. Nagły atak choroby.

Andrzej Horubała, analityk kultury.

Między innymi, rozlicznymi talentami, krytyk literacki. Ale wolałbym nazywać go modnym dziś określeniem „analityka kultury". Ot co! 
Patriotyzm w trupim pyle". Mocne! Posłuchajmy „naszego sojusznika" jak opisuje rozwój grupy artystów, z jej liderem, Wojciechem Wenclem, której patronuje Mistrz Jarosław: Gdy tupolew z 96 osobami roztrzaskiwał się w smoleńskim lesie, artyści mieli już przygotowane ramy, w których da się zamknąć narodową tragedię. Słyszycie Państwo tę subtelną ironię? To jest klasa. Nie to, co toporne metafory Olszewskiego.
To doprawdy oburzające, jak oni mogli! Gdyby wiadomość o katastrofie zastała ich na jakiejś nocnej popijawie, gdyby jeszcze dobrze nie wytrzeźwieli i czkając i łkając przyszli, aby nasikać w znicze już się ustawiające od rana, byłoby to wszystko bardziej strawne?
Poczucie absurdu chwyta mnie za gardło i nie opuszcza już do końca.

Bo czy rzeczywiście ktoś taki jak ja, kto uznaje za haniebne zachowanie polskich władz w sprawie śledztwa smoleńskiego, ktoś kto wybucha szyderczym śmiechem na wspomnienie rzecznika polskiego rządu dukającego po rosyjsku przeprosiny pod adresem postsowieckich specsłużb, ktoś, kto wreszcie czuje, że coś w tym musi być, że katastrofa Tu-154 zdarzyła się - według porządku liturgicznego - w piątą rocznicę śmierci Jana Pawła, w kolejną wigilię święta Miłosierdzia Bożego, czy ktoś taki musi w pakiecie dostawać twórcę uprawiającego poetycką nekrofilię (podkreślenie moje)? Zafascynowanego rozkładem, zwłokami, trupim pyłem?!

Czyli człowiek, który „czuje, że coś w tym musi być", używa tego samego haniebnego terminu „nekrofilia", który był używany w czasach opisywanych przez niego samego, w tym samym tekście, gdy atmosfera życia duchowego Polski zgęstniała od nienawiści partyjnych funkcjonariuszy, szczujących się nawzajem....
  
Istnieje wprawdzie termin poprawniejszy dla tez prawicowego, poważnego autora: nekromania. Ale w pogoni za wyrazistością swoich błyskotliwych wywodów czego się nie zrobi, prawda? 

Czy nie lepiej jednak, mimo wszystko, pozostawać w pogoni za rozumem
Ta atmosfera, według naszego analityka została doprawiona jakimś widmem krwawej katastrofy, zarażona śmiercią, apokalipsą. No i stało się. Już wiadomo. Rymkiewicz z Wenclem do spółki winni Katastrofie Smoleńskiej. Doprawdy, dawno nie czytałem tak zręcznej ekwilibrystyki. Z haniebnymi słowami jako narzędziem.


4. Nawrót.

Piotr Skwieciński. Polityczny komentator.
Aktualnie krytyk literacko-historiozoficzny podziwiany przez Łukasza Warzechę (znakomity tekst!): Rymkiewicza w swym tekście nie wymienia ani razu, ale Warzecha doniósł na niego. To o Rymkiewiczu. Ma on tutaj pseudo „konserwatywnej inteligencji" zamiennie z „tradycjonalną". Przy okazji cały PiS in corpore wraz z jego samozwańczym ideologiem prof. Zdzisławem Krasnodębskim dostali za swoje:psychoza pt.: żyjemy ...wręcz w 1795, osiągnęła obecnie stadium paroksyzmu. 
Armagedonowszczyzna.

Najlepszy przykład wnioskowania w rewolucyjnym, prawicowym szale: Otóż status ofiary jest perfekcyjnym usprawiedliwieniem własnej niemożności, jest doskonałym uzasadnieniem braku własnych dokonań. ....Ale dlaczego brak własnych dokonań, skoro ostatnie 20 lat - to widoczne gołym okiem wielkie polskie dokonania? Dlatego, że tradycjonalna inteligencja ma tendencję do niedostrzegania ich m.in. z tego powodu, że nie są one na skalę jej ambicji. Rekord świata sylogizmu: Niedostrzeganie dokonań i nadmierna surowość ocen automatycznie je unieważnia. Prawda, jakie to logiczne?

Widzę tu stare, zgrane jak naleśniki do gry w durnia, zarzuty, niektóre wprost kuriozalne: że mieli kiedyś rację, ale teraz mogliby oprzytomnieć (bo teraz pewnie rację ma ktoś inny), że Polak nie ma wzorców funkcjonowania w warunkach pokoju, których nasza kultura nie wytworzyła.
Pewnie pan Skwieciński nie zna żadnych przykładów funkcjonowania Polski Niepodległej w okresie „strasznej sanacji". Tylko dwadzieścia lat. Porównajmy „nasze" sukcesy z „ich" sukcesami. Sukcesami „zacofanych", „ksenofobicznych", „antysemickich" Polaków. W technice, lotnictwie, zbudowanym od podstaw przemyśle ciężkim. W budowie i rozbudowie pięknej Warszawy - Paryża Północy. W kulturze.

Byliśmy atrakcyjnym miejscem polonizowania się ludzi z Europy. Zyskiwaliśmy nowych wielkich Polaków z wyboru. W międzyczasie jeszcze wygraliśmy jedną wojnę, która groziła bytowi Narodu. A potem był wspaniały opór zbrojny wobec dwóch potężnych, sprzymierzonych wrogów, jaśniejący najpiękniejszym światłem na tle mocarstwowych popaprańców z pierwszych lat wojny, którzy zafundowali sobie na własne życzenie najokrutniejszą wojnę w dziejach. Z powodu swojej małoduszności.

Pewnie nie zna żadnych przykładów, jak niszczono w wolnej Polsce, już po '89 ludzi, którzy byli ambitni i odczuwali imperatyw działania nie tylko dla swojego dobra. Pan Skwieciński, publicysta i historyk, na pewno o tym wie. Ale nie ma do tego głowy. On teraz ma inne zmartwienia. Inteligencja konserwatywna mu się nie sprawdza.

Jeśli ktoś uważa, że jest źle, bardzo źle, to „automatycznie", jak w żołnierskim dowcipie, musi oznaczać, że leży na amerykance i pije. Żadnych nakrętek nie produkuje. Żadnych programów politycznych nie wymyśla. Tylko leży i ma depresję.  No cóż. Rozumowanie znajome z trolloidalnych wypowiedzi "polemicznych" w Internecie.

Co do armagedonowszczyzny, to niestety, po namyśle muszę przyznać znakomitemu publicyście rację. Faktycznie, ja wytaczając swoje nakrętki (moje dokonanie, z którego jestem dumny, co nie przeszkadza mi oceniać surowo moje państwo) mam coraz bardziej dojmujące uczucie nadciągającej katastrofy, jak z jakiegoś koszmaru. Pamięć mam dobrą. Ale nie muszę. Codziennie jest coś nowego. Można naprawdę wpaść w depresję.

