czwartek, 14 czerwca 2012

Obama i Poteat. Dwaj Amerykanie, Dwa Światy


Impuls

Kto to jest Obama, każdy wie, prawda?   A Eugene Poteat? To ktoś z cienia, to tylko …wysoki funkcjonariusz CIA.

Tak się złożyło, że po gafie "starannie zaplanowanej" Obamy (USA) ) nastąpił przeciek kontrolowany. Wywiad Eugeniusza Poteata (CIA).
Postanowiłem zestawić wypowiedzi tych dwóch Amerykanów.  Wypowiedzi związane z Polską. Jedna, Obamy, krótka, okazjonalna, opracowana przez sztab i odczytana z promptera.
Odsyłam do swojego wpisu „Manipulokracja

Druga, Poteata, wypowiedź z „głowy”, w formie wywiadu, gdzie trzeba się było konfrontować z punktem widzenia rozmówcy, formułowanym często w dość radykalnej formie. W formie uchodzącej w Polsce za niepoprawny, żeby nie powiedzieć – niepoważny.

Ciekawe, czy czytelnicy tego tekstu podzielą moje wrażenie kolosalnej różnicy formatu intelektualnego, rzeczowości i znajomości zagadnienia, jakiemu uległem, czytając i analizując te wypowiedzi.
Proponuję zadumać się nad tą różnicą. 
Jak każdy z wypowiadających się orientuje się w „polskiej” problematyce? 

Jakie wykazuje zrozumienie uwarunkowań i kontekstów?
A jaką empatię dla bohaterów i statystów wydarzeń?

Czy pojmuje interes swojego kraju mądrze, czy może idiotycznie woli nie wiedzieć, albo zakłamać, bo „tak jest korzystnie dla mojego kraju”?

I wreszcie, takie ćwiczenie intelektualne: Pomińmy amerykańskich mediotów, pomyślmy całkiem abstrakcyjnie. Gdyby jakiś myślący Amerykanin miał decydować tylko na podstawie tych tekstów, komu powierzyłby odpowiedzialność za losy swego kraju?

Cytaty

Teraz kilka próbek wypowiedzi  Eugene'a Poteat'a, przypominam, wysokiego oficera CIA, o którym nikt z amerykańskich mediotów pewnie nie słyszał (całość w środowej Gazecie Polskiej nr 24).

W historii bez trudu znaleźć można przykłady nikczemnych działań Moskwy wobec mniejszych sąsiadów (...) wobec "białych" Rosjan w 1920r, wobec Ukrainy w latach 20 - tych XXw, wobec Polski w 1939 r., zbrodnię katyńską w 1940 r., agresję na Czechosłowację w 1968 r., atak na Gruzję w 2008 r., setki zbrodni wobec osób, które Kreml uznał za przeciwników lub krytyków. W Smoleńsku Rosja miała wszystko podane na tacy - całą znienawidzoną delegację w jednym samolocie (...)

pod Smoleńskiem do wygrania było coś bardzo cennego – przejęcie kontroli nad Polską i umieszczenie na szczytach władzy prorosyjskich polityków.
Tak się też stało – po katastrofie pełnię władzy w Polsce przejął obóz prorosyjski, który posłusznie wykonuje otrzymane polecenia. Pierwsze z nich to nie zadawać pytań o kryminalne działania Rosji i wyjaśnianie tragedii pod Smoleńskiem. Kolejne to odsunąć temat katastrofy na bok i sprawić, by naród o niej zapomniał, a także zdyskredytować tych, którzy nie przestają pytać o Smoleńsk i kwestionują niezwykle podejrzane śledztwo w sprawie katastrofy." (…)

bez twardych, stuprocentowych dowodów lub wiarygodnych świadków sąd nie będzie w stanie orzec winy. (...)
oczywiście sąd opinii publicznej nie będzie miał trudności, by wskazać sprawcę, ale dla tych którzy stracili swoich przywódców, ukochanych bliskich lub znajomych, to niewielka pociecha. (...)


I  kluczowy dla mnie fragment: 

Niewykluczone, że także Polska będzie musiała przeżyć to gorzkie doświadczenie.(...) 
Nie będzie mogła jednak nigdy tego zapomnieć, powinna też zrobić z niego użytek; na zawsze zmienić swoją postawę i stosować zasadę bardzo ograniczonego zaufania. Gdy wrogowie danego kraju mają w nim bardzo silne wpływy - tak jest obecnie w Polsce - każdy ruch musi być wykonywany ze zręcznością, (...) dla uniknięcia kolejnej pułapki zastawionej przez ludzi będących z nimi w zmowie.  

 Analiza

Zaznaczam, to tylko najbardziej poruszające mnie fragmenty. Cały wywiad powinien być lekturą obowiązkową - i Wolnych Polaków – oszołomów - i rozsądniaków, którzy łudzą się, że znają się na geopolityce i dystansują się od tych pierwszych.

Z wywiadu emanuje głęboka znajomość historii regionu, w którym zapewne Mister Poteat się specjalizuje. Możemy podziwiać przenikliwy umysł analityka, który umie wiązać przyczyny ze skutkami i wyciągać wnioski. Umie również w sposób dobitny, bez owijania w bawełnę, je formułować.

Jestem zawsze pełen podziwu dla zwięzłego i rzeczowego opisu stanu faktycznego. Niedawno zacytowałem anonimowy komentarz umieszczony na którymś z portali, tytułując go „150 słów”.

Uderzyło mnie pokrewieństwo tego krótkiego komentarza anonimowego Polaka i obszernego wywiadu prominentnego Amerykanina. Ta sama jasność myśli i sprawność docierania do sedna.

Ale w wywiadzie Poteata dostrzegłem Amerykanina – brata. Takiego Amerykanina, jakiego podziwiają i kochają Polacy, ci wieczni tułacze, nieszczęśliwi kochankowie wolności i sprawiedliwości.
Prostego, uczciwego Amerykanina w mundurze lub w cywilu, ale ze zwisającą plakietką, z najbardziej amerykańskich filmów. Prawego, służącego swej ojczyźnie, ale przejawiającego wzruszającą empatię w stosunku do mieszkańców odległych, „nieważnych” krain, znajdujących się w jego obszarze działania.

Żadnej demagogii, żadnych łatwych obiecanek, że „Ameryka coś zrobi”. Żadnych złudzeń, co do jakości amerykańskiej politycznej kasty.

Polska, głupku!


Przypomniał mi się amerykański dziennikarz z filmu „5 dni wojny”, opowiadającego o wojnie w Gruzji, filmu zupełnie zignorowanego przez polskich wykształciuchów. Musiałem go szukać poza multipleksami. Młody kasjer filmowego kołchozu ze Skrzyżowania oświecił mnie, że to za ambitny film i nie cieszył się zainteresowaniem.

A w filmie?  Amerykański dziennikarz szukający prawdziwego newsa i prawdziwego obrazu. Nie ukradkowego zdjęcia pocałunku celebrytki. Tylko zdjęcia prawdy, tej pierwszej ofiary wojny. Bezskutecznie próbujący zainteresować oglądanym wokół horrorem amerykańskie stacje.

Bezskutecznie. Szaleńczo narażał życie, był pomysłowy i miał szczęście. Uzyskał warunki  nadawania w opuszczonej stacji satelitarnej, w oblężonym przez ruskie wojska mieście. Potrzebny był tylko kod dostępu. Tego jednego nie uzyskał  z centrali. Polityka. „Interesy kraju” a la Roosevelt. Bronione przez jego następców poprzez tych interesów pogrążanie.

Ale wróćmy do Poteata. Tylko twarde słowa: „Polska będzie musiała …”, „każdy ruch musi być wykonywany ze zręcznością”.

To rozmowa wolnych ludzi. Jeden jest w lepszej sytuacji i wie, że powinien pomóc. Nie bardzo może. I daje do zrozumienia, że pomoże, ile będzie w stanie. Ale zwraca uwagę, że my musimy sobie pomóc sami.

Bóg i Ameryka nam pomogą, jeśli potrafimy pomóc sobie sami!

A pomożemy sobie sami, jeśli będzie więcej mądrych oszołomów i więcej oszalałych rozsądniaków.


Zakończę anegdotą
Nie wiem na ile prawdziwą. Podaję ją na odpowiedzialność redaktorów Poranka Radia Wnet (14.06.2012)
Niedawno był mecz Polska – Rosja. Ja sam wieszczyłem klęskę. Przyjemnie się rozczarowałem. Ale ciekawa rzecz. Podobno najtwardziej stawiali się Rosjanom i o mało ich nie „zajeździli”, ci nieco pogardzani obcokrajowcy, mówiący łamaną polszczyzną.
Przyznam, że sam kręciłem na nich nosem.
Podobno właśnie oni się ich nie bali i ostro im się stawiali. Chyba nie wiedzieli, że Rosjan trzeba się bać. Widocznie nie czytali polskiej prasy i nie oglądali polskiej telewizji.
Polacy, weźcie się ogarnijcie!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Manipulokracja


Najnowszy kwartalnik Humanistyka(wiosna 2012), jako temat numeru wziął manipulację

Jak najlepiej świadczy o kwalifikacjach intelektualnych redaktorów Humanistyki fakt, że zaprojektowany przed z górą półroczem temat numeru jest tematem dnia w momencie jego ukazania.

Manipulacja okazuje się jednym z najważniejszych i najgroźniejszych problemów naszych czasów a sposoby obrony przed nią – najważniejszą umiejętnością inteligenta.

Jeśli nie chce on miotać się rozpaczliwie między

postawą leminga – pożeracza medialnej papki z tajnymi, trującymi dodatkami
a
opętanego przez najbardziej „obłąkane teorie spiskowe”, podejrzliwego i monotematycznego, starego nudziarza, jak ja.

Czy istnieje złoty środek? Nie mnie sądzić. 

