wtorek, 17 grudnia 2013

Udręka sztuki pokazania życia (cz.1)

***  Teatr Telewizji. 9 grudnia 2013 *

2 część eseju

Źródło zdjęcia

** W oczekiwaniu na ucztę

Sztuka z 1989 roku „Udręka Życia” autorstwa izraelskiego Żyda, Hanocha Levina.

Czekamy na ucztę. Ale z lekkim niepokojem. Wiadomo, co wyprawiają ci różni, utalentowani jak wszyscy diabli, młodzi reżyserzy. Doprawiają zupę żółwiową kaszanką, burgunda – rycyną a burbona ulepszaczem E104. Dekonstruują po kolei całą kulturę. Wywracają na nice. Światową w ogólności a polską w szczególności.

Ale chyba nie ci artyści? Nestorzy polskiego aktorstwa i reżyserskiego kunsztu?

Poniedziałkowe przedstawienie nie było polską prapremierą. Jest przeniesieniem do telewizji spektaklu wystawianego, z artystycznym i frekwencyjnym sukcesem, na deskach Teatru Narodowego. Spektaklu obwożonego po światowych scenach, chociaż tylko dla Polonii. Spektaklu wyreżyserowanego przez dyrektora tej narodowej sceny, profesora Jana Englerta, zresztą byłego rektora PWST (obecnie AT). Respekt dla obsady jest więc całkowicie usprawiedliwiony.

Profesor Jan Englert reżyseruje, profesor Anna Seniuk, profesor Janusz Gajos, opromieniony sławą prokuratora z Układu Zamkniętego wreszcie Mistrz dubbingu (a to JEST znakomita referencja!) Włodzimierz Press  – głos sklepikarza Keruba Krepina, popularnego wśród widzów dziecięcej stacji TeleTon+ - dają koncert gry.

Na sali zwykle komplet, po spektaklu, ponoć zawsze, długotrwała owacja. Z tego co zobaczyłem w telewizji, wierzę. I cieszę się. Że są jeszcze dobrzy, staromodni aktorzy, którzy potrafią zbudować kreację na słowie, pauzie i poincie a nie na kręceniu tyłkiem, pokazywaniu niewątpliwych, bo odsłoniętych wdzięków i seplenieniu. 

I co może ważniejsze, że są widzowie, tylu widzów, niewyczerpane zastępy widzów, którzy potrafią to docenić.

Telewizja pewnie dobrze zapłaciła, żeby ten udany spektakl pokazać masowemu odbiorcy. Zatrudniła najzdolniejszych kamerzystów i telewizyjnych reżyserów, żeby wydobyć ze spektaklu „to, co ma najlepszego”.

** Szok kulturowy

Siadamy przed telewizorem wygodniej, nagrywanie nastawione.

Ciemność. Nastrojowa muzyka. A może cisza? Zapomniałem. Przeżyłem szok. Zbliżenie na twarz. Nie. Nie – zbliżenie. Kamera, albo ja sam, przygważdża profesora Gajosa tak, że prawie widzę odcisk obiektywu (albo mojego nosa) na jego zlanej potem, obwisłej, starczej twarzy.

Dzięki telewizyjnemu realizatorowi stałem się niewidzialnym krasnoludkiem, ale takim z koszmarnego snu, siedzącym na telewizyjnej kamerze. Przy pomocy prostego, jak konstrukcja cepa, chwytu z „mikroskopowym” zbliżeniem, ów realizator uzyskał nowy, artystyczny środek wyrazu. Dający efekt szoku.

Po co? Po coś. Teraz wiem. Zrobiłem spokojną, krytyczną analizę estetyki przedstawienia.
Potem przejdę do analizy - CO wyrażono tym nowym środkiem wyrazu. Ale ten wynalazek, ta realizatorska pomysłowość, wzbudziły kilka ogólniejszych refleksji estetycznych właśnie.

*** Krótka analiza estetyki spektaklu

Przyjęto najprostszą (i chyba nieco za prostą) formułę – „im bliżej, tym lepiej”. Nie wiem, czy nową. Mnie szokowała.