Mój prezydent, który miał być zbawienną alternatywą dla Kartofeln, dzielnie się kompromituje najpierw w Stanach, gdzie wprost wzbudza zakłopotanie, potem przed ogłoszeniem raportu MAK zdradza się z jego znajomością i swoją dziwną stronniczością i ... świat się nie wali.
Mój premier dla odmiany najpierw dziewięć miesięcy uspokaja, że wszystko gra, później nagle groźnie kiwa palcem w bucie, że raport MAK jest „nie do przyjęcia", a na termin ogłoszenia raportu akurat wyjeżdża na narty. 
Jego dozorca tłumaczy, że spoko, wszystko pod kontrolą. Zaraz potem premier ogłasza, że jednak wraca, organizuje konferencję prasową i ... nic się nie dzieje. 
Prawda, jakie to wszystko profesjonalne? Nie to, co ci nekrofile od Rymkiewicza...
Co w tym dziwnego?
Faktycznie musiało mi się coś w głowie pokręcić. 

5. Stan chroniczny. Ręce opadają.

Łukasz Warzecha.
Publicysta Faktu. Bardziej polityczny, ale o wieszczu też może. Człowiek renesansu. Oczywiście prawicowy. Rymkiewicz, niestety, swoimi wypowiedziami ten stan rzeczy (tzn. warunki dla realizacji obcego interesu - przyp. K.R.) pogłębia, przekonując zwolenników, że "wolnym Polakiem" można być jedynie, należąc do tej słusznej Polski - "ogromnej, potężnej, odwiecznej", która, niestety, majaczy gdzieś za transcendentnym horyzontem dziejów. (...) Po co więc przejmować się długiem publicznym, systemem podatkowym, dobrym wymiarem sprawiedliwości?

No tak, teraz już Rymkiewicz się nie wywinie: nie podał przepisu na system podatkowy. Zatrzymał się na poziomie wskazywania, kogo uważa, za „wolnego Polaka" a kogo za „lokaja".
Nie wolno! Pisarze do piór! Taki właśnie apel, ni mniej, ni więcej sformułował w końcu prawicowy publicysta. Nie wierzycie? Proszę sprawdzić. Rzepa z 10 stycznia. (2011)

--------------------------------
Poczet absurdalnych wiadomości od jakichś pięciu lat z dnia na dzień wzrasta.
(Przypis 21 listopada 2012: A dziś, dokąd dotarliśmy i dokąd zmierzamy?).  

Oszczędzę Państwu szczegółów. Kto ma odrobinę przenikliwości, nie będzie nudzony powtarzaniem tej samej listy. A na prawicowych forach i w prawicowej gazecie największą troską obdarowany jest niepoprawny, przewidywalny i niezniszczalny, pełen olimpijskiego spokoju, Jarosław Kaczyński.
Nie, nie przez „sprzedawczyków", przez „naszych". Źle się sprawuje. Przegrywa na własne życzenie. Zaś przedmiotem troski analityków kultury jest też Jarosław, tyle, że Rymkiewicz. Zatruwa umysły.

---------------------------------
Stanisław Kania, I sekretarz PZPR, na jesieni 1981 wygłosił dziwne, agresywne przemówienie. Poleciałem wówczas zaniepokojony do Regionu Mazowsze pewny, że tam zaraz będą jakieś briefingi, a wszyscy będą poruszeni. A tu puchy. Spotkałem tylko jednego znajomego, który mnie uspokajał, mówiąc: „Oni tak tylko gadają". On nie próbował mnie wówczas ostrzegać przed ekstremistami w Solidarności. 

Ale teraz czasy się zmieniły. I boję się już otworzyć gazety, żeby nie natknąć się, jak kolejny prawicowy hunwejbin nie naskoczy na pisarza Rymkiewicza Jarosława, truciciela i szkodnika.
(Przypis 21 listopada: A książka Frondy to świadectwo zdrowego pluralizmu czy postępującego obłędu?).  

Panie Jarosławie R. trzymaj się Pan!

Zaraz, zaraz!
Ja teraz powiem.

Odsłona trzecia. Robociarski wykład (nadesłany od pana Józia spod Wołomina)

