Gatunki literackie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Rozszerzające się Spectrum Pisowskie, czyli o budowaniu nowej wspólnoty

Manifest polityczny Lisa

Wędrowiec nad morzem mgły
Pan Henryk Krzyżanowski, anglista, poeta, bloger i wędrowiec wędrowiec(kolejność przypadkowa a lista talentów niepełna), który zaszczyca mnie swoją internetową przyjaźnią, ostatnio napisał mi przy okazji wymiany uprzejmości urodzinowych następujące słowa:

Oby to pisowskie spectrum się rzeczywiście poszerzyło... Ja jestem dość sceptyczny - obawiam się, że główną wygraną będzie odejście od promocji zboczeń i pedagogiki wstydu (nie jest to mało, fakt). Ale czy doczekamy się władzy nieetatystycznej? Mało realne. Pozdrawiam.

Tak się składa, że pan Henryk ma pewną, dla mnie wręcz bezcenną, unikalną zdolność: wypowiadania się „jakby”, w moim imieniu. Potrafi ująć skrótowo i celnie to, co ja właściwie wyznaję, i nie do końca sobie to uświadamiam, albo też, być może, obawiam się tak wyraziście sformułować. W każdym razie  tak krótko i celnie bym nie potrafił.

Skoro już zostałem zaskoczony swoim własnym poglądem (i mogę się mu teraz bliżej przyjrzeć), spróbuję zrobić użytek z tego zaskoczenia.

Nasza krótka i okazjonalna wymiana zdań utwierdziła mnie (Teraz tak! Gdy znalazłem potwierdzenie mojej nieuświadomionej intuicji – zaryzykuję) co do pewnego faktu społecznego: Po raz pierwszy na PiS zagłosowała pewna część wyborców, która nie głosowała nań dotąd nie dlatego, że nie znała się na polityce i ulegała propagandzie postkomunistycznej(lemingi), ani, tym bardziej, nie należała do licznej rzeszy zaprzańców, zdrajców, agentów wpływu i ludzi bez właściwości, głosujących według kaprysu, dla zabawy lub jakichś rzekomych, czy prawdziwych korzyści (np. przestępcy w więzieniach i chodzący wolno po ulicach, którzy na PiS - faktycznie – nie głosowali).

Ci ludzie, do których mam nieskromną nadzieję się zaliczać, głosowali na inne opcje, bo podchodzili do polityki z namysłem, potrafili przełożyć swój system wartości na decyzje wyborcze, prowadzili rozważania programowe,  analizowali osobowość polityków, szanse polityczne partii itp. To Homines politici, niby obywatele starożytnych Aten, bywalcy Agory.

Postępowali trochę, jak błędni rycerze. Gdy toczyła się wojna na cepy i na znaczone karty w rękawie, oni, wśród karczemnej bijatyki i ordynarnego wrzasku,  wybierali starannie swoich faworytów, szermierzy broni białej, przybranych kokardą w ich ulubionej  barwie, oceniali styl i czystość pchnięcia, szybkość zasłony a przede wszystkim - cel ataku. Byli wierni i nieustępliwi. Nie dawali się zastraszyć presją zmarnowanego głosu, nie ulegali manipulacji wizerunkiem ich faworytów: dorabianą gębą . Nie dawali się skusić najbardziej atrakcyjnym obietnicom ich konkurentów.

Mijały lata: Ich faworyci przegrywali, dostając cios bejsbolem od tyłu lub pchnięcie w plecy. Najczęściej jednak spotykał ich okrutny los: Niezauważenie w zgiełku, odrzucenie przez potencjalnych wyborców wskutek ich zniechęcenia obserwowaniem wirujących cepów.

I oto nadszedł czas, że owi wyborcy zauważyli, że w międzyczasie ich dojrzałe i przemyślane a stracone głosy – nie to, że nie mają żadnego znaczenia. Gorzej. One przyczyniają się, że partia, która nie jest bynajmniej partią ich marzeń ale spełnia wszelkie warunki „mniejszego zła”, nie może „przebić szklanego sufitu”, również z powodu ich politycznego pięknoduchostwa!

A Polska staje się przysłowiową kamieni kupą, żerowiskiem wilków, świń, roboczych wołów i beczących w chórze owieczek. Tych ostatnich wykonujących mało solidną, za to zupełnie niepotrzebną a nawet szkodliwą robotę.

I Homines politici zagłosowali na PiS.

Jaki to odsetek wyborców PiS? Sam chciałbym wiedzieć.

Ale to są wyborcy wyjątkowi. Zrezygnowali ze swoich pięknoduchowskich ideałów demokratycznych. Opuścili swoich podstarzałych szermierzy, którzy zresztą też pokazali swoje niedostatki. Niektórzy z nich po prostu na starość zgłupieli i stali się niegodni nawet straconego głosu. Nasi Homines pogodzili się, że nie mogą liczyć na działania polityczne całkowicie zgodne z ich wizją polityczną. Ale postanowili, w stanie wyższej konieczności, ratować nie róże, tylko płonący las. 

Oczekują teraz, że partia – ostatnia ich nadzieja, ugasi niebezpieczny pożar, nie używając do gaszenia benzyny i dynamitu. I odbuduje przynajmniej fundamenty Państwa a może i coś jeszcze. Jeśli tak się stanie, ci błędni rycerze, z zaciśniętymi zębami zniosą wprowadzanie różnych „reform” o wątpliwych skutkach, które można będzie kiedyś, gdy się okaże, że znów „rozwiązywano dzielnie problemy nie znane w innym ustroju”, jakoś odkręcić.  

Marzy mi się skonfederowanie tej grupy „wyborców – wizytatorów”, którzy stanowili by pewną grupę nacisku, monitorującą  „polityczne korzyści” uzyskiwane za określoną "polityczną cenę".

Nie bądźmy tacy zatomizowani, by z rezygnacją obserwować, jak (na przykład) zachodzi proces odwrotny: "polityczne koszty" zostały poniesione, ale "korzyści" nie uzyskaliśmy żadnych, pożar się rozszerza, kupa się powiększa.

Czy ta grupa debiutanckich ale świadomych wyborców PiS - jest na tyle liczna, by stanowić przysłowiowy języczek u wagi? Czy stanowi widoczną smugę światła w PiSowskim spectrum? Czy naprawdę ten dodatkowy strumyczek zdeterminowanych obrońców palącego się lasu, którzy przylecieli na pomoc z sąsiedniej wsi z wiadrami o nieco innym kształcie, ma jakieś znaczenie? 
Nie mam pojęcia. Na razie ogłaszam taką wstępną myśl. Można podyskutować w gronie internetowych przyjaciół. 
Może to coś da, kto wie?
Kto głosował po raz pierwszy na PiS i wie dlaczego?
A może by powstała taka  nowa grupa na fb, żeby się nie mieszać z tryumfującymi wyznawcami i zachować od początku zdrowy sceptycyzm i zimną krew?