Niech ten tekst będzie czymś w rodzaju pendent do tematu numeru. 
Publikuję ten tekst, kiedy świeże są jeszcze echa najnowszego „skandalu” wywołanego przez Murzynka Bambo. 

Uzyskajmy pewien dystans do wyczynów naszych polskich specjalistów odwracania kota ogonem.

Oni walczą o jeszcze jeden miesiąc sprawowania zewnętrznych znamion władzy w średniej wielkości kraju europejskim. Po nich choćby potop.
Tam gra idzie o władzę nad światem, w której to grze światowym graczom nasz nieszczęśliwy kraj  jawi się, jak igraszka w ich rękach.

Manipulacja wykryta, zanim „uhonorowano” Jana Karskiego


W Stanach rozpoczęła się już kampania prezydencka. I prezydent Obama od czasu do czasu też musi dać znać o sobie.
Będzie jeszcze o „słynnej pomyłce”. Ale najpierw zajęcia przygotowawcze. Oprę się w nich na konsultacji politologicznej mojego zagranicznego korespondenta, prywatnego wysłannika do przodującej demokracji świata, który prezentuje mi od czasu do czasu na Skypie wyciąg z amerykańskich wydarzeń medialnych. 

Mój amerykański analityk powiązał je ze sobą w logiczny i przekonywający ciąg, zaprojektowany, być może, w jakiejś Pracowni Marketingu Politycznego.

Niezależna i amatorska rekonstrukcja zagraniczna,


Faktografia
Fakt pierwszy. Kilka tygodni temu, prezydent Obama, na pytanie dziennikarza o stosunek do małżeństw homoseksualnych, odpowiada tajemniczo, że jego pogląd ewoluuje.

Fakt drugi. Dwa tygodnie później, prezydent Obama ogłasza, że został przekonany, iż należy umożliwić małżeństwa homoseksualne w całych Stanach.

Fakt trzeci. Kilka dni później w prasie ukazują się informacje, że kandydat republikanów Mit Romney, w latach szkolnych należał do grupy prześladującej homoseksualnego kolegę.

Analiza
Mój analityk przeprowadził następujące rozumowanie:
Obama niespecjalnie przejmuje się gejami, przez całą swoją karierę polityczną nic dla nich nie zrobił, chociaż 10 lat temu, przed wyborami w stanie Illinois do Kongresu, na odczepnego, coś im obiecał. I nie jest ich ulubieńcem. Jego ukłon w stronę środowisk gejowskich to poszukiwanie sposobu na zwiększenie słabnącej popularności.

Ale zwykła deklaracja poparcia to za mało, tym bardziej, że wiarygodność Obamy w tej sprawie jest niewielka. Należało ją podkręcić. News o niechlubnej przeszłości Romneya, jako prześladowcy gejów, wypłynął więc "przypadkowo" niemal natychmiast po dyskretnym zasugerowaniu wizerunku Obamy - przyjaznego gejom.
Środowiska gejowskie nie mają wielkiego wyboru. Pokazano im bat i marchewkę. 

Oczywiście to elektorat nieco mizerny. Ale jeśli jeszcze uwzględnimy panujące w liberalnych mediach trendy i mody, motyw kampanii jest jak znalazł.
Media  podgrzeją atmosferę i być może uda się im przekonać, że Obama jest postępowy i przyszłościowy a Romney – zakuty, ksenofobiczny łeb. 
Sytuację wprawdzie nieco komplikuje fakt, że żelazny elektorat Obamy, czyli Afroamerykanie gremialnie są przeciwni jakimkolwiek nowinkom gejowskim. Istniało ryzyko, że Obama może na tym posunięciu więcej stracić, niż zyskać. Zrobiono więc odpowiednie sondaże. Okazało się, że gejowskie umizgi Obamy nie będą miały wpływu na postawę ciemnoskórego elektoratu. 

Pierwsza w historii taka karnacja prezydenta zniewala i żelazny elektorat nie takie rzeczy wybaczy.

Nie wiem, skąd u niego (tzn. u mojego analityka) taka umiejętność kojarzenia luźno związanych ze sobą faktów i następnie, na tej podstawie, rekonstrukcji najtajniejszych koncepcji kosztujących zapewne sowite sumy w dolarach. 

O ile wiem, nie czyta on (tenże analityk) felietonów Stanisława Michalkiewicza.

Fachowa i wzorcowa rekonstrukcja krajowa na tablicy korkowej

Michalkiewicza czyta za to inny mój znajomy analityk, tym razem krajowy.

Twierdzi on, że najwidoczniej znakomity redaktor ma u siebie w gabinecie wielką tablicę korkową, do której przypina w kilkunastu liniach karteczki z ogłaszanymi każdego dnia ciekawymi „faktami prasowymi”. Konkretna karteczka albo pasuje do już istniejących linii i dopełnia obrazu supertajnej koncepcji marketingu politycznego, albo nie. Jeśli tak, trafia do pasującej linii. Jeśli nie, otwiera linię nową.
Jeśli jakaś linia faktów prasowych zyskuje wreszcie ważną pointę, wybucha i przykrywa inny fakt, albo uderza w kogoś, kto został wybrany do uderzenia, redaktor Michalkiewicz ma materiał do kolejnego, błyskotliwego i przenikliwego felietonu.
No i właśnie taka chwila nastąpiła. Redaktor Michalkiewicz opublikował zawartość fragmentu swojej tablicy korkowej (Gaffa starannie zaprojektowana). Zgadzam się z tezami, ale cieszę się, że to nie obciąża mojego konta starego nudziarza, opętanego "teoriami spiskowymi". 

Niezależnie od tego niedoścignionego komentarza aktualnego papieża polskiej felietonistyki, chcę ambitnie zaprezentować inne podejście.

„Podejście hermeneutyczne”

Spróbujmy wyjść od faktu prasowego i spróbować rekonstrukcji linii marketingowej tylko na podstawie tego jednego faktu. Pomińmy, czy przygotowanego przez niemieckich, rosyjskich, izraelskich agentów wpływu, lobbystów tej samej proweniencji, czy po prostu, przez amerykańskich wykształciuchów. Którzy obsłużyli tak, jak ich było stać, kolejne, rutynowe wydarzenie prezydenckie, jakich Obama odbębnia kilka każdego dnia.

Fragment przemówienia, w części dotyczącej Jana Karskiego brzmiał następująco (tłumaczenie własne):

Mówiący biegle czterema językami i obdarzony fotograficzną pamięcią Jan pracował, jako kurier polskiego ruchu oporu w najmroczniejszych czasach II wojny światowej. Przed jedną z wypraw przez linie wroga bojownicy ruchu oporu powiedzieli mu, że Żydzi są mordowani na masową skalę, przemycili go do getta warszawskiego i polskiego obozu zagłady, aby mógł to zobaczyć na własne oczy. Jan przekazał te informacje, jako jedno z pierwszych świadectw Holocaustu, prezydentowi Franklinowi Rooseveltowi, błagając świat o działanie. (…)

Te słowa znalazły się w amerykańskich dziennikach telewizyjnych i, zapewne, były słyszalne na całym świecie.

Potraktujmy wypowiedź prezydenta, jak źródło wiedzy historycznej, dostarczanej maluczkim przez pewnego absolwenta Harvardu, pełniącego chwilowo obowiązki Ojca Narodu, uosabiającego majestat i potęgę Światowego Strażnika Wolności.

Wyobraźmy sobie trzech przeciętnych Amerykanów:
gospodynię domową na Florydzie, która właśnie wróciła ze szkoły, gdzie odwiozła swoje dzieci;

programistę na urlopie z Washigton, który po skoszeniu pierwszej trawy ręczną kosiarką, wrócił do domu, nieco spocony, i chłodzi się colą;

i  

geja z Kalifornii, który włączył właśnie telewizor, po znalezieniu pilota pod łóżkiem

Jaką informację niosą te słowa? Wymieńmy je po kolei.

1)      Działo się to dawno, gdzieś między wojną secesyjną a wojną w Wietnamie, prawie sto lat temu w czasie Wielkiej Wojny. Wojna była straszna, bo mordowano Żydów. Gdzie mordowano? W getcie warszawskim i w polskich obozach śmierci.

2)      Kto mordował? Chyba Polacy? Na pewno Polacy, skoro getto było w Warszawie i nasz prezydent powiedział o polskich obozach śmierci. Gdzieś to czytałam (łem) Bloody polaks!

3)      Był jakiś (jeden) dzielny Polak, który zawiadomił Roosevelta, że są mordowani Żydzi. Znaleźli go nareszcie po stu latach. A to dopiero! Był on jednym z (nielicznych) bojowników ruchu oporu. Chwała Bogu. Chociaż jeden sprawiedliwy w tej Sodomie!

4)      A tak! Pamiętam ze szkoły: ruchy oporu były we Francji, we Włoszech, nawet w Niemczech. Nawet w najgorszych reżymach trafiają się porządni ludzie.

A czego nie było i o czym przeciętni Amerykanie długo się nie dowiedzą?

5)      Nie było ani słowa o tym, kto założył getto, obozy śmierci i kto mordował, przez linie jakiego wroga przekradał się Jan Karski.

6)      Jan Karski nie był żadnym „członkiem ruchu oporu”! Ruchy oporu to były w państwach koalicji hitlerowskiej i państwach - kolaborantach, jak Francja!

a.       Był żołnierzem Armii Polskiej, 600 - tysięcznej, czwartej armii koalicji antyhitlerowskiej, mającej premiera, naczelnego wodza, własną flotę i podziemną Armię Krajową.

b.      Był obywatelem Państwa Polskiego z Rządem i Delegaturą na kraj, które od pierwszego do ostatniego dnia wojny dzielnie walczyło z dwoma agresorami. I w miarę swoich sił i środków próbowało ratować swoich żydowskich obywateli.

c.       Jego polscy obywatele ochotniczo tysiącami oddawali życie, ratując Żydów.

d.      Jego agresorzy Niemcy i Związek Sowiecki wymordowali do spółki 6 milionów tych obywateli, z tego 3 miliony Żydów, jedną piątą populacji.