Prosty wytaczacz nakrętek spod Wołomina, wywijający się całe życie miejscowej mafii. Jakoś mnie, chwalić Boga, nie zauważyła. Może wcale jej nie ma? A może ja taki malutki, że mnie wcale nie widać?
Pana Jarosława K. sobie odpuszczę. Nie mój kandydat. To co, że głosowałem ostatnio? Ale bez zobowiązań. Tylko w drugiej turze. Dalej niech sobie radzi sam. Jest mężczyzną, nie potrzebuje niańki. Ale Rymkiewicza nie daruję. Ja też umiem czytać. I jakoś nie mam takich problemów z lekturą, jak ci uczeni, błyskotliwi panowie. Powiem krótko, w punktach, po robociarsku.
  1. Żałoba to naturalny stan po śmierci kogoś bliskiego, kogoś drogiego, którego kochamy. Albo kogo szanujemy. Bardzo stary zwyczaj. Sama sól chrześcijaństwa, ale chrześcijanie nie mają monopolu. Gdzieś czytałem, nie pamiętam gdzie (a może sam to wymyśliłem?), że miarą wielkości człowieka może być czasem liczba płaczących na jego pogrzebie. Nie zawsze. To prawda. Ale może. Wrogowie zmarłego i różni zazdrośnicy i nienawistnicy mogą mieć problem z faktem, że tak dużo ludzi odprawiało solenną i długą żałobę po Lechu Kaczyńskim i innych ofiarach Katastrofy Smoleńskiej. I faktycznie strasznie szybko zaczęli się niecierpliwie wiercić i chrząkać. A potem otwarcie szydzić i buczeć.
Ale Panowie Prawica chyba nie mieli takiego problemu, prawda? Czy też, może gdzieś tak od trzeciego dnia, zaczęliście się wiercić? Hę? Nie? To całe szczęście. To już tyle uzgodniliśmy. Super. Idziemy dalej.
  1. Medytacja o śmierci, o zmarłych, również, a może zwłaszcza - wyrażana w formie artystycznej - to najstarsza z możliwych próba docierania do tajemnicy i sensu bytu. Nie ma to nic wspólnego z jakimikolwiek zboczeniami, zwłaszcza, horribile dictu, seksualnymi. To wyraz uczuć wyższych, a nawet najwyższych. Tak mnie mama uczyła.
  2. Ofiara. Jeden z Panów, mniejsza już o to który, pomińmy to, używa słowa „ofiara" w sensie potocznym, tym najgorszym z możliwych. Coś, jak ofiara losu, albo oferma batalionowa. A fe. My, katolicy, uznajemy najgłębszy sens Ofiary i nigdy nie podważamy ofiary życia dla bliźniego, dla Ojczyzny, dla miłości Boga.
Takie modne wybrzydzanie na nasze cierpiętnictwo, na nasz rzekomy czy prawdziwy mesjanizm, pachnie mi brzydko właśnie spłycaniem tego sensu a nawet diabelskim jego przekręcaniem. Dziwnie mi to przypomina recenzję pewnego młodego wykształconego, tyle że nie prawicowego publicystę filmowego, który wypatrzył w filmie „Popiełuszko" chęć poświęcenia się ks. Jerzego „na siłę": Bohater coraz bardziej zaczyna sobie uświadamiać, że będzie musiał się poświęcić, aby doszło do narodzin mitu. Gumisiasty, Filmweb. Bzdurę w tej wypowiedzi dostrzeże każdy, kto choć raz szykował się do najprostszego, niebezpiecznego przedsięwzięcia. Ten młody wykształcony z wielkiego miasta też kiedyś to zrozumie. Ale Wy, Panowie, chyba to do licha, rozumiecie?
  1. Naród Polski wycierpiał wiele w swojej historii, ale wcale nie jest najbardziej doświadczony ani najbardziej cierpiętniczy. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek z naszych narodowych bohaterów specjalnie dążył do poświęcenia się. Zawsze jest to ofiara wyrywana spod serca, z bólem. Zawsze jest najpierw Getsemani. To powinien wiedzieć każdy katolik, który odmawia różaniec. Nie kolekcjonujemy nieszczęść jak znaczki pocztowe. Nie ma żadnej Pracowni Programowania Nieszczęść. Chyba że Lucyfer ma. My nie mamy!
Niektóre nieszczęścia są całkiem niezawinione, inne są wynikiem zbrodni, jeszcze inne - zbrodniczych zaniedbań. Jednak kiedy już stały się, naszym obowiązkiem jest je upamiętniać i czcić ich ofiary. To jest bardzo polskie. I amerykańskie. I starogreckie. I francuskie. Wystarczy? Czy jeszcze wyliczać? „Wolni Polacy" to rozumieją. Ocena skuteczności wydarzenia, osądzanie winnych, złość z powodu dojścia do wydarzenia to jedno. Ale cześć dla ofiar, dla bohaterów, to co innego. To elementarny, narodowy obowiązek. I nie ma tu co poprawiać, nawet najbardziej nowocześnie. Nic nie poprawimy. Co najwyżej dołączymy w jakiś sposób do grupy obsikiwaczy grobów, pomników i zniczy. Ale nie o to Wam chodziło, prawda?
  1. Cześć dla ofiar, problemy artystyczne, mistyczne i eschatologiczne, rzetelnie i pracowicie roztrząsane przez poetów nie są bezpośrednio związane, a w każdym razie w żaden sposób nie przeszkadzają nie tylko porządnej działalności politycznej, ale nawet produkcji nakrętek. Raczej, moim skromnym zdaniem, pomagają. Zaświadczam to swoim honorem, że czytając Rymkiewicza a nawet Wencla, nigdy nie obniżyłem wyrobu dziennego trzystu dwudziestu siedmiu kilogramów nakrętek z gwintem drobnozwojnym, prawoskrętnych. Nawet zauważyłem, że po lekturze "Wieszania", jak powywieszali tych wszystkich zdrajców, bo znaleźli jedyny raz w historii Polski dokumenty z ambasady radzie... rosyjskiej, to wyrób dzienny raz mi skoczył do trzystu dziewięćdziesięciu.

  2. Błagam: Najpierw pomyślmy! Nie musimy każdego wiersza albo poetyckiego traktatu kontestować okrzykiem: Przecież to jest katechizmowa herezja! Albo: A gdzie system podatkowy?! Bo wymienieni tu Czcigodni Panowie to przecież tylko jedni z wielu. Rymkiewiczem i jego patronacką grupką zajmują się już politolodzy, blogerzy, komentatorzy. Kto żyw! Po prostu jakaś epidemia. Wszystko, oczywiście, „nasi". Bo ja innych nie czytam. Oszołom jestem. A może to tylko jakiś spisek Gangu Rymkiewicza, który robi sobie reklamę według zasady „źle czy dobrze byle z nazwiskiem"? A może mają tu swój udział policje tajne, jawne i dwupłciowe?

  1. Naród Polski nie jest największą ofermą batalionową na świecie. Co najwyżej ma „przejściowe kłopoty" z suwerennością. Ale spokojna głowa. Jeszcze Polska nie zginęła. Rymkiewicz MA RACJĘ. Gdyby publicyści, wyznający przecież te same wartości co Mistrz Jarosław, zamiast czepiać się, zanim cokolwiek zrozumieli, poczytaliby i pomedytowali w duchu „Wolnych Polaków", może by pisali precyzyjniejsze i bardziej wyważone traktaty? Bez zdradzania zatrucia nie - „trupim pyłem" - z pięknego wiersza Wojciecha Wencla. Bez zdradzania zatrucia kminą wrzeszczących politycznych staruszków i ich medialnych sponsorów. Bez pośpiesznie wystukiwanego pseudorozsądnego bełkotu zmieszanego z troską o pisarza, któremu się nie dorasta do pięt. No i pomarzmy, my, producenci nakrętek, może politycy ... jedni by ...zrezygnowali w ogóle z politykowania, inni uchwalali lepsze prawa albo założyli sobie jakąś Partię Dobrobytu i Uczciwości (pDU), ułożyli dobry program?

Chcecie mu pomóc? Mistrzowi Jarosławowi? To odczepcie się od niego! Nie uczcie go poezji ani patronatu, ani udzielania wywiadów. Posłuchajcie go i pomedytujcie. A potem zajmijcie się, do ciężkiej cholery, tym co tam umiecie! Ja wam dam, „pisarze do piór!" Już raczej: „Prawicowi publicyści do myślenia po polsku!"

Bez urazy, przepraszam, uniosłem się. Już, już, puściło. Panowie, zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. A może Panowie coś podpowiedzą? Panowie tacy błyskotliwi. Po co marnować klawiaturę na czepianie się Mistrza Jarosława?

środa, 30 stycznia 2013

Nowa Mała Apokalipsa


 (Felieton. Pięć tysięcy znaków, ale jak na apokalipsę, to krótki!)


Józef Beck, który swoim wprowadzeniem honoru do polityki zaryzykował wojnę i klęskę Polaków, miał diabelską alternatywę. Kiedy rozważana była możliwość zgody na pomoc Sowietów w ewentualnej wojnie z Niemcami, stanowczo odmówił.

„Niemcy mogą nas zabić, ale Sowiety zabiorą nam duszę”

Wolał się bić na śmierć i życie z Niemcami. Ktoś zginie, ale inni będą ocaleni. I dusza Narodu zostanie ocalona. Może nie był dobrym politykiem, ale dobrze przewidywał, co się stanie, kiedy wkroczą Sowiety. 

I nie trzeba było być od razu jakimś filozofem. Wystarczyło być - prawdziwym Polakiem.
To była świadomość potoczna. Dusza Polska wiedziała dobrze, co przyniesie Czerwona Zaraza, która miała ją wybawić od Czarnej Śmierci.

