***
Teatr Telewizji. 9 grudnia 2013 *
2 część eseju

Źródło zdjęcia
** W oczekiwaniu na ucztę
Sztuka z 1989 roku „Udręka Życia” autorstwa
izraelskiego Żyda, Hanocha Levina.
Czekamy na ucztę. Ale z lekkim
niepokojem. Wiadomo, co wyprawiają ci różni, utalentowani jak wszyscy diabli,
młodzi reżyserzy. Doprawiają zupę żółwiową kaszanką, burgunda – rycyną a
burbona ulepszaczem E104. Dekonstruują po kolei całą kulturę. Wywracają na
nice. Światową w ogólności a polską w szczególności.
Ale chyba nie ci artyści? Nestorzy
polskiego aktorstwa i reżyserskiego kunsztu?
Poniedziałkowe przedstawienie nie było
polską prapremierą. Jest przeniesieniem do telewizji spektaklu wystawianego, z artystycznym i frekwencyjnym sukcesem, na deskach Teatru
Narodowego. Spektaklu obwożonego po światowych scenach, chociaż tylko dla Polonii. Spektaklu wyreżyserowanego przez dyrektora tej narodowej sceny, profesora
Jana Englerta, zresztą byłego rektora PWST (obecnie AT). Respekt dla obsady jest więc całkowicie
usprawiedliwiony.
Profesor Jan Englert reżyseruje, profesor
Anna Seniuk, profesor Janusz Gajos, opromieniony sławą prokuratora z Układu
Zamkniętego wreszcie Mistrz dubbingu (a to JEST znakomita referencja!) Włodzimierz
Press – głos sklepikarza Keruba Krepina,
popularnego wśród widzów dziecięcej stacji TeleTon+ - dają koncert gry.
Na sali zwykle komplet, po spektaklu,
ponoć zawsze, długotrwała owacja. Z tego
co zobaczyłem w telewizji, wierzę. I cieszę się. Że są jeszcze dobrzy,
staromodni aktorzy, którzy potrafią zbudować kreację na słowie, pauzie i
poincie a nie na kręceniu tyłkiem, pokazywaniu niewątpliwych, bo odsłoniętych
wdzięków i seplenieniu.
I co może ważniejsze, że są widzowie, tylu widzów,
niewyczerpane zastępy widzów, którzy potrafią to docenić.
Telewizja pewnie dobrze zapłaciła, żeby
ten udany spektakl pokazać masowemu odbiorcy. Zatrudniła najzdolniejszych
kamerzystów i telewizyjnych reżyserów, żeby wydobyć ze spektaklu „to, co ma najlepszego”.
** Szok kulturowy
Siadamy przed telewizorem wygodniej,
nagrywanie nastawione.
Ciemność. Nastrojowa muzyka. A może
cisza? Zapomniałem. Przeżyłem szok. Zbliżenie na twarz. Nie. Nie – zbliżenie. Kamera,
albo ja sam, przygważdża profesora Gajosa tak, że prawie widzę odcisk obiektywu
(albo mojego nosa) na jego zlanej potem, obwisłej, starczej twarzy.
Dzięki telewizyjnemu realizatorowi
stałem się niewidzialnym krasnoludkiem, ale takim z koszmarnego snu, siedzącym
na telewizyjnej kamerze. Przy pomocy prostego, jak konstrukcja cepa, chwytu z „mikroskopowym”
zbliżeniem, ów realizator uzyskał nowy, artystyczny środek wyrazu. Dający efekt
szoku.
Po co? Po coś. Teraz wiem. Zrobiłem
spokojną, krytyczną analizę estetyki przedstawienia.
Potem przejdę do analizy - CO wyrażono
tym nowym środkiem wyrazu. Ale ten wynalazek, ta realizatorska pomysłowość,
wzbudziły kilka ogólniejszych refleksji estetycznych właśnie.
![]() |
| Źródło zdjęcia |
** W oczekiwaniu na ucztę
Sztuka z 1989 roku „Udręka Życia” autorstwa izraelskiego Żyda, Hanocha Levina.** Szok kulturowy
*** Krótka analiza estetyki spektaklu
Przyjęto najprostszą (i
chyba nieco za prostą) formułę – „im bliżej, tym lepiej”. Nie wiem, czy nową.
Mnie szokowała.
Nie siedzisz, widzu w ostatnim rzędzie, nie siedzisz
nawet w pierwszym. Zrobimy z ciebie niewidocznego krasnoludka. Będziesz
siedział sobie raz na spoconym nosie Mistrza Gajosa, raz na pomarszczonym
dekolcie wyrwanej ze snu, pani profesor, a nawet będziesz miał szansę spróbować
zajrzeć jej pod nocną koszulę. Prawda, że czad?