Nie siedzisz, widzu w ostatnim rzędzie, nie siedzisz nawet w pierwszym. Zrobimy z ciebie niewidocznego krasnoludka. Będziesz siedział sobie raz na spoconym nosie Mistrza Gajosa, raz na pomarszczonym dekolcie wyrwanej ze snu, pani profesor, a nawet będziesz miał szansę spróbować zajrzeć jej pod nocną koszulę. Prawda, że czad?

Ale estetyka realistycznych, pomiętych szlafroków i nocnych koszul to na pewno nic nowego. Awangarda, z jej „eksperymentami” estetycznymi ma długą brodę. Różewicz się kłania. Nie szokuje. Raczej wzbudza lekkie, coraz lżejsze obrzydzenie.

Nie dlatego lekkie, że powód mniejszy. Raczej dlatego, że wytresowani, mamy lepszy refleks i mocniejsze nerwy, żeby to obrzydzenie trzymać na wodzy. Wbrew naturze.

Zupełnie, jak z tą tresurą anty – ho ... cyt. Trzymajmy się ściśle tematu.

*** Ukryty wymiar

Zbliżenie, jako instrument wywołania szoku obrzydzenia (lub perwersyjnej przyjemności podglądania), jest wynalazkiem stosunkowo nowym. Tutaj wspomagają eksperymentatorów - technika (czyli możliwości – coraz lepsze kamery, nie wymagające pomocnika - osiłka i „pewnej ręki”) i … teoria.

Edward Hall, autor książki „Ukryty Wymiar”, zrobił katalog odległości interpersonalnych. Odległość 0 - 45 cm - to pierwszy dystans, intymny. Około metra – to wymiar indywidualny. Ostatni – publiczny - to ten od trzech do dwunastu metrów.

Operowanie zbliżeniem w sztuce opiera się własnie na tym rozpoznanym zjawisku niezbędnego, fizycznego dystansu, jaki musi być zachowany w stosunkach między ludźmi. I na jego gwałceniu.

Oczywiście, najbliższy możliwy wzajemny dystans między dwojgiem ludzi występuje między małżonkami. Podglądacz widzi tu jakąś koszmarną karykaturę. Wzbudza ona albo obrzydzenie, albo chorobliwe podniecenie. Rzeczy nieistotne wysuwają się na pierwszy plan, rzeczy najważniejsze są przed nim w nieunikniony sposób ukryte. 

Niemożliwość pogodzenia jednoczesnego przebywania w tych dwóch wymiarach - owego "podglądania" - widać czasem nawet w "nowoczesnych" filmach (np. w świetnym warsztatowo serialu Homeland, gdzie służbowy podglądacz dyskretnie odwraca wzrok).

Pewnie w dobie mikrofonów kierunkowych, wzmacniaczy giga - decybelowych i reflektorów punktowych publiczny dystans wydłużył się niepomiernie.

A intymny? Nie mógł się wydłużyć. Ale mógł się wytrzeć, jak biała, delikatna tkanina – w brudną ścierkę.

** Antropologia przestrzeni i konwencja filmowa

Hall sformułował również coś w rodzaju antropologii przestrzeni, zauważając, że zorganizowanie przestrzeni, jej podział na strefy aktywności, wpływa na komfort psychiczny i na zachowania jej użytkownika. Mniejsza o komfort, ale zachowania? O tak!

Nie wiem, radbym się dowiedzieć, czy właśnie to odkrycie przyśpieszyło, i tak gwałtowny, „rozwój” języka filmowego? Język filmowy (a ogólniej, język przekazu wizualnego) stał się  wręcz konwencjonalny (albo, jak kto woli – symboliczny) i odległy od „etymologicznego” znaczenia przedstawianych obrazów. I nagła konstatacja tego fenomenu może być szokiem. 

Kiedyś mój syn, wówczas kilkunastoletni, zapytał mnie podczas oglądania filmu ze sceną miłosną:

Tato, czy naprawdę w życiu kochający się ludzie idą od razu do łóżka?