Może trzeba pomyśleć teraz, zanim mgła się jeszcze nie rozwiała?

piątek, 30 maja 2014

Inna Marysia

Źródło zdjęcia


Napisałem kiedyś notkę o utalentowanej, dorosłej Marysi. I jej eleganckiej deklaracji: "Patriotyzm? W razie czego ja sp..."
Tutaj, z wyjątkiem paru przyjaciół, nikt jej nie czytał. Ale na portalu Radia Wnet, jak na moje "sukcesy inaczej", ma imponującą liczbę odsłon.
Odniosłem się do dylematów utalentowanej pannicy, znanej aktorki, córki słynnego aktora.

Zresztą, czy to jeszcze dylematy? Czy już wybór? 
Zależy od nastawienia.
Ja się nastawiam niechętnie, jak to jest promowane w głównym nurcie Trójki przejętej przez lewaków, jako "piosenka dnia".
Ale przecież nie wszyscy są tacy uprzedzeni.

Odczytać to można, jak dramatyczny krzyk strachu przed  spodziewaną Apokalipsą. Można. Kto ma takie nastawienie. Marysia P. zna polską historię, może nawet lepiej od swego kolegi z Krakowa, Macieja S. i wie, że to raczej polskie dzieci były tarczami najeźdźców. A nie odwrotnie. Coś czuje, że może to nie ostatni raz. I się boi. To ludzkie.
Ale można również w tym nie widzieć niczego więcej, jak wyraz życiowego nihilizmu, jak przedziwne, awangardowe, nieco cuchnące wczorajszym niewywietrzonym pomieszczeniem po młodzieżowej balandze, kassandryczne zawołanie: "Bawimy się, a po nas choćby potop".

Można wreszcie w tym widzieć po prostu ograniczone horyzonty "postpolityki". Przyłączenie się do głównego nurtu. "Ciepła woda w kranie", jako program polityczny.

Coś, co paradoksalnie, na prawicy teraz robi taką karierę. Pod postacią polityki "realnej".
Dość polskiej utopii!
Interesy polskie, jako "ochrona życia, zdrowia i mienia obywateli, a także przetrwanie jego kultury i gospodarki" * powinny być realizowane przez szukanie nowych rozwiązań .... w przeszłości. 
Wszystkie ręce na pokład! W sprawie dekonstrukcji polskich mitów stwórzmy sojusz ponad podziałami!

"Katastrofalnie błędna decyzja odrzucenia sojuszu z Hitlerem", "Obłęd 44" itd...  aż do liczenia na świetnego wojskowego - Jaruzelskiego, że po zamachu stanu, będzie prowadził mądrą politykę. I zawód. Marny polityk. Szkoda.
O dalszych pomysłach, jak, w imię pamięci o polskich ofiarach na Wołyniu, pokazać teraz Ukraińcom nową, rozsądną polską twarz - schadenfreude, i nie dać się wciągnąć w "ukraińską awanturę" ani "cwaniakom" ani "idiotom", lepiej nie wspominać

Czy można się dziwić biednej Marysi, że zrobił się jej w głowie, według jej własnych słów,  kompost ?
Można tylko zadumać się nad moralnym i mentalnym spustoszeniem, jakie sami sobie fundujemy, sekundując dzielnie agentom wpływu i pożytecznym idiotom. Karuzela osiemnastowiecznego "nierządu",  którym stoi Polska, kręci się, jak szalona. Tylko teraz mamy jeszcze "nierząd dusz".

Jakieś powody do optymizmu? Teflonowy Pan Premier sprowokowany przez inną Marysię ma ich pełne garście.
A ta Marysia, z następnego pokolenia, nie ma wątpliwości. Obce są jej dylematy i strachy  jej "ciotki" Marysi "Juliasiewiczowej".
Pan Premier udaje patriotę. I pyta go wprost: Dlaczego Pan udaje?

Czyżby to nowe pokolenie było pokoleniem Konfederatów Barskich? Oby szczęśliwszych i lepiej zorganizowanych.
A rozpętała się burza. Łatwo w tej "nierządnej" burzy znów się pogubić. Łatwo to zakwalifikować, jako jeszcze jeden wygłup nastolatki, szukającej rozgłosu. Już takie hipotezy szerzy się wśród ludzi deklarujących, jako "prawica". Panowie Prawica wytwornie marszczą nosy.


Pewien pan nazwał Marysię "durna gówniara".
W podobnym sensie, chociaż kulturalnie, ustosunkował się do słynnej już wypowiedzi licealistki z Gorzowa, pewien mój znajomy, oczywiście prawicowy, jak się patrzy, z Poznania.

A ja myślę, że "durna gówniara" powiedziała więcej i jaśniej, niż Panowie Prawica są zdolni sobie wyobrazić.
"Dziecko" nie musi uzasadniać, gdy woła: "król jest nagi". Ono to widzi.
Uzasadniać, albo wyjaśniać, muszą tacy mędrcy, jak oni. Tylko jakie jest uzasadnienie dla oczywistego stwierdzenia o UDAWANIU według pijarowskiego scenariusza?

A co? Król jest nagi, czy nie?
Niech Panowie się tym zajmą, a nie psychologizowaniem na temat "dziecka".

I ważniejsze jest to, co się dzieje TERAZ - po tym krzyku.
I nawet nie z nim, "dzieckiem", tylko z nami.

Niedługo "kamienie wołać będą".
I chyba niektórzy Panowie Prawica będą musieli podciągnąć się z psychologii skał.


Skoro oni stawiają hipotezy co do przyszłości mężnej nastolatki, to ja, stary osioł, też postawię.
Dzielna mała. 
Życzę jej wszystkiego najlepszego. Ale to dopiero początek. Droga przed Wami, Drodzy Młodzi Przyjaciele, wyboista i daleka.
Odwagi Wam nie brakuje. Życzę Wam wytrwałości.

--------------------------------------------------
Przypis * Opcja na prawo, 2/135 Od redakcji

środa, 15 stycznia 2014

Coś dla serialowego widza...

           W poszukiwaniu czytelnika, czyli nie chcecie o ambitnej sztuce? 
          To może podyskutujmy o serialach?

Przyznaję się. Oglądam jeden serial.
"Ojciec Mateusz".

Zresztą, znany jestem z tego, że, jak typowy moher, "lubię historyjki o księżach i aniołach".
No lubię, co się będę wypierał. Nikt nie jest doskonały.

Dostrzegam słabości tego serialu. Wyłażący czasem brak inwencji w "wątkach dyżurnych", które stały się, niestety, nieco irytująca konwencją.
Ciągle te same utyskiwania Gospodyni, że "podaje obiad a ksiądz ...".
Niekończące się umizgi komendanta do pani burmistrz, które są  konwencją drugą i chyba jeszcze bardziej pozbawioną pomysłu.
Perypetie aspiranta z mającą kłopoty wieku przejściowego żoną, które są konwencją trzecią, starającą się  jednak odbijać dolatujące zza kadru odpryski kanonady politycznej poprawności. 
Chyba najlepsza konwencja złego biurokraty i niezdarnego, na szczęście, intryganta - Sekretarza Biskupa. Ale najlepsza "stosunkowo", czyli ... też nienajlepsza.
Nawet rady duchowe samego Ojca Mateusza trącą czasem konwencją czwartą. Ale Artur Żmijewski daje je zawsze takim empatycznym głosem....