Ale estetyka realistycznych, pomiętych szlafroków i nocnych koszul to na pewno nic nowego. Awangarda,
z jej „eksperymentami” estetycznymi ma długą brodę. Różewicz się kłania. Nie
szokuje. Raczej wzbudza lekkie, coraz lżejsze obrzydzenie.
Nie dlatego lekkie,
że powód mniejszy. Raczej dlatego, że wytresowani, mamy lepszy refleks i
mocniejsze nerwy, żeby to obrzydzenie trzymać na wodzy. Wbrew naturze.
Zupełnie, jak z tą tresurą anty – ho ... cyt.
Trzymajmy się ściśle tematu.
*** Ukryty wymiar
Zbliżenie, jako instrument
wywołania szoku obrzydzenia (lub perwersyjnej przyjemności podglądania), jest
wynalazkiem stosunkowo nowym. Tutaj wspomagają eksperymentatorów - technika
(czyli możliwości – coraz lepsze kamery, nie wymagające pomocnika - osiłka i „pewnej
ręki”) i … teoria.
Edward Hall, autor książki „Ukryty Wymiar”, zrobił katalog odległości interpersonalnych. Odległość 0 - 45 cm - to pierwszy dystans, intymny. Około metra – to wymiar indywidualny. Ostatni – publiczny - to ten od
trzech do dwunastu metrów.
Operowanie zbliżeniem w sztuce opiera
się własnie na tym rozpoznanym zjawisku niezbędnego, fizycznego dystansu, jaki musi być
zachowany w stosunkach między ludźmi. I na jego gwałceniu.
Oczywiście, najbliższy możliwy wzajemny
dystans między dwojgiem ludzi występuje między małżonkami. Podglądacz widzi tu jakąś
koszmarną karykaturę. Wzbudza ona albo obrzydzenie, albo chorobliwe
podniecenie. Rzeczy nieistotne wysuwają się na pierwszy plan, rzeczy
najważniejsze są przed nim w nieunikniony sposób ukryte.
Niemożliwość pogodzenia jednoczesnego przebywania w tych dwóch wymiarach - owego "podglądania" - widać czasem nawet w "nowoczesnych" filmach (np. w świetnym warsztatowo serialu Homeland, gdzie służbowy podglądacz dyskretnie odwraca wzrok).
Pewnie w dobie mikrofonów kierunkowych,
wzmacniaczy giga - decybelowych i reflektorów punktowych publiczny dystans wydłużył
się niepomiernie.
A intymny? Nie mógł się wydłużyć. Ale mógł się wytrzeć, jak
biała, delikatna tkanina – w brudną ścierkę.
** Antropologia przestrzeni i konwencja filmowa
Hall sformułował również coś w rodzaju
antropologii przestrzeni, zauważając, że zorganizowanie przestrzeni, jej
podział na strefy aktywności, wpływa na komfort psychiczny i na zachowania jej
użytkownika. Mniejsza o komfort, ale zachowania? O tak!
Nie wiem, radbym się dowiedzieć, czy właśnie
to odkrycie przyśpieszyło, i tak gwałtowny, „rozwój” języka filmowego? Język
filmowy (a ogólniej, język przekazu wizualnego) stał się wręcz konwencjonalny (albo, jak kto woli –
symboliczny) i odległy od „etymologicznego” znaczenia przedstawianych obrazów. I
nagła konstatacja tego fenomenu może być szokiem.
Kiedyś mój syn, wówczas kilkunastoletni, zapytał mnie podczas oglądania filmu ze sceną miłosną:
Tato, czy naprawdę w życiu kochający się
ludzie idą od razu do łóżka?
Takie proste pytanie zadziwionego chłopca (jeszcze
zdolnego do takich zdziwień), niby naiwne a genialne, jak dostrzeżenie nagości cesarza przez dziecko, prawda? Nie odpowiadałem, udając, że jestem zainteresowany
fabułą. W rzeczywistości guzik mnie obchodziła. Nie chciałem odpowiadać pochopnie.
Po pierwsze nie byłem
pewny, czy faktycznie sprawy obyczajowe nie zaszły już tak daleko, że pójście
do łózka jest dziś równie łatwe, jak za moich czasów pójście na kawę.
Po
drugie, nawet, gdyby tak było, jak należało wyjaśniać tę sytuację niezepsutemu,
ciekawemu świata młodzieńcowi?