7)      To państwo zostało zdradzone dwa razy: raz „o świcie” we wrześniu 1939 przez europejskich sojuszników, którzy z powodu swojej małoduszności i głupoty zafundowali sobie na własne życzenie najkrwawszą wojnę w dziejach, zamiast szybką i chwalebną, kilkumiesięczną kampanię.

Zdradzone później powtórnie, kiedy sojusznika opuścili Amerykanie, a właściwie ich podpuszczany przez sowieckiego agenta Algera Hissa prezydent Roosevelt i zostawili go w łapach Stalina, fundując sobie 50 lat kłopotów „zimnej wojny”.

Ta elementarna wiedza nie jest znana nawet przeciętnemu polskiemu maturzyście a co dopiero przeciętnemu Amerykaninowi.

Potem były przeprosiny rzecznika Białego Domu (trzykrotne!)

„Pomyłka mogła się zdarzyć”. Ale przeprosiny były już nienaganne.
Zamiast „polskich obozów śmierci” wstawiono „nazistowskie”. Dodano „obowiązkowe” wyrazy szacunku dla „niewinnych Polaków”. Koniec, kropka.

Nasi trzej Amerykanie mieli zerowe szanse dowiedzieć się o nich z dzienników telewizyjnych.

Całe szczęście. Gdyby mieli w ogóle głowę, żeby zainteresować się tymi dyplomatycznymi wykrętami, jeszcze bardziej by się zdenerwowali.

Zrozumieli by tylko, że ci namolni polacks, którzy z powodu swoich nielicznych „niewinnych” rodaków, jak niewątpliwy bohater, Karski, obrażają się, jak przyłapany na gorącym uczynku krętacz za „polskie” obozy i domagają się używania nazwy – „nazi”. Cwaniaczki!

Wnioski


To już nie manipulacja. To tryumf, prawdziwe „zwycięstwo manipulacji”, żeby strawestować tytuł książki Mackiewicza.
„Polskie obozy śmierci” rzucone w twarz Polakom przy okazji honorowania polskiego bohatera przez wykształciucha Harvardu, okraszone łzawymi opowieściami dla mediotów o polskim członku „ruchu oporu”, jak uderzenie pejczem …
Jesteśmy więc zdradzani po raz trzeci. Ale wtedy mieliśmy rząd, który walczył, robił, co mógł, w skrajnie dramatycznych okolicznościach. Oni mieli dwadzieścia lat. My – swoje ćwierć, bez mała, wieku, jak pięć minut. Wojny nie widać. Ale czy jej nie ma? W każdym razie, w oczach świata tracimy (?) - swoje dobre imię.

Business as usual

Koncepcja marketingowa wdrożona do realizacji. Faktura może zostać wystawiona. Kombinujemy dalej, bo do wyborów daleko i na jednej melodyjce długo nie ujedziemy…

Ach ta Ameryka!
Uniwersytet Harvard, w stanie Massachusetts. Barack Obama, absolwent Harvardu. 
Franklin Delano Roosevelt, „człowiek roku” po trzykroć, „oczywiście” również absolwent Harvardu. 

Odpowiedzialny za zimną wojnę.
Którą później bohatersko wygrał już ktoś inny. Też na R. Tylko o niebo mądrzejszy i o wiele za mało doceniany. Fakt, człowiekiem roku był tylko dwa razy, a Harvardu nie skończył, tylko jakiś college w stanie Illinois…
W czasie kampanii wyborczej -1980 roku, pytanie do Ronalda Reagana:
- Panie Reagan, jest pan takim zawziętym antykomunistą, ale o ile mi wiadomo nigdy pan nie był w żadnym komunistycznym kraju.
- Ależ tak! Byłem! - odpalił Reagan bez namysłu. Byłem w Massachusetts!
Amerykę kochamy za umiłowanie wolności mimo wszystko i  za prezydentów – prawdziwych przywódców wolnego świata. A nie za prezydentów – politycznych idiotów, manipulantów, lub igraszki w rękach doradców.

Manipulokracja © Lis. To słowo w moim edytorze podkreśla się na czerwono. O! Już nie. Wpisałem sobie do słownika (prawy klawisz myszy, pozycja menu kontekstowego: Dodaj do słownika).

piątek, 1 czerwca 2012

Prawda HOMA


Po opublikowaniu wywiadu udzielonemu Naszemu Dziennikowi przez dr inż. Wacława Berczyńskiego, konstruktora Działu Wojskowo-Kosmicznego Boeinga.

 Dr Berczyński podał swoje argumenty za całkowitym odrzuceniem przyczyn katastrofy podanych przez MAK i Komisję Millera. Kluczowym fragmentem wywiadu był jednak dla mnie następujący:
(wszystkie podkreślenia we wszystkich cytatach: KR)
Zobaczyłem prezentację prof. Wiesława Biniendy i postanowiłem się z nim skontaktować, ponieważ robiłem podobne rzeczy w mojej pracy. Różnica jest taka, że on wykorzystuje metodę elementów skończonych do obliczeń dynamicznych, a ja statycznych. Napisałem do niego, żeby udzielić mu poparcia. Zgodnie z moją wiedzą, jego symulacja nie zawiera żadnych braków i ja bym to zrobił podobnie. Jego wyniki są zgodne z moim doświadczeniem. Pozwoliłem mu się na mnie powoływać.

To „pozanaukowy” komponent sytuacji. A może wcale nie? Żeby głosić prawdę o Smoleńsku, trzeba mieć odwagę. To chyba oczywiste. Nie tylko „generałowie giną w czasie pokoju”. I odważni ludzie potrzebują wsparcia, aby nie utracić ducha.


To stanowisko odwrotne do tego, jakie zajął Janusz Korwin – Mikke, polityk, w którym wiele lat pokładałem nadzieję. Oto ono:
Otóż: ja protestuję przeciwko wymachiwaniu takimi oświadczeniami – z liczbą podpisów na początku! To na milę pachnie demokracją, albo czymś jeszcze gorszym!”

Nie chcę się nawet domyślać, z czym się ta akcja w obronie prawdy, kojarzy panu Januszowi. Wprawdzie jemu chodziło o prawdę o Wałęsie i list w tej sprawie kilkuset ludzi, „znakomitości”. Uważa on, że prawdy nie można „głosować” i liczba zwolenników  jakiejś tezy nie świadczy o jej prawdziwości.
No tak. To prawda. Ale czy opowiadanie się za prawdą, która jest wypierana, zaszczuwana i zafałszowywana, to działanie w imię demokracji, czy w imię tradycyjnych zasad ? W imię solidarności z jej w różny sposób dyskryminowanymi wyznawcami? Jednym słowem, czy pan Janusz zapomniał już, że oprócz roztropności potrzebne jest jeszcze męstwo, to deficytowe i kruche dobro? Mało mamy przypadków, gdy ludzie niezależni i odważni stali się igraszką w rękach piekielnych mocy?

Jak częste jest męstwo Krzysztofa Wyszkowskiego, który ryzykuje całym majątkiem, aby głosić prawdę? Po co się za nim ujmować?
To się źle kojarzy.
Tak się składa, że pan Janusz Korwin Mikke jest również przeciwko tezie o zamachu smoleńskim. Robi to samotnie. Tylko przypadkowo robi to wraz z Tomaszem Hypkim, Janem Osieckim, Jerzym Millerem i Tatianą Anodiną. Ale to nie ma nic do rzeczy. Amicus Plato sed magis amica veritas, to jest zapewne dewiza pana Janusza.
Ale teza o zamachu smoleńskim, teza całej tej zgrai oszołomów, dzień po dniu, zyskuje nowych zwolenników. To TEŻ nie ma nic do rzeczy.
Będziemy prawdopodobnie mieli taką sytuację:
pan Janusz, który uważa, jak Tomasz Hypki
pan Jarosław Gowin, który uważa, że prawdopodobnie w tej sprawie nic się nie da wyjaśnić, prawdopodobnie dodając w myśli „i chwała Bogu”,
i rosnąca w siłę „sekta smoleńska”.

Aż mury kłamstwa i zbrodni runą.
Zostawmy już pana Janusza, któremu mylą się pojęcia, zasady i wszystko mu się kojarzy, jak pewnemu rekrutowi. Polityk ten, w imię „wyrazistości”, czy pokręconego rozumienia „zasad”, wszystko jedno, stacza się na pozycję błazna. Nadzieję w nim pokładaną, straciłem. Wielka szkoda. Bo sytuacja jest trudna. Nadzieja, po ludzku sądząc, odległa. Ale przecież nadzieja to nie ludzka, ale boska cnota.
Sytuację można już, bez żadnych wahań, skomentować 150 –cioma słowami w ośmiu punktach anonimowego komentatora portalu wPolityce.pl, właśnie pod notką o wywiadzie:

1)       Prawda gorzka i niezwykle trudna do przyjęcia, bo jesteśmy w sytuacji, w jakiej chyba nigdy nie byli nawet nasi przodkowie.
2)      Oficjalnie jesteśmy niepodległym i suwerennym państwem.
3)      A tu prezydent, cały sztab generalny, elita państwa ginie na skutek wybuchu bomby w samolocie, lecąc z zamiarem uczczenia okrutnie pomordowanej elity (w liczbie ok. 22 tysięcy osób) 70 lat wcześniej.
4)      Rząd tego formalnie suwerennego państwa, media i nowe elity przyjmują prymitywna, kłamliwą, nieprawdopodobną, przeczącą zdrowemu rozsądkowi wersję wypadku, współdziałając w zacieraniu śladów.
5)      Większość polskich obywateli schowała głowę w piasek i nie chce jej wyciągnąć mimo coraz                         mocniejszego kopania w tylną część ciała.
6)      Przedstawiciele mocarstw i międzynarodowych organizacji milczą i udają, że wszystko jest w                       porządku, nie chcąc psuć różnych szemranych interesów.
7)       To jest świat i Polska Anno Domini 2010-2012.
8)      Myślę, że ciągle nie doceniamy grozy sytuacji, w jakiej żyjemy i całkowitego moralnego upadku.