A ja ... jakoś to toleruję.
Wiem, że to postawa tendencyjna i niesprawiedliwa. Że udzielam twórcom cyklu swoistej taryfy ulgowej, tymczasem oni, idąc czasem na taką łatwiznę, mogą te słabości wystawiać nie tyle na ostrzał, co na przełączający przycisk pilota. Dobro promowane musi być atrakcyjne. 

Ty mnie, Styka, nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!
- powiedział podobno Pan Bóg znanemu malarzowi.

Ja nie przełączam. Ja przylatuję do telewizora na znajomy, z niskimi, rytmicznymi tonami, sygnał, w czwartki wieczorem. Potem już miałem wolne, bo Pospieszalskiego wyrzucili. Ale nie na zawsze. Tylko na postrach, na chwilę... A za chwilę?

O Pospieszalskim już kiedyś pisałemWarto rozmawiać, pamiętacie jeszcze? Już nie warto.
Teraz ważą się losy - będziemy mieli Bliżej, czy będziemy mieli dalej?

Już, już, ad rem.
Co to kogo obchodzi, że lubię serial o księżach, w którym nawet aniołów nie ma?
No może paru aniołów z krwi i kości by się znalazło, nawet jeśli trochę skonwencjonalizowanych...
Ale ja oglądam je nie dlatego, że tam są księża. To znaczy, inaczej. Oczywiście, że to jest wskazówka, żeby oglądać.
Serial i ...jest ksiądz, anioł, człowiek wiary, jako ważny bohater ... aaa to siadam i patrzę z pewną nadzieją.

Serial - to znaczy będzie tak jakoś zwyczajnie, bez napinania się, dla ludzi, bez wyzwań wymagających natężenia wszystkich sił fizycznych i duchowych. 
Mamy trochę stresów i obowiązków. Zasługujemy na kawę w ciągu dnia, albo na okresową wyprawę na ciastko do cukierni. Ale z jakimś umiarkowanym, interesującym, wzruszającym, budującym akcentem.

Ktoś się przejmie perypetiami miłosnymi Kingi, ktoś inny dylematami etycznymi doktora ... nie znam imienia, tego co na dobre i na złe. 
Ja wolę problemy zwykłych ludzi, które oni rozwiązują w świetle wiary.  Styk szarego życia z transcendencją. To najbardziej mnie frapuje. Takie nieszkodliwe hobby.

Obecność księdza lub anioła, i pojawiająca się wraz z nimi, towarzysząca im aura, stanowi coś w rodzaju czynnika wyróżniającego, substancji czynnej ale nie wpływającej na zdarzenia. 
Sędzia moralny? Nie, nie, to nie to. Coś, jak "kontrast" - podczas prześwietlenia rentgenowskiego żołądka. Albo klasyczna, niewinnie wisząca na ścianie strzelba z pierwszego aktu - symbol suspensu.
Tak, chyba o to chodzi. Stąd ta wyczuwalna atmosfera oczekiwania, że coś się stanie, co będzie próbą. I co z tego wyniknie. Czekamy na moment.

Takie filmy mają momenty. Pamiętacie słynne, kultowe (brr, jak ja lubię to słowo!) dialogi na cztery nogi, ale o filmach.
- Fajny film wczoraj widziałem...
- Momenty były?
- Maaaasz.

No więc były
W cieniu wątków zwykłych, dyżurnych i związanych z licencją na serial, a tak skonwencjonalizowanych.
Wyjątkowo w sobotę, 11 – stycznia. Chwila wytchnienia po pracowitym dniu, w delegacji. 

Jakaś próba morderstwa. Ojciec Mateusz pierwszy rozplątuje gordyjski węzeł poszlak. Ale nasza dzielna policja jest tuż tuż…., nieważne. 
Ja opisuję moment.
Moment zagrany koncertowo przez wybitną aktorkę Kingę Preiss, która, jak ma napisane kilka scen z pomysłem, nigdy nie zawodzi. I świetnie pani Kindze partnerującą, profesor Aleksandrę Górską.

Zwykłe codzienne życie na plebanii. Zderzające się w drzwiach dwie kobiety. Jedna, ważniejsza, ale z kompleksami, zapracowana i „nieco szorstka”. Druga, na łaskawym chlebie u Ojca Mateusza, starsza, zdeklasowana, bezdomna, ale nie rezygnująca ze swojej przydatności. Nie rezygnuje ze swoich zwyczajowych rozrywek, ale i próbuje pomóc, no i ponosi nieuniknione porażki. Przypadłości starszego wieku, niedosłuch, skleroza, gorsza koordynacja ruchów.
Jak ja ją rozumiem. Zwłaszcza, gdy Starsza coś zapomni, coś zbije albo przypali. Wszędzie rozkłada swoje irytujące rzeczy. Zamiast pomóc – przeszkadza….

Konflikt się tli, ciągle miarkowany przez formację tych kobiet. To nie są anioły, ale i nie prymitywy. Potrafią się powściągnąć. Potrafią się zdobyć na refleksję.


Empatia. Zadajemy psychiczny ból. Ale go czujemy. I nas też boli.

Zadano nam ból? Nie wrzeszczymy o swojej krzywdzie i nie oddajemy wet za wet. Zresztą nie mamy za bardzo możliwości. Jaki będzie następny ruch? Skandal w parafii? I nasza nieunikniona klęska w starciu z wszechwładną Gospodynią?
To może go przemodlimy?

Rozważanie na różańcu. Moment. Za tę scenę daję jej autorowi Nagrodę Specjalną Mohera. 
Starsza pani modli się na różańcu, w kontekście. Tutaj nie klepie się pacierzy. Tutaj się medytuje na różańcu

Może młodzież popatrzy i zobaczy, co to znaczy medytacja polska, nie wschodnia?!
Cudze chwalicie, swego nie znacie...
Bo nie chcecie znać!

Prawda ekranu na tle codziennego, skonwencjonalizowanego biegu serialowej rzeczki. Na tle rowerowej choreografii Ojca Mateusza w scenerii najpiękniejszego starego miasta, jakie znam. Warunku koniecznego rozwiązania kolejnej zagadki kryminalnej.

Nagle jedna ze stron konfliktu znika. Ta Starsza i słabsza. Nie trzaska drzwiami. Usuwa się dyskretnie. Sumienie i refleksja drugiej włącza dzwonki alarmowe. Każdy szczegół nasuwa coraz bardziej niepokojące hipotezy. Nie ma mowy o uldze: „No i co? Baba z wozu…”
Narastający niepokój. Wrażenie pustki i pojawiające się wyrzuty sumienia. Poszukiwania z wieloma niepowodzeniami. Napięcie zaczyna stanowić  konkurencję z głównym wątkiem odcinka.