Takie proste pytanie zadziwionego chłopca (jeszcze zdolnego do takich zdziwień), niby naiwne a genialne, jak dostrzeżenie nagości cesarza przez dziecko, prawda? Nie odpowiadałem, udając, że jestem zainteresowany fabułą. W rzeczywistości guzik mnie obchodziła. Nie chciałem odpowiadać pochopnie. 
Po pierwsze nie byłem pewny, czy faktycznie sprawy obyczajowe nie zaszły już tak daleko, że pójście do łózka jest dziś równie łatwe, jak za moich czasów pójście na kawę. 
Po drugie, nawet, gdyby tak było, jak należało wyjaśniać tę sytuację niezepsutemu, ciekawemu świata  młodzieńcowi?
W końcu, nie wiem, czy prawidłowo, ale wyjaśniłem to na sposób salomonowy:

Widzisz, synu, to taka konwencja filmowa. Reżyser chciał pokazać intensywną, gwałtowną i namiętną miłość, która znienacka wybuchła między dwojgiem ludzi. W życiu by to trwało wiele tygodni, ale zbudować ciekawą historię o rozwijającej się wielkiej miłości jest bardzo trudno. Tak umieją tylko najwięksi artyści.
A ponieważ dzisiaj podaż artystów jest dużo większa, wymyślono łatwiejsze sposoby ukazywania dynamiki miłości. Jednym z nich jest prosty język filmowy. „Szybko do łóżka” = „Wielka, nieprzezwyciężona namiętność, czyli miłość”.

Nie wiem, czy miałem rację. Ale z moim wyjaśnieniem genezy tej łóżkowej "konwencji" jest tak, jak poszlakowymi dowodami przestępstwa. Nie ma dowodu. Ale alternatywne wyjaśnienia są jeszcze bardziej prostackie. 
„Może nie jest to prawda, ale tak to widzi artysta”
No i te wyjaśnienia ignorują fakt, że konwencja jest jednocześnie promocją obyczaju ale, co ważniejsze, jednocześnie zużywa się do konwencji pustej, czyli do tautologii: „Szybko do łóżka” =„Szybko do łóżka”

Taki jest naturalny przestrzenny kontekst współczesnej estetyki.

** Złamane tabu odległości

Wróćmy jeszcze do kwestii brutalnego łamania „tabu odległości” przez telewizyjnych realizatorów w czasie spektaklu.

Pomińmy zupełnie wyjątkowy, właściwie stanowiący tabu dla osób postronnych, wymiar intymny. Który, w sztuce filmowej i telewizyjnej również, powinien być stosowany z wyjątkowym umiarem. A NIE jest.

Ale nawet odległość kamery od postaci około jednego metra jest już zaoferowaniem widzowi indywidualnego kontaktu z aktorem. „Kontaktu ekskluzywnego”. Taka odległość, moim zdaniem, powinna być dozowana również oszczędnie, z planowaniem, przemyśleniem i sprawdzeniem efektu.

Jeśli się tego nadużywa, widz staje się jeszcze jednym aktorem – statystą bez roli. Plącze się gdzieś między bohaterami, niby sędzia piłkarski wzięty z łapanki, który przeszkadza graczom, sam zaś rozprasza się na drugorzędnych, nie zawsze miłych szczegółach, niekoniecznie zgodnie z intencjami realizatorów. 

Jeśli  sztuka nie jest płaska, jak naleśnik bez nadzienia, jeśli wymaga rozszyfrowywania komunikatów i gromadzenia spostrzeżeń o jej przesłaniu – widz w końcu traci wątek, wzrusza ramionami i … przełącza na inny kanał.

** Presja wyrazistości

Wydaje się, że reżyser telewizyjny oraz operatorzy obawiali się innego ryzyka. Ryzyka przezroczystej, „nijakiej” realizacji telewizyjnej. Walczyli o wyrazistość.

Brutalne operowanie kamerą, zwłaszcza na początku, nie było bezmyślne. Chodziło o stworzenie uczucia grozy. Pokazanie gwałtownych uczuć bohatera, przerażenia egzystencjalną pułapką, w jakiej się znalazł i rodzącego się buntu. Potrzebny był jakiś mocny akcent. I faktycznie – był.

Realizacja telewizyjna, praca kamer wiele tu zrobiła, żeby spotęgować te teatralne efekty, które aktorzy w wersji scenicznej musieli osiągać sami. I ten „dopalacz”, moim zdaniem, za bardzo zakłócił oryginalny obraz sztuki.

No tak. To objaw naszych czasów. Każdy się stara, żeby go zauważyli. Wychodzi większa lub mniejsza kakofonia.