Tekst po prostu przekleiłem, dodałem akapity i ponumerowałem. Żadnych błędów stylistycznych. Nie wymagał żadnej redakcji, wyrąbane 150 słów. Z mistrzowskiej lakoniczności i stylu tego komentarza przebija klasa i profesjonalizm. Ten mistrz pisze anonimowo. Nie podpisuje żadnych apeli.
No cóż. Jeszcze jedna gorzka prawda: Wiemy (my, wolni Polacy, z wyjątkiem pana Janusza i paru rozsądniaków z tego blogowiska), jaka jest prawda. Ale lepiej jeszcze być ostrożnym w jej głoszeniu z otwartą przyłbicą.
Na razie bezpieczniej i może bardziej opłacalnie jest głosić prawdę HOMA (Hypkiego - Osieckiego – Millera – Anodiny)

sobota, 5 maja 2012

Historia Leszka. Na przełomie epok

albo ... Manipulacja czyli zwycięstwo prowokacji


5 Prawy się brzydzi słowem przewrotnym, 
źle i haniebnie czyni występny. 
6 Prawość strzeże dróg niewinnego - 
a grzeszników powala nieprawość.
….
16 Roztropny czyni wszystko z rozwagą, 
a dureń ujawnia głupotę. 
17 Poseł nikczemny wtrąca w niedolę, 
wierny posłaniec - lekarstwem. 
Księga Przysłów             
Palił. Telewizja pokazała
Był pogodny, zwycięski wrzesień 1980 roku, tuż po podpisaniu Porozumień Gdańskich. Leszek oglądał Dziennik Telewizyjny.

Nagranie było kiepskiej jakości i niektóre słowa brzmiały niewyraźnie. „Telewizja pokazała” - puściła krótki wycinek telefonicznej wypowiedzi Jacka Kuronia dla jakiejś rozgłośni zagranicznej. Prawdopodobnie z ubeckiego podsłuchu jego domowego telefonu. Można było zrozumieć, że mówi:
- Nie palmy komitetów, tylko zakładajmy własne.

To było odwołanie do wydarzeń z roku 1970, kiedy robotnicy faktycznie spalili parę wojewódzkich komitetów PZPR. Leszek pamiętał to doskonale.

Delegacja służbowa, Bydgoszcz, Hotel Miejski, grudzień 1970

W grudniu 1970 był w Bydgoszczy. W jednej ze swoich pierwszych delegacji służbowych. Jako młody inżynier - konstruktor, nadzorujący budowę prototypu wojskowej przyczepy samochodowej - podwozia piekarni polowej w Bydgoskich Zakładach Maszyn Piekarniczych. Pierwsze odpowiedzialne, samodzielne zadanie. Pierwsza satysfakcja z kierowania inżynierskim przedsięwzięciem.
„Ekspert z Warszawy”, przedstawiciel biura konstrukcyjnego. Jeden z tych, których podpis widnieje na nieco przybrudzonych teraz, fioletowych odbitkach konstrukcyjnych rysunków, rozłożonych na hali montażowej. Do których z całym szacunkiem zaglądają bydgoscy montażyści i kontrolerzy nadzorujący budowę prototypu.  Starsi od niego i doświadczeni inżynierowie na stanowiskach kierowniczych pytają o opinię i proszą o rozwiązanie pojawiających się problemów.
Wszystko to działo się w dniach, kiedy z Gdańska dochodziły głuche wieści. Coś się czuło w powietrzu, ale na hali nikt o tym nie mówił. Oni nie znali jego a on ich.
Rozwiązywał problemy. Wskazywał na błędy wykonania części, na złe bazy pomiarowe, wymiary i  tolerancje. Robił swoje. Gadki o polityce w obcym otoczeniu? Nie ma głupich.
Są takie chwile, kiedy wszyscy myślą o tym samym, ale nikt nie porusza tematu, który wisi w powietrzu.
A dzisiaj?

Rozpolitykowany Ośrodek Podstaw Konstrukcji, „sztabowy” ośrodek Resortu Przemysłu Maszynowego, wrzesień 1980

Leszek słuchał głosu spikera i głosu oburzonych komentatorów. Spiker mówił rzeczy coraz bardziej bulwersujące, ale myśli biegły dalej swoim nurtem. Kilka dni temu, jeszcze w sierpniu, wówczas, gdy Człowiek z Wielkim Długopisem był tylko zwykłym podżegaczem, elementem antysocjalistycznym i jak tam ich nazywali, kolega Leszka z Ośrodka ostrzegał:

- Uważaj, teraz ubecja ma taką dyrektywę, żeby się przyczaić i tylko notować, co kto powie. Za tych szczególnie się wyróżniających wezmą się, jak wszystko się przewali.

Mimo to, w Ośrodku, między kolegami, rozmowy raczej niezwiązane z pracą, lecz z tym, czym wszyscy żyli, ciągnęły się czasem cały dzień. W Zakładzie Metod Inżynierskich wymieniano się wiadomościami. 

Kierowniczka, kandydatka partii, traktująca zresztą swoje kandydowanie czysto pragmatycznie, przynosiła od dawna do Ośrodka Biuletyn KORu i dawała do poczytania osobom zaufanym. Bezpartyjny Leszek, jej zastępca i dobry znajomy, znajdował się wśród nich i dostawał biuletyn na jeden wieczór. Ktoś przyniósł Robotnika, gdzie opisano sytuację w Ursusie, ktoś inny słyszał w Wolnej Europie, jak podano adres i telefon punktu konsultacyjnego przy Bednarskiej, dla chętnych do zakładania komórek wolnych związków zawodowych.

Władze też miały swoją robotę. I sekretarz, „Główny Specjalista”, inżynier Pogoniony odczytał na Sali konferencyjnej, bez żadnego komentarza, słynne oświadczenie KC o antysocjalistycznych elementach, wichrzycielach, którzy próbują podłączyć się do słusznego robotniczego protestu i wykorzystać go politycznie.

Nikt się nie odezwał. Zgromadzeni w milczeniu rozeszli się do swoich miejsc pracy. Rada kolegi wydawała się rozsądna. Ludzie dzielili się na rozsądnych, którzy ciągle pracowali i głupich, którzy wyrwali się z czymś bez sensu i dawno już ich nie było.

Tenże Ośrodek i Stadion Dziesięciolecia w Warszawie, czerwiec 1976

Wiadomo, co się działo w czerwcu 1976. Traf chciał, że w dniu, w którym nastąpił wybuch protestu robotników w Zakładach Mechanicznych „Ursus”, do Ursusa zwołana została narada dyrektorów wszystkich „sztabowych” Ośrodków Resortu.
Delegacja Ośrodka Leszka składała się z inż. Grępały, Dyrektora „Naukowego”, partyjnego i ustosunkowanego pragmatyka, mgr inż. Malinowskiego, „Głównego Specjalisty” i I sekretarza partii Ośrodka oraz dr inż. Kompetenckiego, Kierownika Zakładu Metod Inżynierskich, jedynego prawdziwego specjalisty w tym gronie, też partyjnego. Ponieważ stosunki kierownika z jego zastępcą, Leszkiem opierały się na lojalności i zaufaniu dwóch inżynierów – specjalistów, Leszek miał szczegółową relację z przebiegu delegacji.
Trzech sztabowców resortu, zamiast na naradę na techniczne czy naukowe tematy, wszystko jedno, trafiło w sam środek wściekłego tłumu robotników. Inż. Malinowski zwrócił się do swojego dyrektora  zaniepokojony:

                - Panie Dyrektorze, chyba nici z narady, co robimy?

Grępała rzucił szeptem przez zęby:
- Malinowski, ku…, jeszcze raz zwrócisz się do mnie per „dyrektorze”, to ja ostentacyjnie i głośno będę  do ciebie mówił, „towarzyszu sekretarzu”. Morda w kubeł! Tak, nici. Możesz się zmywać.

Po czym wmieszał się w tłum robotników i ciekawie obserwował rozwój sytuacji. Najwyraźniej traktował to, jak okazję do bezpośredniego poznania rzadkiego wydarzenia historycznego. Do towarzyszącego mu cały czas Kompetenckiego rzucał od czasu do czasu półgłosem uwagi w stylu:

- Ku…. mówiłem im, żeby się tak nie panoszyli, żeby coś robili, zamiast myśleć tylko o swoim żłobie, a oni nic!
- Wiesz pan? Oni sobie nawet fundowali, ku…, złote sedesy! Mówiłem im: czy ty się Kaziu, czy Franiu, ….. mniejsza o imiona, wiesz pan, …. czy ty się nie boisz, że kiedyś przyjdą do ciebie i ci ten sedes wsadzą na głowę?!

I tak się dyskretnie przechadzali w tłumie protestującej klasy robotniczej, dwaj najświatlejsi, o największym ładunku dobrej woli i o największej chęci zrobienia dla niej czegoś dobrego, jej przedstawiciele. Tego dnia anonimowość była potrzebna.
Leszek zapamiętał jeszcze z relacji Kompetenckiego, że robotnicy  zawiesili na maszcie honorowym, zamiast czerwonej, czy białoczerwonej flagi, granatową, ubrudzoną smarami bluzę roboczą.