Nie, akcenty są dobrze rozłożone. To tylko wątek poboczny. Zguba odnajduje się. Śpiąca na krześle w jakimś muzeum. Starsza pani, wzruszająco bezbronna, ale niewinna. Nie zrobiła nic demonstracyjnego. Wyszła na spacer, żeby zmienić otoczenie. Zaczerpnąć świeżego powietrza. Przy okazji zbiło się jej szkiełko w okularach. „Wtedy ona niewiele widzi”. Troska Natalii.
Natalia u kolan Lucyny z przeprosinami. I jakby nic nie rozumiejąca Lucyna:
No co ty, Natalia. Chciałam się przejść.

A jeszcze relacjonująca Księdzu to zdarzenie Natalia, nasuwa mu detalem relacji, owym zbitym szkiełkiem myśl, która stanowi rozwiązanie zagadki.
Mój prywatny morał.
Natalia nie jest orłem intelektu. Ale widzi i czuje
To przeciwieństwo ślepoty i bezduszności. I wyjaśnienie sympatii i nieskończonej cierpliwości, jaką wykazuje Ojciec Mateusz dla gderliwej i wścibskiej Gospodyni.

Czucie właśnie, a nie czyjaś przemądrzałość, jest przydatne geniuszowi procesu kojarzenia faktów, do rozwiązania zagadki kryminalnej.
Ale przede wszystkim jest źródłem miłosiernej miłości, która panuje na plebanii, nawet wówczas, jak przelatują tam iskry i dudnią szybkie, niecierpliwe kroki.
Znak. Mądrościowy szczegół, perełka ukryta wśród kolorowych szkiełek głównych wydarzeń.

Nienaganna kompozycja wątku, jego idealne połączenie z wątkiem głównym. I prosty, wzruszający obraz miłosiernej miłości dwóch zwykłych kobiet. Nie tylko scenariusz. 

Koncertowa gra. I – last but not least – spokojna, łagodna atmosfera serialu – to czynniki, które zbudowały małe arcydzieło, godne tandemu autorskiego Agathy Christie i G.K.Chestertona.


Lubię filmy o księżach i aniołach, właśnie dla takich momentów.



wtorek, 12 listopada 2013

Kilka myśli o Niepodległej …Młodzieży

1.      Marsz Niepodległości to już impreza prawie tradycyjna. Na przestrzeni lat 2010-2013. Jestem bywalcem: byłem na pierwszym, byłem na ostatnim, byłem w międzyczasie. Mój reportaż z pierwszego marszu był nawet na blogmedia.pl wiodącą relacją z wydarzeń. Stąd moja legitymacja, żeby dokonać pierwszej oceny w dłuższej perspektywie.

Dlatego, proszę, młodzi przyjaciele, przyjąć te szczere słowa, od starego śledziennika.

Marsz rośnie w siłę. To nie słomiany ogień garstki wkurzonych młodzieńców, tylko budzący się zwolna Duch Narodu w umysłach młodych ludzi, pozbawionych kompleksów, rozglądających się ciekawie po świecie i strzepujących pył zniewolenia ze swoich glanów i krótko ostrzyżonych głów.

2.      Czego chcą młodzi. I jacy właściwie oni są?
Wiedzą, czego nie chcą. Czy szybko się zorientują, czego chcą, co należy odbudować? Czy nie dadzą się skołować, tak, jak my? Są skłonni zaryzykować.
Nie śpiewają. Się nie boją, krzyczą  i, niestety...  klną, co mnie, człowieka starej daty, nieco od nich oddala.

Było ich ze sto tysięcy, czyli, tak na oko, ze dwa razy tyle, co rok temu. Ale na Mszy św. w kościele św. Barbary może z tysiąc. Czyli pełny, nabity po brzegi, kościół. Ale bez „mszy polowej”, bez głośników na zewnątrz na dziedzińcu, gdzie w czasie Mszy św. był właściwie piknik. Może to tylko błąd organizatorów?
Chyba jednak nie. To znak czasu.
Z tego tysiąca - została może połowa, gdy rozpoczęła się Komunia św. Ten nagle „luźny” kościół, który był przepełniony podczas „ostrego” kazania, trochę mnie zmroził.

Krótka modlitwa i błogosławieństwo przed wyruszeniem Marszu w trasę, księdza Tomasza Kancelarczyka ze Szczecina – to trochę za mało. I za mało księży na trasie Marszu. Ja w każdym razie nie widziałem ani jednego.
Ruch Narodowy bez kapelanów? No właśnie. Bez Boga, ani do proga. No i ta mowa ich zdradza.

Te hasła, które na pierwszym Marszu wzruszały przypomnieniem „naszych”, tych krzyczanych za komuny, teraz po prostu irytują. Brzmią, jak bezmyślna mantra.
„Raz sierpem…” Ufff. Ile lat tak będą krzyczeć – gdy jakoś nic w materii „czerwonej hołoty” się nie zmienia?
To ja już wolę wyrzut: "Gdzie są flagi!?" - prawie o legionowej proweniencji. Pobrzmiewa tu echo:


Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, ... 
Dalej to już niecenzuralne ....
Znów się skończą te dni kołatania?
Pytanie jest kierowane do nowych "chłopów z ul.Marszałkowskiej", wręcz modelowych, grillujących Polaków.
Ani jednej flagi!

Powinni śpiewać? Ba. Trzeba sto tysięcy śpiewników, dla stu tysięcy atletów. I tysiąc kotletów na każdego. Te stare i nowe pieśni, kto to pamięta?
Nie śpiewają – to kultura słuchania rapu i afirmacji tego, co krzyczą ze sceny ich idole. Czy taka kultura będzie nośna dla wolności?
 Śpiewanie też jest afirmacją pieśni, którą ktoś inny napisał. Też daje poczucie wspólnoty. W innej formie. Nie wiem. Jestem z nieco innego świata. Zobaczymy.

3.      Awantury. Czyli nieważny szczegół.
Są wkręcani w awantury (przez nieproszone towarzystwo, ochotnicze czy służbowe, wszystko jedno), ale czy to ważne? Zawsze będzie dostatecznie dużo pięknoduchów, typu Mazurek i różni Wróble, którzy albo zobaczą prowokację i stwierdzą - „sami się prosiliście”, albo prowokację wykluczą bez dowodu, wskutek perswazji lub wręcz wskutek tego, że rozsądny człowiek, który chce pracować w dobrze płacącym radiu, nie może wierzyć w spiski.
Jedyna korzyść - to korzyść dla tej młodzieży. Pamiętając mój własny szok na to, jak prasa PRL reagowała na demonstracje studenckie w 1968, mam nadzieję, że przynajmniej myśląca część demonstrantów będzie miała praktyczną lekcję polityki i jej medialnego zaplecza brudnego nurtu. Jeśli jeszcze ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości.