** Zastrzeżenie, czyli nic nie jest oczywiste

Te uwagi jednak wymagają pewnego zastrzeżenia. Mają charakter względny. Ponowne obejrzenie spektaklu na małym ekranie komputera pokazuje, że opisane efekty są o wiele słabsze, nie - rażące. A może nawet - pozorne? To wszystko kwestia ... perspektywy? Czy duży ekran telewizora, czy mały - komputera?

Być może jest tu problem skomplikowanego środowiska technicznego, w którym efekty artystyczne są zależne od wielu drugorzędnych czynników?
Warianty postaci obrazu - mały/wielki ekran. Warianty postaci głosu - pokrętło potencjometru wzmacniacza scenicznego lub pokojowego. Mały głosik może zyskać na głębi, wielobarwności, finezji ...
Podobnie tu - to co razi na dużym ekranie, na małym jest po prostu przezroczystym zabiegiem realizatorskim, rzemiosłem ...
No cóż. Zostawmy te rozważania nad realizacją telewizyjną.

Ani profesor Englert ani jego aktorzy nie są odpowiedzialni za harce telewizyjnych realizatorów. Skupmy się teraz na grze aktorów (a później w końcu na tym, CO oni grali).

Jeśli chodzi o samą grę, nie powiem wiele. Proszę popatrzeć. Tak się gra po profesorsku. Porządnie, bez jakichś fajerwerków. Ani bez irytującego wydziwiania. Odegrać tekst. Nie mając wcale jakiegoś genialnego materiału literackiego, wydobyć z niego, co ma najlepszego, najważniejszego. To nie Zapolska, ani nawet Albee. Starać się mówić wyraźnie. Używać oddechu, pauzy i gestu.  I potem proszę porównać z armią adeptów, która wypełnia wszystkie kanały. I odgrywa "prawdziwe życie". 

Pozostając jeszcze chwilę przy estetyce, muszę się jeszcze odnieść (niekoniecznie krytycznie) do podobnego, co owo „mega - zbliżenie”, zabiegu reżyserskiego, należącego już jednak do materii „spektaklu, jako takiego”, czyli znajdującego się poza władzą telewizyjnych realizatorów, a konkretnie do jego „układu choreograficznego”.
Chodzi mi o brawurową scenę wyrzucenia śpiącej żony z łóżka wraz z pościelą, przez męża, w „egzystencjalnej furii”. To jednocześnie pokaz profesjonalizmu aktorki, obiektu tego dzikiego ataku.

Jeśli spojrzymy na tę scenę oczami zwykłego, serialowego widza, scena rzeczywiście – surrealistyczna i obezwładniająca. Mąż, prawdopodobnie stary pantoflarz (och, wiele musimy sobie dośpiewywać, dramaturg nie sili się na wprowadzanie rysunku postaci), chodzący jak na sznurku całe życie,  jest teraz sfrustrowany, trapiony bezsennością i strachem przed śmiercią. Opanowuje go wściekłość i przerażające zdumienie z powodu obcości, jaką odczuwa wobec najbliższej osoby, która z kolei nic sobie z tego nie robi i smacznie śpi. Dostaje ataku szału i brutalnie ją budzi. 

Sytuacja prawie jak z taniego horroru, gdy stary fotel zamienia się w szarżującego dzika. Jak tak sobie spokojnie przeanalizować, jest to scena budująca genialny skrót i powinna robić podobne wrażenie, jak owo „mega - zbliżenie”. W zamyśle. A… nie robi. Też chybia celu. Tam, zamiast grozy – lekkie obrzydzenie. Tu….

Dlaczego? Dlaczego wydaje się właściwie prawie zabawna,  nieco żenująca i jedyna myśl jest taka, czy aby pani profesor nic sobie nie zrobiła?

Według mnie – to właśnie problem „skonwencjonalizowania” „mocnych efektów”. Cała ta awangarda, bez przerwy szukająca „mocnych efektów” tak je zdewaluowała, że teraz najlepszym efektem, jest efekt … słaby.

Efekt uzyskany pracowicie grą aktora, dyskretną, powściągliwą, a jednocześnie – o maksymalnej dynamice. 