- I co „oni” teraz wymyślą? Wszystko już było. Wyczerpali wszystkie chwyty. „Błędy i wypaczenia” miały się więcej nie powtórzyć, obiecywał Gomułka. Gierek obiecał skończyć z woluntaryzmem i pytał „Pomożecie?”
- A teraz? Co wymyślą?                - kończył swoją relację z pierwszej ręki Kompetencki swojemu zastępcy.

Rzeczywiście, nic nowego nie wymyślili. Po czerwcowych protestach robotników w związku z podwyżkami cen władza wykoncypowała stare, znane Leszkowi z 68-mego „masowe wiece poparcia” dla linii partii i rządu oraz „potępienia dla warchołów i wichrzycieli”.

Kilka dni później w Ośrodku niespodziewanie zwołano zebranie kierowników Zakładów. Prowadził kierownik kadr. Pech chciał, że Kompetenckiego nie było. Musiał pójść Leszek. Kierownicy mieli ogłosić na zebraniach zakładów, że po południu, na Stadionie Dziesięciolecia odbędzie się wiec protestu przeciw warchołom. I wszyscy pracownicy mają pójść. Nieobecność będzie karana dyscyplinarnie.

Do Zakładu Metod, mieszczącego się w sąsiednim baraku było parę kroków. Ale Leszek chciałby, żeby był na drugiej półkuli. Szedł wolno i miarowo, jak automat. Dziwny ucisk z tyłu głowy.
Smak władzy niższej znajdującej się pod presją władzy wyższej.

Był homo politicus. Miał zainteresowania humanistyczne. Ale całe życie ograniczał się do lektur, do kibicowania. Lektur oficjalnych i tych nieoficjalnych, „nielegalnych”. To żadna polityka.

Przecież nawet partyjni postępowali tak samo i bez skrępowania. Od pewnego pragmatycznego kolegi, kandydata partii, Wielomskiego, pożyczył angielską książkę o Powstaniu Warszawskim, która bardzo dobitnie ukazywała ponurą role Stalina w zamordowaniu Powstania.

W działaniu ograniczał się do spraw trudniej poddających się polityce. Chciał być tylko dobrym specjalistą. A i kompetencje humanistyczne się przydawały, choćby przy pisaniu publikacji, organizowaniu szkoleń.
Niedawno został zastępcą kierownika zakładu. Miał świetnego, kompetentnego szefa, z którym dobrze się rozumiał, dużo się uczył i a jednocześnie mógł zajmować się działalnością zawodową, która go pasjonowała. 

Pod ich wspólnym kierownictwem Zakład zaczynał mieć osiągnięcia na miarę resortu.
Uciekał pod skrzydła techniki, matematyki, w świat algorytmów, bezdyskusyjnych wyników badań, solidnych kompetencji. Ale stronienie od polityki nie na wiele się zdało. Polityka sama go odnalazła.
Teraz miał ogłosić bezczelne, podłe rozporządzenie, firmować je, jako przedstawiciel władzy.

- Co robić? Odmówić?

Miał poświęcić dorobek całego swego życia w imię „bezsensownego gestu”?
Zebranie. Mówił, jakby nie on. Został świnią. Szybko skończył zebranie, ten dowód swojej małej hańby człowieka władzy. Tym aktem lojalności przeszedł na „ich” stronę. Jeszcze nie spalił mostów. Przynajmniej miał taką nadzieję.

A jednocześnie, on, Leszek, ale jakby ktoś drugi, patrzył i obserwował z uznaniem młodych chłopaków, którzy przeżywali swoją próbę charakteru. Był tym, który próbie poddawał. Widział na ich twarzach wyraz obrzydzenia i buntu. Nieśmiałe, ciche, ale wyraźne protesty.  Których udawał, że nie słyszy.

Wiedział, co będzie dalej.
Gorliwi, chcący coś zyskać, zobowiązani „zadaniem partyjnym”, jak Wielomski, będą nieśli idiotyczne, podłe transparenty.
Tchórzliwi, jak on, ci, „co mają coś do stracenia” i bojący się to stracić, posłuchają wezwania i pójdą na spęd.
Odważniejsi się urwą.

Oczywiście nikt nie będzie wyciągał konsekwencji w stosunku do młodych chłopaków, specjalistów po studiach. Oczywiście pod warunkiem, że nie urządzą żadnego nieodpowiedzialnego protestu, tylko, bez ostentacji i trochę po szczeniacku „pójdą na wagary”.

Leszek pocieszał się, że wprawdzie pójdzie, ale będzie przeciw. Nie podniesie ręki przy głosowaniu „za”. Jeśli będą na tyle bezczelni, że urządzą głosowanie. No i zobaczy, jak to będzie wyglądało naprawdę. Bo w telewizji na pewno nie powiedzą prawdy.

Anemiczna grupa Ośrodka z kilkoma fatalnymi transparentami niesionymi przez Wielomskiego i innych kandydatów na członków, w ramach zadania partyjnego, została umieszczona na płycie stadionu, na wprost trybuny honorowej.

Było już późno a Stadion zapełniał się wolno. Trybuny były niemal puste, mimo, że do rozpoczęcia wiecu było niewiele czasu. Leszek usiadł na ławce i obserwował rozwój wydarzeń. Zauważył, że kolejne grupy z warszawskich zakładów i fabryk są rozmieszczane bardzo systematycznie, poczynając od korony Stadionu. 

Żadnego chaosu. Każda kolejna grupa była rozmieszczana zaraz obok grupy poprzedniej, nie zostawiając żadnego wolnego miejsca.

Na kilka minut przed rozpoczęciem wiecu sektory najbliższe koronie Stadionu jeszcze nie były zapełnione do końca. Leszek z mściwą satysfakcją wietrzył kompromitację władzy. Co pokażą w telewizji? Publiczność na płycie i prawie pusty stadion, z nie do końca zapełnioną koroną?

Rozpoczęły się przemówienia. Ich treść była przewidywalna, absurdalna i nudna, jak pierwsza strona Trybuny Ludu. Przemawiał poeta, powstaniec warszawski, Stanisław Ryszard Dobrowolski. Mówił tak, jak należy, o odpowiedzialności, o polskim warcholstwie, o konieczności trwania przy partii. Prezentował swoja chwalebną przeszłość. Zamierzchłą przeszłość. Którą zamienił na służbę u właścicieli Polski Ludowej i złotych sedesów.

Przez cały czas trwania wiecu napływały następne grupy „wiecujących” pracowników. I cały czas były rozmieszczane ciasno, jedna, koło drugiej. Po zapełnieniu wszystkich sektorów najbliższych korony stadionu i utworzenia czegoś w rodzaju cienkiego obwarzanka, kontynuowano rozmieszczanie ludzi w drugiej nitce, przylegającej do obwarzanka, powiększając jego grubość. Leszek w końcu zorientował się, że proces gromadzenia ludzi na Stadionie nie ma nic wspólnego z przebiegiem pozornego wiecu. Ludzie ci służyli, jako teatralna dekoracja „pełnego stadionu”. Zaś przemówienia – to przedstawienie, które później będzie przedstawiane, jako „treść” wiecu. Odczytano jakąś kretyńską uchwałę i oczywiście nie było żadnego głosowania. Została po prostu podana do wiadomości.

- „To wyście uchwalili. To oczywiste, prawda?”, brzmiał przekaz.

Teraz to wszystko wystarczy zmontować.

- Tylko co zrobią z całkowicie pustymi trybunami poniżej linii obwarzanka? – zastanawiał się.

Odpowiedź otrzymał wieczorem w Dzienniku Telewizyjnym. Niemrawy wiec, spęd nielicznych gorliwców i nieco liczniejszych tchórzy, biernych i osowiałych, został przedstawiony, jako potężna manifestacja poparcia dla partii i oburzenia na warchołów.

Którzy w tym samym czasie byli przepuszczani przez ścieżki zdrowia. I którzy później zostaną upamiętnieni „Placem Czerwca 1976” w Ursusie. Przed jakimś magazynem jeszcze modnej odzieży, sprzedawanej w cenie niemodnej. W pobliżu ruin jednego z najsłynniejszych zakładów ciągników rolniczych, dumy Polski międzywojennej i jednego z niewielu niekłamanych sukcesów polskiej myśli technicznej po wojnie.

Stadion robił wrażenie zapełnionego do ostatniego miejsca. Prawdą w tym obrazie było to, że wiec -spęd się odbył. To nie było kiedyś. To nie byli sami zaprzańcy, czerwone pająki i karierowicze. Większość – to byli „normalni”, trwożliwi ludzie, których tam spędzono, jak bydło. I którzy tego dnia czuli się podlej, niż bydło.

Teraz Leszek lepiej rozumiał, jaki był mechanizm innych wieców, których tyle widział w telewizji. Bo mimo wszystko czasem go dziwiło, że jest tylu chętnych do takiego idiotycznego manifestowania.

Fabryka Samochodów Osobowych, Warszawa, Żerań, rok 1968

W sierpniu 1968, kiedy pracował w FSO jeszcze przed zakończeniem studiów, fabryczna egzekutywa PZPR zwołała do stołówki zebranie pracowników Działu Głównego Konstruktora. Powiadomiono ich, że wojska układu warszawskiego a w tej liczbie zmechanizowane oddziały Ludowego Wojska Polskiego, wkroczyły do zagrożonej imperialistyczną agresją Czechosłowacji, udzielając jej bratniej pomocy.  Zapamiętał wówczas na całe życie twardo, zawczasu wypowiedziane zdanie sekretarza:

- Sytuacja jest zbyt poważna, żeby teraz urządzać tu jakieś dyskusje. Dlatego po prostu przyjmijcie do wiadomości podjęte przez naszą partię i rząd kroki i idźcie spokojnie do pracy.

Tak wyglądała udzielona mu któryś raz z rzędu lekcja „dojrzałości politycznej”. Demokracja jest dobra, jak rozstrzygamy o podziale ziemniaków na zimę, przydziale wczasów, czy tym podobne. W naprawdę poważnych sprawach nie macie nic do gadania. To nie na waszą głowę.