W warunkach subkultury młodzieżowej, którą nieco trąci ten Marsz, z jednej strony, i orgii dezinformacji, jaka się odbywa na naszych oczach  - z drugiej, niesposób orzec, czy owe "incydenty" to czysta prowokacja policyjna, czy pożyteczni, kibolscy idioci zrobili niedźwiedzią przysługę swoim kolegom. Ale nie przywiązywałbym do tych spektakularnych wydarzeń nadmiernej wagi. Media muszą mieć swoje igrzyska. Stawiam zresztą dolary przeciw orzechom, że znów nikt nie zostanie oskarżony o podpalenie budki milicjanta.

4.      A co jest ważne? Współczesna „polska kultura", jak to postrzega prof. Cieszewski – osiągnęła poziom najniższy z możliwych, jakiegoś „bantustanu”, ale przez większość Polaków jest postrzegana, jako „ich kultura”.

Jest to, że tak to nazwę umownie, „kultura poprawnej estetyki”.
Kultura „grzeczności”, „poprawności”, „radości”, a mówiąc wprost - balangi i braku konfliktu. W ramach tej kultury – nie ma szans wybić się na taką niepodległość, jaka jest śniona, jak zgaduję, przez tych młodych.
W takiej kulturze nie ma miejsca na Niepodległość. Bo Niepodległość – to ciągłe kłopoty. I konflikty z tymi, którym nasza niepodległość wadzi.

Czy Niepodległość jest ważna? Oto jest pytanie!
Ale skoro sto tysięcy młodych, ciągle więcej, przez cztery kolejne lata jedzie z całej Polski, to chyba tak?! Ale jaka?

5.      Niepodległość według standardów przedwojennych, kiedy mieliśmy naprawdę niepodległe państwo. „Nasi” przywódcy może nie byli idealni, ale reprezentowali elementarne zasady. Uczciwość i niezawisłość mentalna. Oraz „odrobina niezbędnej odwagi”.
Patrioci, którzy sami podejmują decyzję, sami „żeglują po morzu okoliczności”.
Podlegają wiatrom, muszą czasem halsem pod wiatr, czasem nawet muszą schronić się na jakiś czas do jakiegoś portu. Ponoszą też ryzyko utraty statku.
Ale mają swoją marszrutę: Niepodległość.
Ojcowie Założyciele Niepodległej. Po zatopieniu Nawy  pierwszej RP zbudowali drugą. : Piłsudski, Dmowski, Paderewski.
A Trzecia? Jakiś potworek. Upokarzający wolnego Polaka potworek. *
To poczucie upokorzenia jest kluczowe i - powszechne. Wpadamy w depresję, bo nas upokorzyli (tu nie ma albo-albo - to dotyczy WSZYSTKICH) i - albo bierzemy proszki i balangujemy dalej. Albo się otrząsamy z tego upokorzenia i podnosimy głowę. To jak, młodzi przyjaciele?

6.    Jak prawdziwą Niepodległość zdobyć? Warunki!
Nie ma żadnych tajemnych recept. Módl się i pracuj. Realizm, odwaga, konsekwencja. Mądrość polityczna. Dziś? Na wagę złota. A może nawet z jeszcze szlachetniejszego i rzadszego kruszcu. Jeśli to możliwe.
Pierwszy ruch Piłsudskiego po przyjeździe do Warszawy 10 listopada 1918? Proponują mu udział w Radzie Regencyjnej, stanowisko Naczelnika. Praktycznie wszystkie zaszczyty stoją przed nim otworem.
A on?
Dajcie mi tylko władzę nad wojskiem.

I tak - zdążył przez rok zbudować i wystawić jedną z najsilniejszych armii w Europie. Pod osłoną której zbudowano następnie niepodległe państwo. A musiał pogonić nie tylko wrogów, ale i szkodliwych głupców.

Porównajcie to z naiwnością (lub, jak kto woli, tchórzliwością lub wręcz zdradą) „strony solidarnościowej” w 1989 roku.

Wzięli stanowisko premiera. W jednych sprawach – alibi dla na poły – koniecznych, na poły – idiotycznych reform. W innych – figuranta, za plecami którego zbrodniarze wynosili papiery - hańbiące i wartościowe – w bezpieczne miejsca: do sejfów i do dołów.

7.      Co będzie dalej?
Mamy więc doświadczenia mądrej budowy Drugiej Niepodległej, która nie przetrwała Apokalipsy.
Mamy doświadczenia głupiej, tchórzliwej budowy Trzeciej. Która miała przynajmniej zapewniać ciepłą wodę w kranach i balangę z europejskim sznytem.
Budzimy się (?) w Niewyzwolonej do końca, tkwiącej w objęciach jakichś szemranych typów spod ciemnej, niewidocznej gwiazdy.
Zadłużonej na sumę niepewną. Od jednego do trzech bilionów złotych (A ten straszny zbrodniarz Gierek zadłużył nas na całe sto dwadzieścia miliardów!).
Co roku przechodzę podczas Marszu obok tego licznika. Rok temu było dużo mniej. Postęp jest.
Mamy młodzież odważną i pełną zapału. Wprawdzie nie ma może zbyt głębokiej formacji religijnej i politycznej, ale ma chyba dobrą intuicję. Zaczyna patrzeć na ten licznik, ile ma do spłacenia.
Czy już zaczyna myśleć, czy tylko krzyczy i klnie?  Wymaga wielkiej pracy. Nad jej formacją.


Ja już nie zdążę spłacić swoich długów (od dwudziestu kilku do osiemdziesięciu kilku tysięcy).

Co będzie?

--------------------------------
* Zacytujmy tu Janusza Śniadka (GPC 16-17 listopada), który cytuje prof. Zybertowicza:

"(System III RP), który w obecnej postaci nie jest godny naszej tradycji i nie jest godny Polaków".
Ten paskudny system - klatka budowany na gruncie wielopiętrowego klientelizmu, opiera się na paradoksach. Oto w państwie rządzonym przez partię utworzoną pod liberalnymi i wolnościowymi hasłami, w przestrzeni publicznej zbudowano klatkę.
"Klatkę nieformalnych powiązań pasożytujących na zasobach publicznych i na naszych normach kulturowych."
"Taką klatkę (...) może rozbić tylko wola polityczna sięgająca po środki państwa prawa, w tym instrumenty działania, jakimi dysponują tajne służby."
Koniec cytatu.

Właśnie Marsz Niepodleglości jest przykładem, jak trudne zadanie stoi przed sanatorem, gdy służby specjalne w sojuszu z mediami naszpikowanymi agentami wpływu, jak gęś, słoniną, prawdopodobnie sięgając po instrument policyjnej prowokacji, skupiają się na walce ze (względnie :) ) spokojnie demonstrującymi swoje przywiązanie do Niepodległości i hmm, dystans do władzy, młodymi ludźmi. Władzy, która jest emanacją "systemu klatki".