Prawdziwy Polak. Już nam to określenie też zohydzili. Kto? Ktoś obcy, czy jakaś współczesna podróbka Gombrowicza?

No tak. To nie jest komfortowa sytuacja. Ale to taka mglista perspektywa. Jak tej pamiętnej nocy na Titanicu, kiedy kapitan zwiększył parę w kotłach, bo marzył mu się rekord trasy.

Czy jednak przyszły krach finansów, powódź wlewająca się dziurą budżetową.– albo, jak kto woli, zderzenie z lodową górą fałszywych pieniędzy, jak Mount Everest, to najgorsze, co nas czeka?

To jest coś, jakby grożąca nam inwazja Niemców. Pardon, nazistów. Bo mi jeszcze gdzieś nie wydrukują, a ja ciągle na to liczę.

Ja się martwię nie o tę katastrofę, o tę powódź. 

No cóż. Stracić oszczędności, emeryturę, może nawet majątek ruchomy i nieruchomy, doznać głodu i niedostatku. Pewnie, że to straszne, niewyobrażalne. 
Zwłaszcza, dla niektórych balangowiczów, gdy okaże się, że piwo nie tylko nie jest schłodzone, ale nawet go w ogóle nie ma. A nawet o chleb trudno. 
I nie trzeba już żadnych konsultantów, specjalistów od propagandy, pijaru i marketingu. 
Poszukiwani są rzemieślnicy. Producenci nakrętek, hydraulicy i piekarze. Kierowców nie trzeba. Każdy jeździ sam. Albo rzęchem, albo rowerem. Raczej rowerem. Benzyna na kartki, albo na czarnym rynku. Śmieciarze? Oferta pracy ograniczona. Śmieci mało, królują naturalny recykling i nurkowie.

Co po małej apokalipsie?

Wojna z Niemcami nie uchroniła nas od wkroczenia Sowietów. A po tej wieszczonej przeze mnie katastrofie mniejszej? Wkroczą?



Czy pociechą nam będzie, że jesteśmy wolni, mamy czyste sumienia i Bóg nas kocha?
Bo taka była nasza pociecha za Niemca, zanim nas "upokorzyli" kłamcy kieleccy, jedwabieńscy i pokłosieńscy.

Czy też będziemy pogrążeni w rozpaczy, niby przodkowie lemingów. Te rozpaczliwe ptaki z połamanymi skrzydłami z Nowego Yorku, spadające z okien wieżowców po krachu na giełdzie w 26-tym XX wieku.


Dzisiaj prawdziwych Sowietów już nie ma. Co najwyżej ich syny i wnuki.
Czy ocaliliśmy duszę?
Czy pamiętamy, kiedy "jeszcze Polska nie umarła"?
"Póki my żyjemy"!

Ale, czy wiemy, co to znaczy, "póki my żyjemy"?
Przecież nie to, że przetrwaliśmy, gotując zupę i czarną kawę.
Czy nam ta polska dusza zsowieciała, jak nie przymierzając major Płut z z ostatniego zajazdu na Litwie?


No jak? Czy ktoś już nam zabrał duszę, czy „Sowieci” dopiero wejdą po swoją własność?
Czy odpierając „inwazję Niemców, tzn. nazistów”, cerując dziurę, odbudowując kraj po tej powodzi, jaka nadejdzie i my ją znów przeżyjemy, zaczniemy budować Polskę z polską duszą?



Bo dusza – to jednak co innego, niż ciepła woda w kranach, autostrady z nieco grubszym, niż dzisiaj, asfaltem i zrównoważony budżet.

 Sokratejska metoda szukania duszy

Czy mamy w sobie szacunek do Tego, co zawsze było obdarzane szacunkiem, czy też to już przeszłość i teraz na szacunek zasługuje tylko ten, kto płaci i wymaga?

Czy mamy poczucie wspólnoty z tymi, którzy oddali za nas życie, czy uważamy, że „oni” głupio zginęli i już nie ma głupich?

Czy cenimy uczciwość, odwagę w dociekaniu prawdy  i rzeczowość, czy też: gadane, udowadniające, że białe jest czarne, wrzeszczące z rozpaczliwej uciechy w telewizorze?



Czy na naszych uniwersytetach kształcą Wolnych Polaków, spadkobierców Poległych za tę wolność, czy Nowych Ludzi, piękniejszych, mądrzejszych od telewizora i swobodniejszych w obejściu?


Czy mamy wytrwałość i pamięć, czy upodobanie do szybkiej wrzutki i siłę na machnięcie ręką?


Machnięcie ręką

Mówi to nam coś? 
Czy chodzimy jeszcze do Duchowego Teatru Polskiego, gdzie można się pośmiać i zadumać nad żałosnym okrzykiem? Pamiętną Kwestią – kluczem. Kwestią ludzi przegranych ale mających złudzenie wolności.

No? Jaka to kwestia? .
Podpowiedź? Kołtuneria.
Nic? Baaa...  To Teatr Zapomniany. To nie wodewil. Ani ponura awangarda. To Sztuka.

„A niech was wszyscy diabli!”
Kogo, nas?

Może i nas! W każdym razie kogoś, kto żyje chwilą i płacze po niewczasie. Bezwolny, jak marionetka. Dostosowany. Ryczący. Kopytka schowane w specjalnych ortopedycznych lakierkach.

Czy ja już się dostosowałem? Czy już przybrałem ochronny wygląd nosorożca?
Czy nosorożce mają duszę?

To pytam ja, Rumiński Kris, bloger z za dużymi pretensjami.

PS

A poeta Jarosław pyta zgryźliwie:
„Jak tak można – przelewać niepotrzebnie krew i ginąć za Polskę – kiedy można żyć wesoło i balować na salonach.”
I odpowiada POWAŻNIE:
                Trzeba krwi.
Nie zgadzają się z nim prawicowi konsultanci i prawicowi publicyści, którzy nie chcą wypaść z obiegu. Ja się zgadzam.

piątek, 25 stycznia 2013

Ćwiczenia z felietonistyki (3)


Dekalog felietonistów

Nienawiść to ciężka choroba nerwowa, która mąci nasze myśli, zatruwa uczucia, psuje i osłabia wolę. Człowiek, który pielęgnuje w sercu uczucie nienawiści, jest pod każdym względem słabszy od takiego, który rzeczy traktuje chłodno
Bolesław Prus

Ja, jako felietonista

Ćwiczenia, ćwiczeniami, ale trzeba od czasu do czasu napisać felieton. Jaki ma być ten mój felietonowy styl?

Wzorce?

Macieja Rybińskiego, fajerwerk skojarzeń z aktualnym wydarzeniem z genialną pointą, zostawiającą z rozdziawioną gębą? Pomarzyć…

Stanisława Michalkiewicza - pisanie jednego felietonu w odcinkach ukazujące głęboką wiedzę o mechanizmach działania Sił Wyższych, okraszone erudycyjnymi odniesieniami do lektur klasycznych i tych nieznanych, bo niepoprawnych?
Jaki temat wybrać i jak utrzymać napięcie przez lata? Odpada.