Dynamika – tak mi kiedyś objaśniano miarę jakości odtwarzaczy. Stosunek sygnałów słabych do silnych. Przy ich równej wyrazistości. Wyrazistość, precyzja i harmonijne współgranie WSZYSTKICH sygnałów, słabych i silnych – to była kiedyś doskonała formuła zarówno dobrego odtwarzacza, jak też, tak mniemam, każdej dobrej sztuki.

I stała się rzecz niedobra, trochę niesamowita. Zepsuta została społeczna przestrzeń odbioru sztuki. Nadużycie nie jest grzechem banalnym. Nie szkodzi tylko w miejscu, gdzie się dokonało. Jest grzechem jednostkowym, który się rozpowszechnia, niczym fala radiowa, rodzi społeczne skutki.

Uleganie pokusie nadużywania „sygnałów mocnych” zakłóciło ich odbiór nawet tam, gdzie zostały starannie przemyślane i dobrze użyte. I być może mój odbiór tej sceny – to właśnie ten przypadek. A  nie wina tego zespołu teatralnego. Tak tuszę.

** Nic osobistego, czyli przeprosiny profana

To są przecież reżyser i aktorzy z pierwszej, góra drugiej dziesiątki współczesnej polskiej elity komediantów. I na dodatek nie przypominam sobie żadnej idiotycznej, kompromitującej akcji żadnego z nich. Talent, powściągliwość i mądrość, nawet, jeśli „stosunkowa”. Co ja będę tu wybrzydzał. Żeby się nam tylko długo nie przeziębiali.

2 część eseju

--------------------------------------------

Udręka Życia: Hanoch Levin (Izrael)
Autor przekładu: Agnieszka Olek

reżyseria: Jan Englert 

Obsada:
Jerzy Gajos            – Jona - mąż
Anna Seniuk          – Lewiwa - żona
Włodzimierz Press - Gunkel - przyjaciel

scenografia 
Barbara Hanicka

muzyka
Stanisław Radwan

światło 
Wojciech Puś

animacja artystyczna
Michał Jankowski

wtorek, 12 listopada 2013

Kilka myśli o Niepodległej …Młodzieży

1.      Marsz Niepodległości to już impreza prawie tradycyjna. Na przestrzeni lat 2010-2013. Jestem bywalcem: byłem na pierwszym, byłem na ostatnim, byłem w międzyczasie. Mój reportaż z pierwszego marszu był nawet na blogmedia.pl wiodącą relacją z wydarzeń. Stąd moja legitymacja, żeby dokonać pierwszej oceny w dłuższej perspektywie.

Dlatego, proszę, młodzi przyjaciele, przyjąć te szczere słowa, od starego śledziennika.

Marsz rośnie w siłę. To nie słomiany ogień garstki wkurzonych młodzieńców, tylko budzący się zwolna Duch Narodu w umysłach młodych ludzi, pozbawionych kompleksów, rozglądających się ciekawie po świecie i strzepujących pył zniewolenia ze swoich glanów i krótko ostrzyżonych głów.

2.      Czego chcą młodzi. I jacy właściwie oni są?
Wiedzą, czego nie chcą. Czy szybko się zorientują, czego chcą, co należy odbudować? Czy nie dadzą się skołować, tak, jak my? Są skłonni zaryzykować.
Nie śpiewają. Się nie boją, krzyczą  i, niestety...  klną, co mnie, człowieka starej daty, nieco od nich oddala.

Było ich ze sto tysięcy, czyli, tak na oko, ze dwa razy tyle, co rok temu. Ale na Mszy św. w kościele św. Barbary może z tysiąc. Czyli pełny, nabity po brzegi, kościół. Ale bez „mszy polowej”, bez głośników na zewnątrz na dziedzińcu, gdzie w czasie Mszy św. był właściwie piknik. Może to tylko błąd organizatorów?
Chyba jednak nie. To znak czasu.
Z tego tysiąca - została może połowa, gdy rozpoczęła się Komunia św. Ten nagle „luźny” kościół, który był przepełniony podczas „ostrego” kazania, trochę mnie zmroził.

Krótka modlitwa i błogosławieństwo przed wyruszeniem Marszu w trasę, księdza Tomasza Kancelarczyka ze Szczecina – to trochę za mało. I za mało księży na trasie Marszu. Ja w każdym razie nie widziałem ani jednego.
Ruch Narodowy bez kapelanów? No właśnie. Bez Boga, ani do proga. No i ta mowa ich zdradza.