Sytuacja jest poważna na tyle, że potrzebny jest nie tylko dobry program politycznych reform, ale wręcz orde de bataille zwalczenia groźnych patologii, dla obrony których uwikłani politycy są zdolni posunąć się do metod nie mających wiele wspólnego z demokracją.

Oczywiście reformatorzy muszą swoje plany operacyjne "pierwszych stu dni" pisać w zaciszu. Ale muszą umieć gromadzić szerokie poparcie społeczne dla swoich działań, jako swoistą osłonę. Wiemy z doświadczenia nie tylko polskiego, że będą bezpardonowo atakowani od pierwszych godzin od przejęcia władzy.


czwartek, 31 października 2013

Obyś żył w ciekawych czasach, czyli poseł Wipler na celowniku oraz trzy teorie przyczyn tego wydarzenia, do wyboru

Pewniki przyjęte w tym tekście bez dowodu

Jest wigilia Wszystkich Świętych 2013. Zdjęcie opublikowane na wielu portalach i w Fakcie, przedstawia posła Wiplera w zakrwawionej, rozpiętej koszuli spod której widzimy poplamiony i pomięty podkoszulek. Z obdukcji lekarskiej podobno wynika, że ma nawet uszkodzoną rogówkę. To nie jest takie sobie pobicie. To pobicie z poważnym ubytkiem zdrowia.
Przez kogo? Czy to pobicie przez policję?

Że co?  Czekamy na wyniki śledztwa? Sza, dopóki nasze organa nie ustalą „prawdy”?

Ja nie czekam.
Na jesieni 1980 roku, na szkoleniu, prowadzonym przez szefową Komisji Interwencji Regionu Mazowsze Solidarności Zofię Romaszewską, usłyszałem mniej więcej takie zdanie.

„Jeśli policja kogoś pobije i ten zaczyna się skarżyć, NATYCHMIAST policja * oskarża go o pobicie funkcjonariusza(szy), co może skończyć się wieloletnim wyrokiem”.

Wydaje się, że niewiele się zmieniło.

Zmieniło się o tyle, że teraz policja bije i nie czeka na skargi. Natychmiast oskarża o pobicie – pobitego. Pamiętają jeszcze państwo film nakręcony komórką w 2011 roku, 11 listopada?
Pewien „agresywny” przechodzień pobił policjanta w cywilu. Użył do tego swojej głowy. Uderzał go głową niebezpiecznie w koniec buta, wylegując się na chodniku i nie patrząc policjantowi w oczy, bezczelnie zasłaniając się rękami. Nie wiemy, jakie obrażenia odniósł policjant. Może duży palec u nogi trochę go pobolewał?
Wróćmy jednak do sprawy pobicia posła Wiplera. Absurdalny wniosek, że pijany poseł pobił policjantów (dla zabawy?) – odrzucam. Nie mówiąc o rekordzie świata absurdu, że „skopał policjantkę”, jak napisał nieoceniony Fakt.

Odrzucam, zwłaszcza wiedząc trochę o formacji, charakterze i postępowaniu posła w sytuacjach trudnych. Ale o tym na końcu.
Odrzucam bez dowodu. Jak ktoś ma wątpliwości i czeka na dowody, nie zatrzymuję. Tutaj się to przyjmuje za pewnik i idzie się dalej.

Dlaczego poseł Wipler został tak brutalnie pobity?

To, że poseł odniósł obrażenia, widać na zdjęciach i na filmach. Pytanie – dlaczego?

Pierwsza, rozsądna teoria

Odrzucając teorie spiskowe – przez pomyłkę. Policja bije, ponieważ ma „monopol na przemoc”. Nie patrzy. Zresztą nieważne. Podobnie, jak w sprawie Katastrofy Smoleńskiej. N i e w a ż n e. Poseł miał pecha, był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym stanie. I dostało się posłowi. Zresztą, kto by się przejmował jakimś posłem, byłym pisiorem, który bierze duże pieniądze za swoją lekką pracę i szlaja się po nocnych klubach?

Pierwsza, też rozsądna, teoria spiskowa

Ale dlaczego ja mam odrzucać teorie spiskowe, skoro poważna stacja TV Republika, w osobie redaktorów Piotra Goćka i Łukasza Warzechy (ten sam Fakt **), jakieś teorie spiskowe snuje?
Ich teoria jest rozsądna.

Miała to być mianowicie operacja przykrywkowa, w związku z wrocławską aferą taśmową i ustawianiem wyborów między charyzmatycznym Schetyną a wiernym Protasiewiczem. Żeby ludziska mieli o czym gadać. Pobicie się posła z policją to lepszy news, niż jakieś rozmowy na cmenta… ups, w nieznanych miejscach. Cmentarz już spalony, jako strefa kontaktu.

W innych miejscach, ale tradycyjnie, w Regionie Dolnośląskim. Ten region naprawdę ma pecha!
A rozmowy na tematy abstrakcyjne. O miejscu w radzie nadzorczej.

Co to jest ta rada? Ja i tak się do tego nie nadaję, więc niech te posły tam sobie siedzą.
Też coś!

Nie, taka teoria jest dla mnie stanowczo za cienka.

Moja teoria spiskowa, przetestowana w moim kółku i przyjęta, jako prawdopodobna, więc ośmielam się ogłosić

A ja? Najpierw byłem oszołomiony i nic nie rozumiałem. To poseł, na którego głosowałem, ale który trochę mnie zawiódł. Brak mu cierpliwości. Młody i żądny sukcesów. Za szybko chciał iść na swoje.
W rezultacie – grozi mu wypadnięcie z Sejmu w następnej kadencji.
Po co go „rozprowadzać” i kompromitować? Taka akcja to przecież zaangażowanie dużych sił i środków, przygotowanie zaplecza medialnego, wersji wydarzeń– głównej i zapasowej, właściwych, prokuratorów i sędziów. Otwiera się front walki ze sforą wścibskich internautów. Pojawią się jakieś filmy kręcone komórkami, które nie będą się zgadzały z oficjalną wersją. A nawet z zapasową.

I co? Mało mają kłopotów? Jakaś obłędna ucieczka do przodu? Która może spowodować zwarcie szeregów skłóconej opozycji?
I nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie pewien tekst ***,  który rok temu, 12 –tego listopada 2012, rekomendowałem.

Jest tam opisana akcja posła Wiplera wraz z kolegami, podczas demonstracji 11 listopada 2012, który to poseł, dzięki stanowczej postawie, zapobiegł nieobliczalnym konsekwencjom ruszenia do ataku wozów bojowych policji w tłum demonstrantów.

„Prowokacja się nie udała”.  ****

Poseł Wipler zyskał uznanie i autorytet swoją odwagą, konsekwencją i zdecydowaniem. Interweniował zgodnie ze swoimi uprawnieniami i zrobił to skutecznie.
Zbliża się kolejne Święto Niepodległości. Władze nie lubią, kiedy obywatele obchodzą to święto po swojemu. Preferują orła z czekolady i żadne nieuzgodnione inicjatywy nie będą tolerowane.

Albo Front Jedności Narodu, albo kłopoty!