W końcu, nie wiem, czy prawidłowo, ale
wyjaśniłem to na sposób salomonowy:
Widzisz, synu, to taka konwencja filmowa. Reżyser
chciał pokazać intensywną, gwałtowną i namiętną miłość, która znienacka
wybuchła między dwojgiem ludzi. W życiu by to trwało wiele tygodni, ale
zbudować ciekawą historię o rozwijającej się wielkiej miłości jest bardzo
trudno. Tak umieją tylko najwięksi artyści.
A ponieważ dzisiaj podaż artystów jest dużo większa,
wymyślono łatwiejsze sposoby ukazywania dynamiki miłości. Jednym z nich jest
prosty język filmowy. „Szybko do łóżka” = „Wielka, nieprzezwyciężona namiętność,
czyli miłość”.
Nie wiem, czy miałem rację. Ale z moim
wyjaśnieniem genezy tej łóżkowej "konwencji" jest tak, jak poszlakowymi dowodami przestępstwa. Nie ma dowodu.
Ale alternatywne wyjaśnienia są jeszcze bardziej prostackie.
„Może nie jest to
prawda, ale tak to widzi artysta”
No i te wyjaśnienia ignorują fakt, że konwencja
jest jednocześnie promocją obyczaju ale, co ważniejsze, jednocześnie zużywa się do konwencji
pustej, czyli do tautologii: „Szybko do
łóżka” =„Szybko do łóżka”
Taki jest naturalny przestrzenny kontekst
współczesnej estetyki.
** Złamane tabu odległości
Wróćmy jeszcze do kwestii brutalnego łamania „tabu odległości” przez telewizyjnych realizatorów w
czasie spektaklu.
Pomińmy zupełnie wyjątkowy, właściwie
stanowiący tabu dla osób postronnych, wymiar intymny. Który, w sztuce filmowej
i telewizyjnej również, powinien być stosowany z wyjątkowym umiarem. A NIE
jest.
Ale nawet odległość kamery od postaci około
jednego metra jest już zaoferowaniem widzowi indywidualnego kontaktu z aktorem.
„Kontaktu ekskluzywnego”. Taka odległość, moim zdaniem, powinna być dozowana również
oszczędnie, z planowaniem, przemyśleniem i sprawdzeniem efektu.
Jeśli się tego nadużywa, widz staje się
jeszcze jednym aktorem – statystą bez roli. Plącze się gdzieś między
bohaterami, niby sędzia piłkarski wzięty z łapanki, który przeszkadza graczom, sam
zaś rozprasza się na drugorzędnych, nie zawsze miłych szczegółach,
niekoniecznie zgodnie z intencjami realizatorów.
Jeśli sztuka nie jest płaska, jak naleśnik bez nadzienia,
jeśli wymaga rozszyfrowywania komunikatów i gromadzenia spostrzeżeń o jej
przesłaniu – widz w końcu traci wątek, wzrusza ramionami i … przełącza na inny
kanał.
** Presja wyrazistości
Wydaje się, że reżyser telewizyjny oraz
operatorzy obawiali się innego ryzyka. Ryzyka przezroczystej, „nijakiej”
realizacji telewizyjnej. Walczyli o wyrazistość.
Brutalne operowanie kamerą, zwłaszcza
na początku, nie było bezmyślne. Chodziło o stworzenie
uczucia grozy. Pokazanie gwałtownych uczuć bohatera, przerażenia egzystencjalną
pułapką, w jakiej się znalazł i rodzącego się buntu. Potrzebny był jakiś mocny
akcent. I faktycznie – był.
Realizacja telewizyjna, praca kamer
wiele tu zrobiła, żeby spotęgować te teatralne efekty, które aktorzy w wersji
scenicznej musieli osiągać sami. I ten „dopalacz”, moim zdaniem, za bardzo zakłócił
oryginalny obraz sztuki.
No tak. To objaw naszych czasów. Każdy
się stara, żeby go zauważyli. Wychodzi większa lub mniejsza kakofonia.
** Zastrzeżenie, czyli nic nie jest oczywiste
Te uwagi jednak wymagają pewnego zastrzeżenia. Mają charakter względny. Ponowne obejrzenie spektaklu na małym ekranie komputera pokazuje, że opisane efekty są o wiele słabsze, nie - rażące. A może nawet - pozorne? To wszystko kwestia ... perspektywy? Czy duży ekran telewizora, czy mały - komputera?
Być może jest tu problem skomplikowanego środowiska technicznego, w którym efekty artystyczne są zależne od wielu drugorzędnych czynników?