Rafała Ziemkiewicza – krótka polemika, jak mecz do jednej bramki, knockdown w trzy minuty, albo ryzyko impasu w czwartej?

A propos, czytaliście ostatni? Wszyscy zarzucali Tuskowi niekonsekwencję z tymi radarami. A on udowodnił konsekwencję! I w kilku słowach – nokaut. Tusk jest konsekwentny! Chodziło o to, żeby kontrolowali wszystkich (jak to rzekomo Kaczory robiły) z wyjątkiem członków siuchty i ich rodzin. Tylko zapomniał, kto mu robi klakę i Lisek się teraz boczy na niego. Bo nie ma „erki” i mandaty do niego przychodzą.

Uff! Udało mi się streścić Ziemkiewicza! Mam jednak ukryte rezerwy. No tak, ale co innego streszczenie, co innego samemu „dopaść Cartera”.
Impas - nieunikniony.

O innym moim (byłym) ulubionym – JKM – nie wspomnę. Trochę mi się przejadł. A jak on mnie, to co będzie za jakiś czas ze mną? Po miesiącu – jestem za burtą.

Referencje

Wówczas, w okresie euforii, że mnie czytają, kiedy pisałem, co mi w duszy grało i wychodziło przeważnie rozlewiście, udało mi się napisać kilka krótkich utworów, które można uznać za felietony.
Podam linki, może chociaż to będzie jakimś konkretem w tych ćwiczebnych pasażach andante na półnutach.

Apologia apologetyki (moje expose na ponad 4 tysiące znaków)


O oddalających się światach (niecałe 3 tysiące znaków  listu w sprawie mordobicia– hurra a jednak Polak potrafi!)

Silny Waclav i Słaby Lech. (Prawie 7 tys. Bez przypisów.)

To te wybrane na chybił trafił. Średnio nieco ponad cztery tysiące długości.
Te, co mi się upamiętniły. Ten ostatni, akurat najdłuższy, zwabił na moim blogu na Frondzie jakiegoś „fachowca”, który prawie mnie objechał, że marnuję talent. Nie tam, żeby chwalić. Upominał!
Ta dziwna pochwała jakoś mi zapadła, więc znów zmarnowałem ponad 300 znaków na prywatę.

Co to jest felieton?

To krótka forma osobistej wypowiedzi. Wiki dodaje, że charakterystyczne jest „prześlizgiwanie się po temacie”.
No właśnie – nie! Najlepsi dzisiejsi felietoniści, zwłaszcza ci, których jestem wielbicielem, wcale się nie prześlizgują! Prześlizgnął się ów – „poeta, prozaik itd.” Oni temat rozkładają na łopatki. I tak robił cesarz polskich felietonistów, Bolesław Prus w swoich Kronikach. No, … może zakładał do tego przedsięwzięcia, niemodne dzisiaj, białe rękawiczki.

Nie prześlizgiwał się po tematach. Atakował je i ukazywał nie tylko swój osobisty stosunek ale kontekst, kierunek ruchu i ideały, które nadawały sens wydarzeniom. Takie, jak choćby Jubileusz Straży Ogniowej i personę – strażaka honorowego – Feliksa Fryzego.

20 tomów kronik – to tytaniczna praca ducha i umysłu prowadzona przez trzydzieści siedem lat. Drogowskaz dla dzisiejszych reflektujących i „prześlizgujących się” nad tematem, zgodnie z trendami, felietonistów.

Wykorzystując pracę magisterską pani Joanny Miciak, o felietonach Joanny Szczepkowskiej, który to przypadek wejścia do grona felietonistów i to jeszcze analizowanych naukowo, też budzi moją nadzieję, wynotowałem sobie te zasady i zrekonstruowałem dziesięć przykazań felietonisty. Razem z własnym, 
dodanym z obawą.

Prusa dekalog felietonisty (z żabą w środku)


  1.       Pracę twórczą poprzedzić obserwacją „życia i natury”,
  2. Gromadzić najrozmaitsze fakta, notować je, uwzględniając wszystkie kategorie: byt, przestrzeń, czas, jakość, stosunek, sposób.
  3. W przedmiocie obserwacji ustalić cechy treściowe, wyróżniające go od innych
  4. Z zebranych faktów tworzyć konstrukcje dające efekt komizmu, operując przy tym kontrastem, dowcipem, wzniosłością i lekkością zarazem.
  5. Ustalić własny typ felietonu, swój znak rozpoznawczy i się tego trzymać. Albo od tego odchodzić. I ta linia rozwojowa razem też będzie stanowiła oryginalną markę. Prus nie jest ostatni,  jest prekursorem. Zostawił pole następcom. Legionom następców. Ale wszyscy oni powinni pamiętać o jego zaleceniach, co do cech dobrego felietonu. Nawet im się sprzeniewierzając. (przypis KR)
  6. Felieton winien przedstawiać rzeczy „historycznie i wyczerpująco” oraz być odpowiedzią na „najwybitniejsze potrzeby kraju”.
  7. Felietonista musi być merytorycznie przygotowany, sama obserwacja, nie gwarantuje właściwej formy jej opisu w formie felietonu. Wiedza z wielu, często bardzo od siebie różnych, dziedzin i systematyczna, dogłębna lektura  (Czytywać arcydzieła literatury bacząc na ich piękności) – to warunek konieczny udanego felietonu.
  8. Zalecane jest podejście bliskie naukowemu. Rzeczowość i fachowość wypowiedzi i bezstronność zawartych w niej sądów, co do których autorstwa nie powinno być wątpliwości
  9. Sąd powinien być poparty gruntowną wiedzą, bez jakiejkolwiek jednostronności w ocenie prezentowanych faktów i wynikać z wcześniejszej obserwacji, a nie z sympatii czy antypatii politycznych autora.
  10. Lepiej przyjąć postawę humorysty albo satyryka i apologety a nie bezlitosnego demaskatora ludzkich wad


10 przykazań. Biblia felietonistów.

Reszta to praca – szlifowanie talentu, kształtowanie stylu, budowanie głębi, zaplecza intelektualnego i duchowego.

Miron Białoszewski był bardzo sceptyczny wobec ambicji pisania wierszy przejawianej przez jego przyjaciółkę, niewidomą Jadwigę Stańczakową. To był ostry konflikt, który przemogła wielka wola wypowiedzenia się pani Jadwigi. Cierpliwe próby, wspomagane przez pisarza, zdradziły wrażliwość człowieka pozbawionego jednego zmysłu i wyposażonego wyostrzonymi -  pozostałymi. Talent docierania do małych sensów. I powolnego budowania sensu większego. Który rozkwitł w wieku 60-ciu lat.
Tyle energii.Niezmordowanej.

Tylko gdzie znaleźć takiego Białoszewskiego?

piątek, 18 stycznia 2013

Ćwiczenia z felietonistyki (2)


Powołanie. Moje.