Ale na żadne wiece nie chodził. Nikt od niego tego nie wymagał. Widział tylko w telewizji jakichś wiecujących z FSO. Niektórych znał z gazetek ściennych. Pojedyncze osoby  - z widzenia.

Może wówczas mieli więcej ochotników? Leszek nie wiedział. Był jeszcze za młody, za głupi. Teraz wciąż trwał w zadumie przed telewizorem a spiker szczuł na Kuronia. Wychodziło na to, że wbrew przytoczonemu zdaniu, Kuroń był zwykłym podpalaczem. To już nie dziwiło. Budziło tylko bezsilność. Nazajutrz po zwycięstwie. Wracamy w stare koleiny.

Nie! Teraz będzie inaczej.

- Mamy nasze, samorządne, niezależne, związki zawodowe. Wywalczymy! - powiedział Człowiek z Dużym Długopisem.

I wątpliwości Brodatego Inżyniera, którego nazwisko kojarzyło się z Gwiazdą Betlejemską, teraz przemawiały na niekorzyść Brodacza. Później, dużo później, kiedy wszystko się wyda, będzie już za późno. 

Ale tego Leszek nie mógł wiedzieć. Nie można przewidywać przyszłości dwadzieścia lat naprzód, kiedy wieje wiatr historii od sierpniowej niedzieli do wrześniowego poniedziałkowego poranka. A Człowiek z Dużym Długopisem tak pięknie mówił o rocznicy 1 września, w którą przystąpimy, pogodzeni, do pracy.
Myśli Leszka krążyły wokół grudnia 1970 - tego.

Wracamy do Bydgoszczy, do hotelu miejskiego

Bo w grudniu PRL-owska społeczność rozsądnych na służbie zachowywała się jak należy. Nie dyskutowała w pracy. Jednak po powrocie do hotelowego pokoju, który zajmował wspólnie z jakimś starszym mężczyzną, też w delegacji, Leszek zastanawiał się, czy wypada nastawić radio na Wolną Europę. Z kłopotu szybko wybawił go jego towarzysz.

Nasłuchiwali więc razem wieści z Gdańska, w nowo powstałej mikro-wspólnocie głodu informacji, przez szumy zagłuszarki. Nazwanej później przez polski ludek słuchaczy RWE, już w stanie wojennym, „rozgłośnią imienia Mariana Buczka”. Buczek miał nazwisko pasujące, jak ulał, do charakteru radiostacji jego imienia. Był polskim, ideowym komunistą, dumą władców PRL. Propaganda robiła z niego komunistycznego świętego, nie eksponowała tylko faktu, że był żołnierzem legionów i miał tyle przytomności umysłu, że wolał gnić  w polskim więzieniu, jako sowiecki agent, niż być zwolniony pod warunkiem wyjazdu do ZSRR i podzielić los innych idiotów-komunistów, jak Bruno Jasieński.

Takich spryciarzy było zresztą więcej. Włodzimierz Sokorski, komunistyczny minister kultury w latach pięćdziesiątych i bon – vivant, chwalił się, że właśnie w polskim więzieniu przeczekał najgorszy okres stalinowskich czystek.

Jeśli jeszcze dodamy, co jest może najmniej prawdopodobne, ale nie znaczy - niemożliwe, jak twierdzi historyk Paweł Wieczorkiewicz, że Buczek – to agent polskiego, przedwojennego wywiadu, to „paradoks Buczka” będzie pełny.

Takiego to patrona dostały od słuchaczy Wolnej Europy komunistyczne zagłuszarki.
Być może nic nie jest takie, jak się wydaje.

I tak, poprzez konkurencyjne odgłosy komunistycznej radiostacji, pełniącej swą destrukcyjną służbę ze zmiennym szczęściem, dwóch nieznanych sobie bliżej mieszkańców pokoju hotelowego w śródmieściu Bydgoszczy, słuchało głosu Wolnej Polski, „Wolnej Europy”, dochodzącego w postaci falującego od dobrej do ledwie zanikającej słyszalności, głosu spikera. Mówił o demonstracjach, o palącym się komitecie wojewódzkim PZPR w Gdańsku.
O interwencji oddziału czołgów, który rozjechał jedną z niesfornych taksówek, parkującą pod Dworcem Głównym i tym sposobem zdobył teren pod Dworcem jako bazę wypadową w kierunku Stoczni.
O ofiarach śmiertelnych.

Hotelowi współtowarzysze, na kilka delegacyjnych noclegów, odbyli nawet ostrożną dyskusję o dziejącej się na ich oczach, a właściwie, w ich uszach, szumiącej i falującej, bliskiej topograficznie i chronologicznie, historii.

Towarzysz Leszka wypowiedział wówczas swoje credo rozsądnego Polaka:
                - Mój Boże… znów zginie bez sensu wiele ludzi. I co to da?

Leszek zaś, młody, niedowarzony, z wielkiego miasta, produkt socjalistycznego szkolnictwa, prawy obywatel PRL i pracownik zaplecza jego przemysłu obronnego, odpowiedział tak, jakby ktoś mówił przez niego:

- Człowiek czasem postępuje nierozsądnie, ponieważ inaczej postąpić nie może. I ten postępek ma sens. I nawet jego klęska tego sensu nie podważa.

No tak, robotnicy spalili faktycznie parę wojewódzkich komitetów PZPR.
Niestety nie spalili Centralnego. Komitetu. Komitetu, nie Dworca. Zresztą dworca wtedy jeszcze nie było.

Władza dostała gorzką lekcję.  Ale lekcję dostała nie tylko ona. Zachowała wszystko, co ważne dla jej prawie niepodzielnego panowania. Zostało tylko memento możliwej reakcji „głupków”. I to zmieniło trochę jej sytuację.
A „głupki” też zmądrzały.
- „Zamiast palić komitety, trzeba zakładać własne, organizować się”.

Nawoływanie Kuronia było mocno spóźnione. Wolne Związki Zawodowe, notabene wbrew zdaniu Kuronia, dawno założono, organizatorzy strajków sierpniowych dobrze wiedzieli, do czego zmierzają i doradcy z Warszawy byli im potrzebni raczej, jako dodatkowe wsparcie moralne, niż jako prawdziwi stratedzy. Ale Leszek jeszcze wtedy nic o tym nie wiedział.

Fakt prasowy wyjaśniony historyczną frazą, jesień 1980

Tymczasem rozpętała się nagonka, w której robiono z pana Jacka podżegacza do palenia komitetów. Mimo, że samej wypowiedzi właściwie nie zmanipulowano, nie wycięto z niej słówka „nie”. Było też o zakładaniu.

Postąpiono pozornie skrajnie nielogicznie. Najpierw nadano nie przekręconą, oryginalną wypowiedź,  a dopiero potem, w komentarzach, rezonowanych w prasie, radiu i telewizji, odwrócono o 180 stopni jej sens.

Leszek nie był żadnym bohaterem, ani pobożnym poszukiwaczem Prawdy. A ten widoczny przekręt był dla niego bulwersujący. Widocznie ciągle jeszcze oddychał atmosferą ładu moralnego. Ładu przyzwoitości, prawdy i sprawiedliwości.

Pasożytował na tym niezauważalnym, jak powietrze, środowisku, nie dając wprawdzie nic w zamian, ale starając się zbytnio go nie zatruwać. Jeśli to nie wiązało się z cierpieniem. I oto na jego oczach dokonywano bezczelnego przekrętu. Nie można uniknąć cierpienia. Albo decydujesz się na mężne Cierpienie w imię Prawdy, albo odczuwasz cierpienie upodlonego obserwatora.  Znów dać się tak upodlić?
- Co wybierasz?

Niezależnie od jego dylematów moralnych, prawdziwa niespodzianka jeszcze na niego czekała. Po kilku dniach zabrał głos świeżo upieczony przywódca legalnego ciała założycielskiego „Solidarności”, Lech Wałęsa. 

Bronił Kuronia, ale bronił go jakoś dziwnie, według pokrętnej logiki, że Kuroń miał co innego na myśli, czy coś w tym rodzaju. Swoją słynną frazą, która później przejdzie do historii polskiej debaty.

Zresztą nieistotne, jaka była ta linia obrony. Ważne było to, że przyszły noblista rozumiał wypowiedź Kuronia po myśli manipulatorów. Gdybyśmy towarzyszyli Leszkowi aż do epoki Rządu Trampkarzy, to w świetle przyszłych wydarzeń, biografii Wodza, którą Wałęsa dopiero wypełni treścią przez ćwierć wieku,  Leszek mógłby uczynić  z niego wspólnika manipulacji, ale on przecież jest ciągle biednym ignorantem politycznym, więc na razie bez takich spekulacji. 

Może wrócimy do tego później. Proszę mi przypomnieć.
Reakcja Wałęsy uświadomiła Leszkowi rzeczywisty sens zabiegu, jakiego dokonano na umysłach jego rodaków. Większość, w tym (prawdopodobnie) sam Charyzmatyczny  Przywódca, nie (do)słyszała wypowiedzi oryginalnej, słyszała natomiast, powtarzane w nieskończoność, do znudzenia, komentarze, które próbowały zrobić z Kuronia krwiożerczą bestię.

Tę lekcję manipulacji Leszek dobrze zapamiętał.
Nie była to lekcja ani pierwsza, ani ostatnia.

Zatłoczona kolejka WKD, Trasa Warszawa Chałubińskiego – Tworki, marzec 1968

Ponad dwanaście lat wcześniej Leszek wracał zatłoczoną kolejką WKD z Warszawy.
Był marzec 1968 roku, Warszawa wrzała wówczas, jak kocioł kawy na studenckiej prywatce. Był jeszcze rozemocjonowany po udziale w demonstracji, która z Uniwersytetu zmierzała na Politechnikę. Instynktowne poszukiwanie wspólnoty. W okolicy Ośrodka Kultury Czechosłowackiej, niedaleko skrzyżowania Marszałkowskiej z Żurawią, widząc wyległych pracowników Ośrodka, skandowali:
- Cała Polska czeka, na swego Dubczeka!