W tym roku próba prowokacji, próba wywołania zdarzeń, których nawet nie możemy sobie wyobrazić, może zostać powtórzona. Czyżby poseł Wipler został uznany, jako ten, który może znów jej przeszkodzić i należało go zawczasu wyeliminować z gry?

Będzie miał teraz swoje problemy. Ze zdrowiem, z prokuraturą, z parlamentalną komisją etyki. Będzie też o wiele mniej wiarygodny. Już nie – młody, energiczny, o czystych rękach. Ale człowiek zamieszany w bójkę z policją, pamiętany ze zdjęcia „w stroju niedbałem, w stanie wskazującym”.
Okres brylowania w mediach nowej gwiazdy się skończył. Zaczęło sie grillowanie delikwenta.
Odsłania się pewna metoda walki: 

                    "Najpierw napompować, potem zdetonować."

Czy ta prowokacja się udała, jeśli oczywiście miała miejsce? Bo przecież tego nie wiemy. To tylko teoria spiskowa, odrobinę bardziej śmiała, niż teoria panów G & W.
Czy poseł Wipler zostanie zdyscyplinowany, żeby za bardzo nie dokazywał? To przyszłość, która jest nieznana. Próba dzielności i próba mądrości. Jak będzie? To ciekawe, prawda?

„Obyś żył w ciekawych czasach”.
Przysłowie chińskie

Ach ci niesamowici Chińczycy!

--------------------------------------------------------------------------

tak w wypowiedzi pani Zofii – używała konsekwentnie określenia- „policja”

** Pan redaktor Warzecha, Fakt, fakt,  odciął się od swojej redakcji. Uff, minimum przyzwoitości.

*** Niestety dzisiaj (10.11.2014) film z interwencją posła Wiplera ... "nie istnieje". Nie wiem, czy nie istnieje, bo poseł Wipler już nie jest w PiSie, czy też z innych powodów.
Internet jest dynamicznym źródłem informacji. Orwell przewidywał, ze historia będzie korygowana, ale nie przypuszczał, że będzie to tak łatwe.

**** Zarekomendowałem ten tekst następującym komentarzem:
Ja byłem w drugim rzucie. 
Mamy tylko jedną zasługę: kiedy usłyszeliśmy przez tubę komunikat, że policja wzywa do ROZEJŚCIA się (ok 100 tys ludzi, otoczonych ze wszystkich stron przez kordony - legalna demonstracja!) najpierw ogarnął nas śmiech, potem, ktoś przy tubie wezwał nas do modlitwy. 

Odmawialiśmy różaniec, i modlitwę najbardziej dramatyczną : "Święty Boże..., od powietrza, głodu, ognia i wojny..."

Później dowiedziałem się, poseł Wipler przedarł się przez kordon z kimś (reporter z Radia Wnet) i wynegocjował z dowódcą oddziałów puszczenie Marszu dalej. A sytuacja był naprawdę trudna.

My też mieliśmy małego pietra, a przecież byliśmy dwieście metrów dalej (okolice hotelu Polonia, wylot Poznańskiej).

A co dopiero czoło pochodu, gdzie świstały gumowe kule i kłębił się gaz znany mi z lat osiemdziesiątych (zostały zapasy!)?

Ja uważam to za cud, że dowódca został przekonany i Marsz ruszył.

Prowokacja się nie udała.
Chwała posłowi Wiplerowi.


czwartek, 1 sierpnia 2013

Sztuka awangardowa w służbie Mitu

Przedmowa
Przypomniał mi się mój felieton sprzed dwóch lat, kiedy starałem się być dobrej myśli.
Jednym z optymistycznie zapowiadających się zdarzeń była wówczas zbliżająca się walka Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką.
Nadzieje okazały się płonne, Adamek, mimo dzielnej postawy, dostał tęgie lanie i musiał uznać przed czasem wyższość Ukraińca - dżentelmena wśród bokserów. Ale to był drobny szczegół.
W międzyczasie na kierunku ukraińskim zanotowaliśmy „proces pojednania”. My im – „znamionami ludobójstwa.”  Oni nam - w zaparte! – bohaterską UPA i weryfikacją polskich pomników we Lwowie. Pojednanie po słowiańsku. Rozłożone na długie lata. Końca nie widać.
Ktoś mówił o końcu historii i zdobył sławę światową. Jak się nazywał? Nieważne. Przestarzała historia, której koniec nie został zauważony.
Ale to na marginesie.
Sytuacja rozwija się w dwóch kierunkach. Zgodnie z ewangelicznym:

Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska. (Rz 5, 20).

Nie upadajmy więc na duchu, bo niektórzy wprawdzie upadają coraz niżej, sytuacja staje się coraz trudniejsza ale jednocześnie są i powody do optymizmu.
Pomedytujmy chwilę nad moim starym tekstem okolicznościowym. Czy daje, mimo wszystko, powody do optymizmu? Czy całkiem utracił na aktualności?
Moim zdaniem – NIC nie stracił. Co nie zmienia faktu, że go zupełnie przeredagowałem. Historia mojego rozwoju twórczego też nie ma końca.
Dodam dodatkowo parę aktualnych pytań.

Proszę wypełnić ankietę i przesłać na wiadomy adres...

Na Rocznicę Powstania Warszawskiego - dzisiaj - 1 sierpnia szczęśliwego 2013 roku :)




                               Hrabiemu dedykuję :)


Stało się w III Rzeczypospolitej świecką tradycją, że każda kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest świętowana przez tysiące Polaków przy akompaniamencie klangoru „rozsądnych”.

Którzy uparli się urządzać kocią muzykę. Udają, że to tylko rzeczowe wypowiedzi krytyczne, że ich przewidywalne, jak zeszłoroczna gazeta elukubracje, to patriotyczny obowiązek ratowania Polaków z oparów kombatanctwa i oszołomskich uniesień. Że najważniejszą sprawą jest wychowanie ich na „rozsądnych Europejczyków”. I że obrzydzenie świętowania Powstania jest gwarancją odnoszenia odtąd samych sukcesów.

(Już ucichli? Wrócimy do tego dalej... przyp. 1.8.2013)

Palą się, żeby ekshumować ciało generała Niedźwiadka, ożywić i postawić pod ścianą. Nie mają czasu zabiegać w Moskwie, żeby go przynajmniej zrehabilitowała i uwolniła od zarzutu kolaboracji z „faszystami”.
Nie chce mi się z nimi gadać….
Napiszę coś o pamiętnym, wspaniałym spektaklu „Awantura warszawska”. Muzeum Powstania Warszawskiego, 2 sierpnia 2011, godzina 20.00. Jeszcze jest na afiszu. Polecam!