W poprzednim, zaczynającym te ćwiczenia felietonie nawiązałem do jednego z Mistrzów.  Mimo próby wykorzystania jego wielkości do zdobycia taniej popularności, rezultat był mizerny. Kilkunastu czytelników, wśród których był jednak, być może, ten jedyny, na którym mi zależy. Bo ja piszę dla jednego czytelnika. Jeśli nawet jest on w kilku osobach. Taka wieloosobowa personifikacja targetu.
Ten początkowy akapit jest właśnie deklaracją intencji, odpowiedzią na skierowany do mnie zawoalowany postulat, bym nie rozmieniał się na drobne, tylko zaczął robić coś, do czego naprawdę jestem powołany. Intencje jak najbardziej szlachetne, postulat ze wszech miar słuszny.
Ale … łatwo powiedzieć.
Skąd ja mam wiedzieć, debiutant, który dopiero co, z „blogera”  awansował na „literata”?  Mówię to na odpowiedzialność kogoś z „branży”, kogo spytałem, na czym polega moja nowa sytuacja. Bo wydali mi pierwsze utwory w niszowym czasopiśmie. Ja mam wiedzieć, do czego jeszcze jestem powołany?  Oprócz oczywiście mojej, ciągle mnie nie puszczającej wolno, „kariery zawodowej”?
Trochę się rozglądam. Chcę stanąć na własnych nogach. Nie podczepiać się do żadnego pociągu. Pociągi zmieniają tabor, rozkłady jazdy i człowiek zostaje czasem w polu, w eleganckich, ale za ciasnych butach i z za ciężką walizką, którą nieść nieporęcznie a porzucić szkoda.
Postanowiłem więc zostać niezależnym felietonistą. Okres próbny. Wiadomo. Potem nie przedłużają umowy. I znów bezrobocie. Ale zawczasu można już dalej się rozglądać. Zresztą, ma się emeryturę i boki, to człowiek zawsze spadnie na … kawę i ciastko.
Co?
…. „wpadnie”, nie – „spadnie”?
Aaaa, coś mi się pomyliło. Ale chciałem koniecznie wejść do tej cukierni. Uzależniony jestem, więc proszę wybaczyć, że gdy muszę się napić kawy, mylą mi się porzekadła.

Tygodniki głównego nurtu


Moja ulubiona cukiernia, oprócz dobrej kawy i tortu tureckiego, który sobie dozuję (norma cukrowa już osiągnięta) - ma jedną dodatkową zaletę,
Prasę „lub czasopisma” kupuję równie  oszczędnie. To znaczy - według mnie. Mojej żony lepiej nie pytajcie, bo jej zdanie jest dokładnie odwrotne. Mam jednak pewien dowód materialny w ewentualnym procesie o trwonienie majątku: nie kupuję pewnego tygodnika głównego nurtu na literę „w”.
Natomiast owa cukiernia oferuje całą paletę tygodników na dobrym papierze, podobnych w charakterze do owego w–tygodnika. Ani jednego zaś z tych, które ja kupuję, nie oferuje.  To pewnie taki plan marketingowy:

„Napijesz się  u nas kawy i przejrzysz tygodniki, których byś w życiu nie kupił!”

Oryginalne, nie? Ja w każdym razie nie wpadł bym na to. W cenie kawy i ewentualnie kawałka tortu, mam paletę tygodników i wszystkie felietony głównego nurtu. I jakie nazwiska!
Skorzystajmy więc z okazji i zorientujmy się jak sobie radzą owi felietoniści głównego nurtu. Czy można się od nich czegoś nauczyć?

Felietoniści głównego nurtu


…. od razu felietoniści. Warsztat mam swój. Jeśli nawet przypomina raczej austriackie gadanie niż felietonowe fajerwerki.  W niniejszym, drugim podejściu żadnych 3 tys. znaków nie będzie, na pewno zauważyliście. Jestem długodystansowcem. I tylko czasem coś mi skapnie w formie kropli większej. Zwykle jednak - rozcieńczam w wiadrze.
Stąd wynalazek:  tryptyk felietonowy. Ten rozdział to ostatni element tryptyku. Będzie pointa, zostańcie Państwo ze mną.

Tygodnik na „w” zamieścił myśl Alec’a Baldwina, która mi się spodobała, jest a propos,  ale to nie jest pointa. To motto tego tekstu, umieszczone w środku. Brak marketingowego wyczucia? Powiedzmy, że to premia dla wytrwałych. Cytuję z pamięci oddając sens:

Są dwa okresy w życiu, kiedy człowiek nie pędzi, tylko medytuje. To studia i … emerytura. Pogoń rodzi frustrację, mętlik i nieuzasadnioną wyniosłość. Zraża.

Ja bym dyskutował, czy to główne źródła frustracji. Bo medytacja na niektóre aktualne tematy publiczne rodzi nie mniejszą frustrację i wyniosłość. Zraża tych, którzy medytują o czym innym. Każdy przecież czym innym się bulwersuje. Jeden tym, że mu państwo się rozpada na jego oczach, drugi tym, że inni uważają, że się rozpada, a przecież wszystko gra. Czy to nie jest o wiele większe źródło frustracji?
Jeszcze inny może uważać, będąc życzliwy temu pierwszemu, że on niepotrzebnie się tym bulwersuje, marnując czas. I tak nie mamy na to wpływu, po co te nerwy?
Ja tak nie uważam. Ale mogę się mylić.

Załatwmy jednak tych felietonistów. Ostatnia szansa, żeby tryptyk zmieścił się w formule felietonu a nie wiadra wody.

Bo tygodnik na „w” publikuje felietony: „poety, prozaika, eseisty i krytyka literackiego”.  Przepisałem do notesiku jego felietonowe cv. Imponujące, prawda? Zdobyć felietonistę z takim cv! 

Gdzie ja? Z czym do gości? Znam go, ale nie będę mu robił reklamy. Jeszcze czego.
Wara mu od moich dziesięciu czytelników!

Na moje oko, felietonik jeszcze cieńszy, niż moje ćwiczenie. Jest tam groch z kapustą: streszczenie całego roku w pogrzebach znajomych, spointowane ryzykowną metaforą człowieka – dmuchawca, który nie wiadomo przez kogo został rozdmuchany. To było wytworniej ujęte, ale ja tak zapamiętałem. Uprzedzony jestem. Ale fakt - nic bulwersującego.

Koniec jest natomiast bardziej znamienny. Przytaczając dwa przypadki ze swego otoczenia – jednego człowieka międzynarodowego sukcesu i drugiego - starego, sfrustrowanego, wygłaszającego „oszołomskie”, „idiotyczne” – opinie, nasz felietonista pointuje.

„Starzy – zardzewiałą śrubą przytwierdzeni do ziemi, kiedy młodzi fruną często za wysoko”.

Bo felietonowy „szwagier” trzyma sto srok za ogon.

Te zardzewiałe śruby mnie zainteresowały. Ten niepokój, że „Niemcy wykupią Polskę, nawet Ursus zmarnowano”.
Zardzewiała śruba.  No i z drugiej strony te sto srok.

I w środku, okupant złotego środka, fruwający na właściwej wysokości, nie tam, gdzie „orły, sokoły”, tylko mniej więcej na wysokości płotu, czyli tyle, co uleci przestraszona kura.
„Poeta, prozaik, eseista, reporter i krytyk literacki”. Trzyma jedną srokę. Tylko którą?