Warianty postaci obrazu - mały/wielki ekran. Warianty postaci głosu - pokrętło potencjometru wzmacniacza scenicznego lub pokojowego. Mały głosik może zyskać na głębi, wielobarwności, finezji ...
Podobnie tu - to co razi na dużym ekranie, na małym jest po prostu przezroczystym zabiegiem realizatorskim, rzemiosłem ...
No cóż. Zostawmy te rozważania nad realizacją telewizyjną.
Ani profesor Englert ani
jego aktorzy nie są odpowiedzialni za harce telewizyjnych realizatorów. Skupmy
się teraz na grze aktorów (a później w końcu na tym, CO oni grali).
Jeśli chodzi o samą grę, nie powiem wiele.
Proszę popatrzeć. Tak się gra po profesorsku. Porządnie, bez jakichś fajerwerków. Ani bez irytującego wydziwiania. Odegrać tekst. Nie mając wcale jakiegoś genialnego materiału literackiego, wydobyć z niego, co ma najlepszego, najważniejszego. To nie Zapolska, ani nawet Albee. Starać się mówić wyraźnie. Używać oddechu, pauzy i gestu. I potem
proszę porównać z armią adeptów, która wypełnia wszystkie kanały. I odgrywa "prawdziwe życie".
Pozostając jeszcze chwilę przy estetyce, muszę się jeszcze odnieść (niekoniecznie
krytycznie) do podobnego, co owo „mega - zbliżenie”, zabiegu reżyserskiego, należącego
już jednak do materii „spektaklu, jako takiego”, czyli znajdującego się poza
władzą telewizyjnych realizatorów, a konkretnie do jego „układu
choreograficznego”.
Chodzi mi o brawurową scenę wyrzucenia
śpiącej żony z łóżka wraz z pościelą, przez męża, w „egzystencjalnej furii”. To
jednocześnie pokaz profesjonalizmu aktorki, obiektu tego dzikiego ataku.
Jeśli spojrzymy na tę scenę oczami
zwykłego, serialowego widza, scena rzeczywiście – surrealistyczna i
obezwładniająca. Mąż, prawdopodobnie stary pantoflarz (och, wiele musimy sobie
dośpiewywać, dramaturg nie sili się na wprowadzanie rysunku postaci), chodzący
jak na sznurku całe życie, jest teraz sfrustrowany,
trapiony bezsennością i strachem przed śmiercią. Opanowuje go wściekłość i
przerażające zdumienie z powodu obcości, jaką odczuwa wobec najbliższej osoby,
która z kolei nic sobie z tego nie robi i smacznie śpi. Dostaje ataku szału i brutalnie
ją budzi.
Sytuacja prawie jak z taniego horroru, gdy stary fotel zamienia się w
szarżującego dzika. Jak tak sobie spokojnie przeanalizować, jest to scena budująca
genialny skrót i powinna robić podobne wrażenie, jak owo „mega - zbliżenie”. W
zamyśle. A… nie robi. Też chybia celu. Tam, zamiast grozy – lekkie obrzydzenie.
Tu….
Dlaczego? Dlaczego wydaje się właściwie
prawie zabawna, nieco żenująca i jedyna
myśl jest taka, czy aby pani profesor nic sobie nie zrobiła?
Według mnie – to właśnie problem „skonwencjonalizowania”
„mocnych efektów”. Cała ta awangarda, bez przerwy szukająca „mocnych efektów”
tak je zdewaluowała, że teraz najlepszym efektem, jest efekt … słaby.
Efekt
uzyskany pracowicie grą aktora, dyskretną, powściągliwą, a jednocześnie – o
maksymalnej dynamice.
Dynamika – tak mi kiedyś objaśniano miarę jakości
odtwarzaczy. Stosunek sygnałów słabych do silnych. Przy ich równej
wyrazistości. Wyrazistość, precyzja i harmonijne współgranie WSZYSTKICH
sygnałów, słabych i silnych – to była kiedyś doskonała formuła zarówno dobrego
odtwarzacza, jak też, tak mniemam, każdej dobrej sztuki.
I stała się rzecz niedobra, trochę
niesamowita. Zepsuta została społeczna przestrzeń odbioru sztuki. Nadużycie nie
jest grzechem banalnym. Nie szkodzi tylko w miejscu, gdzie się dokonało. Jest
grzechem jednostkowym, który się rozpowszechnia, niczym fala radiowa, rodzi społeczne skutki.
Uleganie pokusie nadużywania „sygnałów
mocnych” zakłóciło ich odbiór nawet tam, gdzie zostały starannie przemyślane i
dobrze użyte. I być może mój odbiór tej sceny – to właśnie ten przypadek.