Demonstracje studentów na Marszałkowskiej szły środkiem. Leszek, jako student Politechniki nie mógł się nie przyłączyć. Hasła były oczywiste. Demokracja, prawda, kultura bez cenzury. Ale gdy na horyzoncie zbliżały się groźne mundury z Golędzinowa a demonstracja była za mało liczna, żeby się przeciwstawić, błyskawicznie zamieniała się w grupę spokojnych przechodniów, którzy, jak gdyby nigdy nic, przechadzali się szerokim chodnikiem.

Kolejka WKD potrzebowała około 40-tu minut, żeby pokonać dystans 25 kilometrów ze stacji przy Chałubińskiego do Podkowy Leśnej Wschodniej.
Trzy zatłoczone wagoniki. Siedzący szczęśliwcy, mający teraz czas na przedobiednią gazetową sjestę.
I stojący w przejściach, cierpliwie czekający, aż w Tworkach nieco się przerzedzi i będzie można odpocząć.

Wszyscy znali się z widzenia. Znajomości z widzenia przeradzały się w znajomości osobiste. Dyskutowało się o życiu, o wydarzeniach, poznawało się dziewczyny, a nawet sąsiadów zza płotu, z którymi w innym przypadku nie zbliżyło by się tak przyjaźnie.

Leszek stał w przejściu i patrzył z dezaprobatą, jak siedzący w rzędzie jednoosobowych siedzeń przy oknie mężczyzna czyta „Życie Warszawy”, gnidzią gazetę dla inteligencji. Widział, co się działo w Warszawie a co opisywano w gazetach. Ten szok dwóch rzeczywistości rodził spontaniczne hasło:
                - Prasa kłamie!

Ale wśród różnych Trybun, Żołnierzy Wolności, i innych gadzinówek, Życie było przynajmniej gadzinówką inteligentną, dającą się czytać, jeśli się opuszczało pierwszą stronę i najbardziej zakłamane teksty ze środka. 

Ale facet czytał właśnie na trzeciej stronie polityczny artykuł o krzyczącym wielką czcionką tytule:
Dyktatura ciemniaków

Leszek znał już jego treść. Była wredna, przekręcała sens wypowiedzi znakomitego felietonisty, jeszcze niedawno -posła na sejm koła Znak, Stefana Kisielewskiego. Przypisywała mu chęć wywyższania się ponad przodującą klasę robotniczą, elitaryzm i pychę.

Leszek patrzył z wyższością i politowaniem na faceta, który czytał te bzdury. Ten zaś, nieświadomy niczego, bawił się świetnie. W pewnej chwili zwrócił się do swojego vis-a-vis z ławki, ale niespecjalnie cicho. Sąsiednie ławki  mogły dokładnie słyszeć sens jego wywodu. Polska była pod panowaniem komunistów, ale Polacy zachowywali się trochę, jakby żyli w wolnym kraju.

Trolejbus linii 56, trasa Al. Jerozolimskie – Rakowiecka, pogodny październikowy ranek 1965

Bardzo rzadko tylko interweniował jakiś ubek, którym okazywał się wówczas, ku zdumieniu obecnych, niczym się nie wyróżniający, wyglądający, jak asystent akademicki, pasażer.

Tak się zdarzyło Leszkowi kilka lat wcześniej, gdy trwał proces Melchiora Wańkowicza z paragrafu o szkalowanie Polski Ludowej. Jadąc na uczelnię przy Narbutta, zbyt głośno dyskutowali z kolegami w trolejbusie przemierzającym właśnie Aleje Niepodległości, opodal Głównego Urzędu Statystycznego. Nie uświadamiali sobie, że znajdują się w okolicach Rakowieckiej i prawdopodobieństwo spotkania jakiejś podpory reżimu na służbie niepomiernie wzrosło.

Ubek zaczepił ich dyskretnie dopiero po opuszczeniu przez nich trolejbusu, kiedy żywo dalej dyskutując, skręcili z ruchliwej i pełnej przechodniów Rakowieckiej w zaciszną Łowicką. Szedł za nimi cały czas, przysłuchując się rozmowie a oni nie zwracali na niego uwagi. Ograniczył się tylko do wylegitymowania jednego z nich, który prezentował najbardziej „antypaństwową” postawę.
Była to jednak lekcja również dla „naiwnych”, którzy w dyskusji brali stronę rządu, „broniącego się przed oszczerstwami”. Wszyscy solidarnie stanęli w obronie legitymowanego kolegi i byli jednakowo zbulwersowani tym dowodem panujących „wolnościowych” stosunków pod władzą jeszcze opromienionego sławą Października, „liberalnego” Gomułki. W końcu jednak ubek oddał legitymację studencką pechowemu dyskutantowi i poszedł sobie, żegnany jeszcze ich oburzonymi pokrzykiwaniami.

Za mało ubeków, powrót w czasie i przestrzeni do kolejki WKD

Tym razem żaden ubek nie interweniował i pół wagonu mogło usłyszeć teatralny szept czytelnika gnidziej gazety dla inteligentów:

- Kapitalne! Zobacz ten tytuł! To, co napisali, to nieważne. Ważne, że ten tekst tak właśnie zatytułowali i tytuł bije w oczy! To się liczy!

Leszek ciągle, mimo upływu lat,  nie był pewny.

Nie pamiętał, kto napisał ten wredny tekst, który nie był na pewno żadnym ukradkowym podaniem ręki pobitemu przez bezpiekę za niewyparzony język, Kisielowi. 

Nie wiedział, czy za ten zbyt rzucający się tytuł ktoś został wyrzucony, czy też komuniści w ogóle nie zauważyli lapsusa.

Nie był pewny również teraz, siedząc przed telewizorem we wrześniu 1980-tego i słuchając funkcjonariusza propagandy i manipulacji, uważającego się za dziennikarza, którzy wygłaszał idiotyczny na pierwszy rzut oka komentarz o rzekomym wzywaniu do palenia komitetów, przez trockistę o gołębim sercu.
      
        Dyktatura Ciemniaków.

Czy to był przykład głupoty redaktora, który wykonując zlecone zadanie propagandowe, przyniósł swoim mocodawcom więcej szkody, niż pożytku, propagując genialny bon mot felietonisty Tygodnika Powszechnego?
Czy też przykład szlachetnej manipulacji kreta, żałosnego Wallenroda w świecie propagandy komunistycznej?

Lekcja czytania, niedaleko Tworek

Leszek nie wiedział nawet, ilu ludzi dowiedziało się o „Dyktaturze ciemniaków”, nie dało się przekonać idiotycznej argumentacji tak zatytułowanego tekstu i mściwie pomyślało o prawdziwej dyktaturze ciemniaków, która panowała wówczas nad Polską, wyrządzając jej niepowetowane do dzisiaj szkody.
Ale tę lekcję czytania między wierszami zapamiętał na zawsze. Lekcję nie przejmowania się czasem wymową treści widocznej na powierzchni, szukania drugiego dna i przewidywania skutków zdarzeń. Skutków niekoniecznie oczywistych.
Lekcję daną mu przez nieznajomego towarzysza podróży kolejką WKD, gdzieś koło Tworek.
A pierwsza lekcja jest tylko początkiem. Kiedy zostanie nam dany do ręki klucz do otwierania pierwszych drzwi, uzyskujemy wstęp do świata ukrytych intencji, drugich planów, niewypowiedzianych lecz sugerowanych treści.

Mały przerywnik, inwokacja do cierpliwego czytelnika

To jest koniec historyjki o Leszku, człowieku wśród skorpionów, starającym się przeżyć swoje życie i nie cierpieć.

Szanowny czytelniku, mam dziwne uczucie. Snułem opowieść i teraz mam ją jeszcze rozebrać na części? Oderwać mięso od kości i odsączyć krew?

No cóż. Publikacja w szacownym, humanistycznym piśmie zobowiązuje. Zaryzykuję.
(Humanistyka. Domena znikła :(

Nie rozczulajmy się. Łyk kawy i dalej w drogę.

Manipulacja, ponadczasowy oręż bezlitosnej wojny z prawdą
Tamto, to był materiał analityczny. Teraz analiza. Będzie krótko, albo wcale.
Manipulacja (łac. manipulatio - manewr, fortel, podstęp) – (…) to celowo inspirowana interakcja społeczna mająca na celu oszukanie osoby lub grupy ludzi, aby skłonić je do działania sprzecznego z ich dobrem, interesem. Zazwyczaj osoba lub grupa ludzi poddana manipulacji nie jest świadoma środków, przy użyciu których wywierany jest wpływ.
(Wikipedia)
Nic nowego pod słońcem.
Jak mówi John Eldredge: Jest wojna, nie dziw się, że strzelają.
Może i nic. Ja widzę jednak pewien rys, którego nie ma w definicji. A który przewija się przez wszystkie przykłady powyższego tekstu. Ale nie tylko. Bo tu i teraz występuje ze szczególną siłą.
Teza końcowa. Manipulokracja

„… aparat propagandy obozu smoleńskiego, czując krew, atakuje zajadlej. Niecierpliwość, przebieranie nóżkami. Ciemny lud to kupi.”

Taki komentarz „nowego redaktora naczelnego” opiniotwórczego pisma o ciekawej przeszłości z perspektywą szybkiej degrengolady, niejakiego Kobosko, czy jak mu tam, zwalnia z wszelkiej argumentacji w temacie Smoleńska. Ciemny lud (podkreślenie KR) ma wiedzieć: Nawet nie myśl samodzielnie w tym temacie!. To zbrodniomyśl!