(Dzisiaj już Muzeum pod innym zarządem. Jak sobie radzi? Cud to, czy niespodziewany brak złych wiadomości, ale coś robią! Teraz nakręcili film fabularny o Powstaniu. Strach się bać. Więc ufajmy! przyp.1.8.2013)

W awangardowej stylistyce, tworzącej przejmujący skrót, jakby zagęszczone przez jakiegoś demiurga czas i przestrzeń, twórcy widowiska ukazali szaleństwo piekielnych mocy, w objęciach których znalazło się Państwo Polskie pod koniec wojny, kiedy przyszli zwycięzcy już urządzali świat.

Zdumiewające odkrycie, że zebrane i dramatycznie skonfrontowane depesze dyplomatyczne, zagrane, jako emocjonalny spór polityczny, prowadzony w warunkach okrutnej i krwawej wojny, mogą utworzyć pasjonujące i przejmujące do szpiku kości widowisko.

Na sześciu scenach ustawionych wśród „gapiów” z miasta Warszawy, depesze ożyły i zawiązały nieśmiertelną tragedię, z idącym na śmierć tragicznym chórem z dymiących ruin Warszawy.

Grecką Tragedię. Tyle, że prawdziwą, słowo w słowo. 

Postaci porozumiewały się wówczas nie satelitarnymi telefonami, tylko dalekopisowymi, zaszyfrowanymi depeszami.

Depesze budujące rysunek postaci. Dialogi lepsze od tych opracowywanych przez szkolonych na kursach dla scenarzystów z Holywood.

Interesowność i kunktatorstwo jednych, rozpacz i bezradność drugich, zbrodnicza bezwzględność, żądza władzy i podbojów - jeszcze innych.

Ludzie toczący wojnę. Z tamtej epoki. Ale jakże znajomi. Dbający o swoje, kosztem już niepotrzebnych, kłopotliwych sojuszników. Przemawiający własnym głosem wielcy tego świata.

Ludzie mali i krótkowzroczni, jak „wielki kaleka” Roosevelt.

Ludzie z klasą, jak Churchill, w cieniu sojusznika wielkiego. Ze słodko-gorzkim poczuciem bezpieczeństwa, znajdujący czas, by okazywać resztki lojalności wobec sojusznika małego,

Ludzie bezwzględni, okrutni i bezduszni. Piekłowszczyki, jak Stalin, z leżaka kibicujący wykonywanej za nich brudnej, solidnej, niemieckiej robocie w Warszawie.

I wreszcie ludzie, których sytuacja przerosła. Tragiczni i zrozpaczeni swą bezradnością, jak Mikołajczyk i Sosnkowski. Osieroceni już od roku przez Sikorskiego. Wraz z nim przepadły „polityczne papiery wartościowe”, które żmudnie zbierał u wszystkich wielkich. Być może, właśnie te „papiery” stały się jego wyrokiem. Czy ta sytuacja niczego nam nie przypomina z najnowszej historii, której końca nie widać?

Niepowstrzymany pochód losu.

Mający ważniejsze sprawy sojusznicy i odzyskujący pewność siebie, wracający z dalekiej podróży, okupionej wieloma milionami ofiar, wiarołomni agresorzy, wspólnie, w porozumieniu, zadecydowali o nas, bez nas.

Polscy przywódcy nie byli gigantami na miarę czasu. Byli to zwykli, Wolni Polacy. Zabiegali, jak umieli, o niepodległość swojego kraju. 
Bez charyzmatycznego, Naczelnego Wodza. Bez pomocy sojuszników, nie mających głowy do użerania się z bezwzględnym satrapą o kraj leżący po niewłaściwej stronie Łaby.

Odcięci od niego w dalekim Londynie, mogli tylko bezsilnie, z rozpaczą, patrzeć na zagładę jego stolicy.

Ta skondensowana, dokumentalna forma, bez żadnego odautorskiego komentarza, być może utrudniała odbiór mniej zaznajomionym z detalem historycznym. Dla mnie sprawdziła się w stu procentach. 

Niechętny awangardzie, odkryłem, że sztuka – to nie kwestia formy. To kwestia prawdy i miłości.

Epilog

To było dwa lata temu.

Co słychać?

To samo. Karawana Narodowa.

Nasi nieszczęśni przywódcy…

Mamy ich potępiać? Mamy się ustawiać w roli ich sędziów?
Czy, żeby mieć „właściwą” postawę patriotyczną i wymagać elementarnej przyzwoitości w polityce trzeba przedtem koniecznie zohydzić Powstanie wzorem komunistycznych propagandzistów i ich duchowych dzieci z Najlepszej Gazety Dla Polaków?

Ujadające psy...

Cały rok balangują i uprawiają porubstwo. Albo żyją, jak Pan Bóg przykazał. W swoim mniemaniu. Według dwóch, trzech, no - max pięciu przykazań. Według gustu.

Głupota jest uniwersalna i plenna, jak chwast. 

Gdzie przykazań brak dziesięciu… *

A pies? **
Pies unika, jak ognia, tablic pamiątkowych, pomników i włazów do kanałów.
Nie tylko wrogowie. Rosną nowe, i prawicowe i lewicowe i liberalne i bezideowe – ale zawsze głupie - kadry.

Humanistów, historyków i komediantów, pismaków i rechocących kabareciarzy. I innych ałtorytetów moralnych. Dochodzą do Obłędu '13.

Uaktywniają się zawsze w Święto. 1 sierpnia!


We wspólnym froncie z komuchami, wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi – sponiewieranego, ale ciągle niebezpiecznego Narodu.
Odczepią się od nas, jak będziemy cisi, sprytni i liczni, jak Czesi. 
Nie możemy się zapatrzyć na Węgrów. Są za bezczelnie niezależni i dumni.

Na razie jest nas jednak ciągle, mimo tych hekatomb - ponad trzydzieści milionów. To stanowczo za dużo. 

Cóż robić? W tym niepokornym narodzie pełno zawsze było nawiedzonych krytykantów i odbrązowiaczy – pożytecznych idiotów i przemądrzałych wodzów – uzurpatorów, autorów zwycięstw przegranych głupio wojen. Co to tylko urodzili się pechowo – za późno.

Ale jest i zdrowa reakcja. 

Naród ujawnia swoje głębokie pokłady przeciwciał przed tym grupowym obłędem. Rozsądek.

Przecież nie tak znowu trudno odróżnić potępieńczych sporów o polityczną ocenę decyzji o Powstaniu od bezprzykładnego Czynu Powstańczego, którego mitu żadna ludzka siła nie umniejszy ani nie powstrzyma!

Mit ten jest bowiem już nieśmiertelny.

I …
ani podstarzały aktor na K. lubiący wina
ani żaden dobrze się zapowiadający historyk na Z.
ani żaden nawrócony na polityczny rozsądek młody, ciągle dobrze zapowiadający się pisarz na T., specjalista od biegania między kroplami deszczu,

… go nie zabije!

--------------------------

To tylko ładny tytuł polskiego kryminału. Joe Alex. 1968. PRL. Paradoks.

** Skecz wszechczasów - przedwojenny 1926, Konrad Tom, nie żaden Dudek! Dudek go tylko spopularyzował po wojnie w latach sześćdziesiątych, za co mu chwała.