A nie wina tego zespołu teatralnego. Tak
tuszę.
** Nic osobistego, czyli przeprosiny profana
To są przecież reżyser i aktorzy z
pierwszej, góra drugiej dziesiątki współczesnej polskiej elity komediantów. I
na dodatek nie przypominam sobie żadnej idiotycznej, kompromitującej akcji
żadnego z nich. Talent, powściągliwość i mądrość, nawet, jeśli „stosunkowa”. Co
ja będę tu wybrzydzał. Żeby się nam tylko długo nie przeziębiali.
2 część eseju
--------------------------------------------
* Udręka Życia: Hanoch Levin (Izrael)
Autor przekładu: Agnieszka Olek
reżyseria: Jan Englert
Obsada:
Jerzy Gajos – Jona - mąż
Anna Seniuk – Lewiwa - żona
Włodzimierz Press - Gunkel - przyjaciel
scenografia
Barbara Hanicka
muzyka
Stanisław Radwan
światło
Wojciech Puś
animacja artystyczna
Michał Jankowski
** Antropologia przestrzeni i konwencja filmowa
Hall sformułował również coś w rodzaju antropologii przestrzeni, zauważając, że zorganizowanie przestrzeni, jej podział na strefy aktywności, wpływa na komfort psychiczny i na zachowania jej użytkownika. Mniejsza o komfort, ale zachowania? O tak!Kiedyś mój syn, wówczas kilkunastoletni, zapytał mnie podczas oglądania filmu ze sceną miłosną:
Po pierwsze nie byłem pewny, czy faktycznie sprawy obyczajowe nie zaszły już tak daleko, że pójście do łózka jest dziś równie łatwe, jak za moich czasów pójście na kawę.
Po drugie, nawet, gdyby tak było, jak należało wyjaśniać tę sytuację niezepsutemu, ciekawemu świata młodzieńcowi?
„Może nie jest to prawda, ale tak to widzi artysta”No i te wyjaśnienia ignorują fakt, że konwencja jest jednocześnie promocją obyczaju ale, co ważniejsze, jednocześnie zużywa się do konwencji pustej, czyli do tautologii: „Szybko do łóżka” =„Szybko do łóżka”
** Złamane tabu odległości
Wróćmy jeszcze do kwestii brutalnego łamania „tabu odległości” przez telewizyjnych realizatorów w czasie spektaklu.** Presja wyrazistości
** Zastrzeżenie, czyli nic nie jest oczywiste
Te uwagi jednak wymagają pewnego zastrzeżenia. Mają charakter względny. Ponowne obejrzenie spektaklu na małym ekranie komputera pokazuje, że opisane efekty są o wiele słabsze, nie - rażące. A może nawet - pozorne? To wszystko kwestia ... perspektywy? Czy duży ekran telewizora, czy mały - komputera?Być może jest tu problem skomplikowanego środowiska technicznego, w którym efekty artystyczne są zależne od wielu drugorzędnych czynników?
Warianty postaci obrazu - mały/wielki ekran. Warianty postaci głosu - pokrętło potencjometru wzmacniacza scenicznego lub pokojowego. Mały głosik może zyskać na głębi, wielobarwności, finezji ...
Podobnie tu - to co razi na dużym ekranie, na małym jest po prostu przezroczystym zabiegiem realizatorskim, rzemiosłem ...
No cóż. Zostawmy te rozważania nad realizacją telewizyjną.
Jeśli chodzi o samą grę, nie powiem wiele. Proszę popatrzeć. Tak się gra po profesorsku. Porządnie, bez jakichś fajerwerków. Ani bez irytującego wydziwiania. Odegrać tekst. Nie mając wcale jakiegoś genialnego materiału literackiego, wydobyć z niego, co ma najlepszego, najważniejszego. To nie Zapolska, ani nawet Albee. Starać się mówić wyraźnie. Używać oddechu, pauzy i gestu. I potem proszę porównać z armią adeptów, która wypełnia wszystkie kanały. I odgrywa "prawdziwe życie".
** Nic osobistego, czyli przeprosiny profana
2 część eseju
--------------------------------------------
* Udręka Życia: Hanoch Levin (Izrael)
Autor przekładu: Agnieszka Olek
reżyseria: Jan Englert
Obsada:
Jerzy Gajos – Jona - mąż
Anna Seniuk – Lewiwa - żona
Włodzimierz Press - Gunkel - przyjaciel
scenografia
Barbara Hanicka
muzyka
Stanisław Radwan
światło
Wojciech Puś
animacja artystyczna
Michał Jankowski
|