Właśnie: ciemny lud musi mieć dostarczone na talerzu gotową do przeżycia strawę duchową. Argumentacja jak najprostsza. Ideałem jest jej całkowity brak.
No bo spróbujmy:
Oto argumentacja eksperta lotnictwa, mojego starszego kolegi z Politechniki Warszawskiej:
Przytoczmy taki fragment propagandy obozu smoleńskiego:

…jest zdjęcie nr 33 w raporcie MAK-u, na którym widać wręgę nr 65 i zwisające z niej przewody.
Jej stan świadczy, że została ona oderwana od pozostałej części samolotu w wyniku działania siły rozrywającej, nie zaś zgniatającej, jak powinno być przy upadku z wysokości. (…)
Na innym zdjęciu tej wręgi widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza przy powiększeniu, że była ona połączona z kadłubem wieloma kołkami śrubowymi. Na obrzeżach wręgi widać dziury po tych urwanych śrubach. (…) Wystarczy zerwać kilka kołków na maszynie wytrzymałościowej, sprawdzić, ile kilogramów przenoszą (wytrzymują przyp. KR) pomnożyć przez liczbę śrub, wówczas otrzymamy siłę, jaka spowodowała oderwanie tylnej części od kadłuba. (…) po podzieleniu jej przez powierzchnię wręgi można dokładnie określić ciśnienie, które spowodowało defragmentację kadłuba (…)

Hmmm. No nie wiem. Ja wszystko rozumiem, ale ja zdawałem dynamikę, wytrzymałość materiałów i aerodynamikę. Niektóre przedmioty prawdopodobnie u tych samych wykładowców, co autor wypowiedzi, inżynier lotnictwa Stefan Bramski. Ja zaczynałem studia na Politechnice, kiedy on kończył. Ale doktorat obronił dopiero w Wolnej Polsce. Nie pochodzi z Nowej Gwinei. To kresowianin.
Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć, czy to Kobosko rozbija w puch propagandę, czy też  Bramski jest dostatecznie przekonujący w demaskowaniu mega manipulacji wspomaganej przemocą medialną.
Fragment jest przydługi i nie chce się wam czytać, prawda? A to tylko początek! Dopiero logiczny ciąg różnych przesłanek, splecionych nicią przewodnią weryfikowanej hipotezy może ugruntować przekonanie czytelnika do słuszności pozycji „sekty smoleńskiej” lub też „sekty antysmoleńskiej”.
Potrzebna jest miłość prawdy i wytrwałość w jej drążeniu. Czy stać będzie na to kogoś, kto wrócił właśnie z radosnej balangi i chce zapomnieć wreszcie o wstydliwym wypadku lotniczym, w którym zginęło paru pisiorów i, niestety, tylko jedna kaczka?
Dlatego  dużo skuteczniejsze jest odbić ze sztancy tekścik o przebieraniu nóżkami i ciemnym ludzie. I wzmocnić przekaz perswazją graniczącą z przemocą. A nawet tę granicę przekraczając, kiedy trzeba.

To jest właśnie moja teza. Czy oryginalna? To właśnie chciałbym wiedzieć.
Otóż manipulacja, ta starodawna technika dezinformacji wymaga prawie zawsze wsparcia przemocą. Podobnie, jak z metodą bata i marchewki. I jest nową metodą rządzenia, manipulokracją, dla zmylenia ciemnego ludu, zwana demokracją.

Manipulacja wymaga wsparcia albo przemocy nagiej, jak zagrożenie bezpośrednie (np. utrata pracy, areszt, złamanie kariery – co występowało szczególnie w przykładach podanych w historii o Leszku), albo groźba symboliczna, jak wykluczenie z grona ludzi rozsądnych, inteligentnych i przyzwoitych. No i rysujące się widmo (łojojoj!) przynajmniej utraty lepszej pracy.

Stąd ten przykład zastosowania sztancy publicystycznej, zgrabnie wykonany przez klona znanego pałkarza publicystycznego o aksamitnym głosie. Zgrabne połączenie manipulacji, perswazji i ukrytej groźby to umiejętność pokupna. Pan K. właśnie się załapał.
Sztanca obowiązuje i próbuje obezwładnić biednego leminga, następcę Leszka.
Manipulacja jest dobra dla idiotów, których jest najwięcej. Jednakże jest zawsze sporo ludzi nieco bardziej spostrzegawczych, ale zbyt bojaźliwych, żeby się wychylić, gdy można oberwać. Albo zostać wylegitymowanym przez czujnego ubeka. Albo zakwalifikowanym do psychiatryka, chorym z nienawiści. Albo niecierpliwie przebierającym nóżkami żądnym władzy, ohydnym nekrofilem.
Zdaję sobie sprawę, że podane przykłady, nie te historyczne i klasyczne, tylko te aktualne,  nie są wcale „oczywiste” dla wszystkich „wybitnych” publicystów, nawet z obozu prawicowego.
Dla nich to powód do „rozsądnej dyskusji”. Albo rozsądnego wzruszenia ramionami. Albo nawet rozsądnego złapania się za głowę.
Dla mnie ich postawa jest najsmutniejszym dowodem nowego „zwycięstwa prowokacji”. Albo, niestety, proszę o wybaczenie, korupcji intelektualnej. Dixi. I sapienti sat.


wtorek, 1 maja 2012

Wręga Bramskiego i "racjonaliści"

Motto:
„… aparat propagandy obozu smoleńskiego, czując krew, atakuje zajadlej. Niecierpliwość, przebieranie nóżkami. Ciemny lud to kupi.”
Niejaki Kobosko, Wprost, czy inna gazeta, nie pamiętam. Nieważne. Racjonalista



…jest zdjęcie nr 33 w raporcie MAK-u, na którym widać wręgę nr 65 i zwisające z niej przewody.
Jej stan świadczy, że została ona oderwana od pozostałej części samolotu w wyniku działania siły rozrywającej, nie zaś zgniatającej, jak powinno być przy upadku z wysokości. (…)
Na innym zdjęciu tej wręgi widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza przy powiększeniu, że była ona połączona z kadłubem wieloma kołkami śrubowymi. Na obrzeżach wręgi widać dziury po tych urwanych śrubach. (…) Wystarczy zerwać kilka kołków na maszynie wytrzymałościowej, sprawdzić, ile kilogramów przenoszą (wytrzymują przyp. KR) pomnożyć przez liczbę śrub, wówczas otrzymamy siłę, jaka spowodowała oderwanie tylnej części od kadłuba. (…) po podzieleniu jej przez powierzchnię wręgi można dokładnie określić ciśnienie, które spowodowało defragmentację kadłuba (…)

Hmmm. No nie wiem. Ja wszystko rozumiem, ale ja zdawałem dynamikę, wytrzymałość materiałów i aerodynamikę. 

Niektóre przedmioty prawdopodobnie u tych samych wykładowców, co autor wypowiedzi, inżynier lotnictwa Stefan Bramski. Ja zaczynałem studia na Politechnice, kiedy on kończył. Ale doktorat obronił dopiero w Wolnej Polsce. Nie pochodzi z Nowej Gwinei. To kresowianin.

Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć, czy to Kobosko rozbija w puch propagandę, czy też  Bramski jest dostatecznie przekonujący w demaskowaniu mega manipulacji wspomaganej przemocą medialną.

Fragment jest przydługi i nie chce się wam czytać, prawda? A to tylko początek! 

Dopiero logiczny ciąg różnych przesłanek, splecionych nicią przewodnią weryfikowanej hipotezy może ugruntować przekonanie czytelnika do słuszności pozycji „sekty smoleńskiej” lub też „sekty antysmoleńskiej”.

Potrzebna jest miłość prawdy i wytrwałość w jej drążeniu. Czy stać będzie na to kogoś, kto wrócił właśnie z radosnej balangi i chce zapomnieć wreszcie o wstydliwym wypadku lotniczym, w którym zginęło paru pisiorów i, niestety, tylko jedna kaczka?

Dlatego  dużo skuteczniejsze jest odbić ze sztancy tekścik o przebieraniu nóżkami i ciemnym ludzie. I wzmocnić przekaz perswazją graniczącą z przemocą. A nawet tę granicę przekraczając, kiedy trzeba.

To jest właśnie moja teza. Czy oryginalna? To właśnie chciałbym wiedzieć.
Otóż manipulacja, ta starodawna technika dezinformacji wymaga prawie zawsze wsparcia przemocą. Podobnie, jak z metodą bata i marchewki. I jest nową metodą rządzenia, manipulokracją, dla zmylenia ciemnego ludu, zwana demokracją.

Manipulacja wymaga wsparcia albo przemocy nagiej, jak zagrożenie bezpośrednie (np. utrata pracy, areszt, złamanie kariery – co występowało szczególnie w przykładach podanych w historii o Leszku - chcecie link do mojej literatury?), albo groźba symboliczna, jak wykluczenie z grona ludzi rozsądnych, inteligentnych i przyzwoitych. No i rysujące się widmo (łojojoj!) przynajmniej utraty lepszej pracy.

Stąd ten przykład zastosowania sztancy publicystycznej, zgrabnie wykonany przez klona znanego pałkarza publicystycznego o aksamitnym głosie. Zgrabne połączenie manipulacji, perswazji i ukrytej groźby to umiejętność pokupna. Pan K. właśnie się załapał.

Sztanca obowiązuje i próbuje obezwładnić biednego leminga, następcę Leszka.
Manipulacja jest dobra dla idiotów, których jest najwięcej. Jednakże jest zawsze sporo ludzi nieco bardziej spostrzegawczych, ale zbyt bojaźliwych, żeby się wychylić, gdy można oberwać. Albo zostać wylegitymowanym przez czujnego ubeka. Albo zakwalifikowanym do psychiatryka, chorym z nienawiści. 

Albo niecierpliwie przebierającym nóżkami żądnym władzy, ohydnym nekrofilem.