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ćwiczenia z felietonistyki (1)



Felietonistyka. Ha. To prawie niedostępny dla mnie rodzaj twórczości. Zmieścić w 3 tys znaków jakąś myśl, tak, żeby została zapamiętana? Kiedy po drodze spotkamy trzy piękne Dygresje i siedmiu nudziarzy rodzaju nijakiego imieniem Uzasadnienie?

Pomarzyć.

Albo poćwiczyć. Uczmy się od największych.

Na przykład od Macieja Rybińskiego, który już zastygł w posąg papieża polskiej felietonistyki, ale posąg stoi odwrócony teraz do ściany, w kącie, z etykietką „felietonista pisiorski”. 

Mimo, że jeden z najlepszych jego felietonów broni Michnika przed Giertychem. Z zagajeniem o honorze i pointą o infamii. W międzyczasie panowie się pogodzili, zaczynają już u siebie bywać, ale panu Maciejowi to nie pomogło.

Znacie? Nie? Oj, to macie braki w zakresie felietonologii. Proszę sobie kupić tomik. Nie powiem, gdzie, bo nie chcę uchodzić za pisiora, a poza tym Sakiewicz mi nie płaci za reklamę jego księgarni na rogu Dzielnej i Aleji Jana Pawła Drugiego. W Warszawie, oczywiście.

Tak sobie pogaworzyłem i jedna trzecia normy stracona. Ad rem. O czym to ja?

Aaa. Felietony Rybińskiego.

W tomiku nie mogłem znaleźć innego pamiętnego felietonu Rybińskiego, o incydencie z odwożeniem córki do szkoły. W piżamie, bo pan Maciej zaspał. Było to w Anglii. Zatrzymała go policja drogowa. Puścili go, bo zapytał policjanta: „Czy jak pan zaśpi i odwozi pan córkę do szkoły w pidżamie (in pyjamas - pan Maciej wyrażał się po angielsku), to pamięta pan o dokumentach?”.

Tezę felietonu pominę, bo mimo, że uważam felieton za świetny, to historyjkę - za wymyśloną (ale nie mam przecież dowodu) a tezę – za naciąganą.

Mnie się zdarzyło dwa razy, że policja puściła mnie wolno, mimo, że nie miałem przy sobie dokumentów. A zawsze byłem kompletnie ubrany. Raz nawet w ciepłej, zimowej kurtce.

Raz, kiedy byłem ubrany „do figury”, jak mawiała moja mama, (to pierwsza, napotkana dystyngowana,Dygresja), a było to we Włoszech, zatrzymał mnie strażnik miejski, bo go o mało nie przejechałem. Było piękne słońce a on był, jak to włoski strażnik – vigile, ubrany na biało.

Kiedy tylko ochłonął po ujściu z życiem i po akcencie zorientował się, z kim ma do czynienia, puścił mnie wolno i wrócił do swoich niebezpiecznych obowiązków.

Drugi raz było to w Polsce, zimą. Wracałem z delegacji. W mojej rodzinnej miejscowości zatrzymano mnie do kontroli. Okazało się, że zrobiłem trzysta kilometrów bez dokumentów. I polski policjant TEŻ mnie puścił. Powody mogły być trzy.

Po pierwsze był sam, więc nie musiał się wykazywać służbistością.

Po drugie, skojarzył mnie, jako miejscowego. A miejscowy – to swojak, niegroźny.

Po trzecie, jak opuściłem szybę, usłyszał zapewne znajomy sygnał pewnego radia, które w głównym nurcie „narracji” kojarzy się z nienawiścią, zapiekłością  i antysemityzmem, ale widocznie policji kojarzy się z nieszkodliwymi dziwakami, zapominającymi czasem dokumentów.

Zostało mi jeszcze nieco ponad sto znaków. Pointa?
Policjanci są różni, ale żeby puścili kogoś wolno, musi on wzbudzać ich zaufanie.
Do słowa „zaufanie” zostało jeszcze 5 znaków do trzech tysięcy. Jak oceniacie moje ćwiczenie?


piątek, 11 stycznia 2013

List do musztrowanego Polaka


Jedwabne. Wiesz, o czym mówię?  No pewnie…. Wiemy już wszystko. Kto chce wiedzieć. Było tam wielu (za wielu) polskich pomocników. Pewnie, że lepiej, nie tylko, żeby nie było polskich, ale w ogóle żadnych pomocników.
Niech by Niemcy sami musieli dokonać tej ohydnej zbrodni.
Ale wtedy … widzisz…. nikt by o niej nie słyszał.

A tak...
Przepraszało za nią dwóch polskich prezydentów.
Słyszał o tym cały świat. Przedstawia się ją, jako hańbę całego polskiego narodu.
Narodu współsprawców.
No i już.

Ale to jeszcze nie koniec. Ja piszę jednak ten list dalej. 
Po coś. 
Będziesz miał jeszcze głowę, żeby doczytać?

Musztrują cię tym Jedwabnem. Ostatnio mamy pokłosie Jedwabnego. Niemcy strasznie nas musztrują w swoich poważnych, jak cholera, gazetach. 
Na pewno im to dalej przedrukują. Końca nie widać. A mieliśmy się rozliczyć (z nieswoich win ale niech tam!) i żyć spokojnie. I co?

A ty? A co Ty wiesz o polskich ofiarach?

Mam nadzieję, że wiesz więcej, niż pewien zdolny aktor, po dwóch fakultetach, syn innego wybitnego aktora. No cóż. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. I dotyczy to nie tylko zdolności aktorskich. Ale więcej od niego, to za mało. O wiele za mało.
Chcesz się porównywać z wiedzą tego skompromitowanego wykształciucha? 
Porozmawiajmy poważnie.

Czy znasz nazwiska milionów bezimiennych ofiar polskich obywateli?
Ajaj. Co za nudy! No i to niemożliwe.
No dobrze. Fakt. To niemożliwe. Za dużo. To dużo, o wiele za dużo. To więcej, niż jedna stodoła.
Co to za temat do refleksji? A może jednak, zamiast „miliony ofiar” pomyślmy - „tysiące stodół”?
Przeginam?
Nie!
To ty nie znasz historii własnego narodu!

Nie będę teraz wypominał Ukraińcom tysięcy niewinnych ofiar.
A ich ofiary zginęły tylko za to, że byli Polakami żyjącymi w niewłaściwym miejscu. Lebensraum po ukraińsku. Cyt.
Zostawmy, przynajmniej na potrzeby tego tekstu, dawne kresy wschodnie, gdzie skala zbrodni niemieckich, ukraińskich, sowieckich, nawet żydowskich i innych jest wielka i ... ciągle niezbadana. No i niepoprawna politycznie. Bo uraża uczucia naszych braci Słowian, nie mogących się dotąd uporać ze zbrodniczą częścią swojej historii.
Nie otwierajmy wszystkich frontów. Ukraińcy mają teraz sytuację jeszcze trudniejszą, niż my. Chociaż, czy ja wiem? Trudniejszą? Może i trudniejszą, ale jaśniejszą. Wóz albo przewóz. Że obywatele polscy z banderowskimi korzeniami dokazują teraz w Sejmie? To mały szczegół. Na pochyłe drzewo wszystkie kozy, nawet te banderowskie, skaczą.

A my, Polacy i Ukraińcy, prawdziwi patrioci, tak, czy inaczej, powinniśmy się trzymać razem.

Do rzeczy, czyli do tych stodół. 

Może jednak myślenie tysiącem stodół będzie łatwiejsze, niż myślenie milionami ofiar?
Mirosław Kokoszkiewicz w świetnym, jak zwykle, tekście: „Polska głupota, czy świadoma polityka”, zwrócił moją uwagę, że znana jest precyzyjnie skala zbrodni niemieckich na polskich mieszkańcach z terenów wiejskich, obejmujących dzisiejsze granice Polski.

W czasach strasznego, minionego ustroju, który zapanował zaraz po niemieckiej apokalipsie skutkującej polską i żydowską hekatombą, badanie „zbrodni niemieckich na ziemiach polskich” było dozwolone a nawet zalecane. No i badano. „Do znudzenia”. 

Wiesz coś o tym?
Okupant niemiecki, z różnymi pomagierami, (o jednych z nich nie wspomnę z wyżej wspomnianych powodów), spacyfikował 817 miejscowości.

„Jednym ze sposobów mordowania ludzi, było spędzanie ludzi do stodół i wrzucanie tam granatów bądź oblewanie benzyną i podpalanie.” (M.Kokoszkiewicz)

Modus operandi  niemieckiego Państwa. Niemieckich funkcjonariuszy, czyniących swą bandycką sprawiedliwość w majestacie swojego bandyckiego prawa. Albo nawet je przekraczających. Bo przecież bandyta nie uznaje żadnych praw, nawet ustanowionych przez siebie.

Tu nie ma wątpliwości, kto za tym stał. Nie – żadni polscy bandyci, lub mityczni „sąsiedzi” wyjęci spod polskiego prawa, karani podobno za rzadko przez polskie podziemie. Tu stała za nimi cała potęga państwa rozpartego pysznie między Loarą a podmoskiewskimi błoniami. Między Atlantykiem a Adriatykiem. Między Bałtykiem a Morzem Sródziemnym.

Taki właśnie modus operandi miało to państwo!

Coś ci to przypomina, zaszczuty przez nawałę medialną, biedny, zawstydzony Polaku?

Ile to było stodół?
Dodajmy jedną stodołę z rdzennych Niemiec. Tam żaden Polak na pewno nie miał szans zostać pomagierem. Pomagał najwyżej, bardzo ochotniczo, Volksturm. Tam zginęło akurat, nie tak, jak w Jedwabnem, ponad tysiąc ludzi. W tym wielu Polaków i Żydów. Podobno nawet zaplątał się jeden Meksykanin.
Gardelegen. Mówi ci to coś?

No i teraz najważniejsze. Kto na ochotnika wymieni te 817 miejscowości? No nie, nie wszystkie. Dajcie spokój. Nie róbmy nowego apelu poległych – tasiemca. Katyński Apel Poległych. Pamiętasz jeszcze? Bo w Internecie będziesz długo szukał. Ja się poddałem. Ale pamiętam. Wymieniono wszystkich zamordowanych w Katyniu znanych z nazwiska. Na Kremlu to na pewno zapamiętano.

Takie to pomysły były za prezydenta Kaczyńskiego. On nawet próbował liczyć, centuś jeden, jakie straty materialne ponieśliśmy, przez działania nie mające nic wspólnego z wojną. Po prostu: państwowa zbrodnia na siedemsetletnim mieście na rozkaz najwyższej władzy. Może i dlatego zginął?  Kto będzie teraz miał takie pomysły?

817 na razie nie. Ale może trzy?
Borów? Gdzie to jest? Był jakiś film? Jakiś oscarowy, to gdzieżby tam, takie kwasy? O Borowie? Ale chociaż na kanale Historia. Widziałeś? Ja, niestety nie. Wstyd mi. Ale może jednak zrobili?

Szczecyn? Tego nie tylko Amerykanin, ale nawet Ukrainiec, w geście solidarności nie wymówi, bo za trudne.

Łążek Zaklikowski? Za długie. I te polskie głoski! Język można połamać. Ach ci Polacy. Nie dość, że dawali się zabijać milionami, to jeszcze mają taki okropny język. Shakespeare city. To jakieś łatwiejsze. I wiadomo, gdzie leży. 

Nikt tam nie podpalał stodół. A angielskie damy mówiły, że i tak Niemcy nie mają szans, „jak tu przyjdą, bo w razie czego – nic się im nie sprzeda”.

Zajrzałeś chociaż do Wikipedii? Można poczytać. Potrafisz się odwinąć rodakowi, który tak się przejął antypolską propagandą, że pluje na swój naród słowami „wstydzę się, że jestem Polakiem” ?

A nie zna nawet tego, co jest w zasięgu ręki – w Wiki?

Ale gdzie jest lista poległych? Ile tysięcy niewinnych ofiar? Często całymi wsiami, za domniemaną pomoc partyzantom, za pomoc Żydom, za wygląd, za nieoddawanie kontyngentu, bo głód, albo przehandlowano nieostrożnie, dając pożyć miastu. Albo na skutek donosu.  

W Łazach pod Krakowem kilku chłopców z lasu musiało przejść przez próbę męstwa przed męczeńską śmiercią. Wskutek donosu renegata, agenta, realisty. Który nie chciał, ale musiał. Donosić. I skończył, jak renegat. Wyrok podziemnej sprawiedliwości. Wolna, podziemna Polska starała się, jak umiała, czynić sprawiedliwość.

Nie łudź się, że to sprawy przebrzmiałe. W te wakacje, właśnie na podkrakowskiej wsi Łazy przekonałem się, jak wierna jest ludzka pamięć. Świeże kwiaty na pomniku. Przystające po mszy stare kobiety i ich wnuczęta. Pamiętają rodziny i sąsiedzi. Chcesz im kazać zapomnieć?
Niech prędzej wymrą, bo zawadzają? Za długo pamiętają?

A Cegłów, niedaleko Mińska Mazowieckiego? We wrześniu 39 z rąk niemieckich zginęło „tylko” czterech mieszkańców. Ale zbrodnie trwały przez całą okupację. W 43’ zamordowano humanitarnie, przez rozstrzelanie,  czterdziestu mieszkańców ze wsi Cisie. Za pomoc Żydom. Żydów rozstrzelano też. Solidarność ofiar. Wybawców i wybawianych. Jeszcze jedna pacyfikacja. Jeszcze jeden kawałek stodoły.
Zastanów się, czy masz się wstydzić, czy raczej skupić się, by pamiętać, skąd pochodzisz i kto za ciebie również, za twoją tak teraz musztrowaną polskość, umierał.

Trzym się. Nie daj się zaszczuć!