Te hasła, które na pierwszym Marszu wzruszały przypomnieniem „naszych”, tych krzyczanych za komuny, teraz po prostu irytują. Brzmią, jak bezmyślna mantra.
„Raz sierpem…” Ufff. Ile lat tak będą krzyczeć – gdy jakoś nic w materii „czerwonej hołoty” się nie zmienia?
To ja już wolę wyrzut: "Gdzie są flagi!?" - prawie o legionowej proweniencji. Pobrzmiewa tu echo:


Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, ... 
Dalej to już niecenzuralne ....
Znów się skończą te dni kołatania?
Pytanie jest kierowane do nowych "chłopów z ul.Marszałkowskiej", wręcz modelowych, grillujących Polaków.
Ani jednej flagi!

Powinni śpiewać? Ba. Trzeba sto tysięcy śpiewników, dla stu tysięcy atletów. I tysiąc kotletów na każdego. Te stare i nowe pieśni, kto to pamięta?
Nie śpiewają – to kultura słuchania rapu i afirmacji tego, co krzyczą ze sceny ich idole. Czy taka kultura będzie nośna dla wolności?
 Śpiewanie też jest afirmacją pieśni, którą ktoś inny napisał. Też daje poczucie wspólnoty. W innej formie. Nie wiem. Jestem z nieco innego świata. Zobaczymy.

3.      Awantury. Czyli nieważny szczegół.
Są wkręcani w awantury (przez nieproszone towarzystwo, ochotnicze czy służbowe, wszystko jedno), ale czy to ważne? Zawsze będzie dostatecznie dużo pięknoduchów, typu Mazurek i różni Wróble, którzy albo zobaczą prowokację i stwierdzą - „sami się prosiliście”, albo prowokację wykluczą bez dowodu, wskutek perswazji lub wręcz wskutek tego, że rozsądny człowiek, który chce pracować w dobrze płacącym radiu, nie może wierzyć w spiski.
Jedyna korzyść - to korzyść dla tej młodzieży. Pamiętając mój własny szok na to, jak prasa PRL reagowała na demonstracje studenckie w 1968, mam nadzieję, że przynajmniej myśląca część demonstrantów będzie miała praktyczną lekcję polityki i jej medialnego zaplecza brudnego nurtu. Jeśli jeszcze ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości.

W warunkach subkultury młodzieżowej, którą nieco trąci ten Marsz, z jednej strony, i orgii dezinformacji, jaka się odbywa na naszych oczach  - z drugiej, niesposób orzec, czy owe "incydenty" to czysta prowokacja policyjna, czy pożyteczni, kibolscy idioci zrobili niedźwiedzią przysługę swoim kolegom. Ale nie przywiązywałbym do tych spektakularnych wydarzeń nadmiernej wagi. Media muszą mieć swoje igrzyska. Stawiam zresztą dolary przeciw orzechom, że znów nikt nie zostanie oskarżony o podpalenie budki milicjanta.

4.      A co jest ważne? Współczesna „polska kultura", jak to postrzega prof. Cieszewski – osiągnęła poziom najniższy z możliwych, jakiegoś „bantustanu”, ale przez większość Polaków jest postrzegana, jako „ich kultura”.

Jest to, że tak to nazwę umownie, „kultura poprawnej estetyki”.
Kultura „grzeczności”, „poprawności”, „radości”, a mówiąc wprost - balangi i braku konfliktu. W ramach tej kultury – nie ma szans wybić się na taką niepodległość, jaka jest śniona, jak zgaduję, przez tych młodych.
W takiej kulturze nie ma miejsca na Niepodległość. Bo Niepodległość – to ciągłe kłopoty. I konflikty z tymi, którym nasza niepodległość wadzi.

Czy Niepodległość jest ważna? Oto jest pytanie!
Ale skoro sto tysięcy młodych, ciągle więcej, przez cztery kolejne lata jedzie z całej Polski, to chyba tak?! Ale jaka?

5.      Niepodległość według standardów przedwojennych, kiedy mieliśmy naprawdę niepodległe państwo. „Nasi” przywódcy może nie byli idealni, ale reprezentowali elementarne zasady. Uczciwość i niezawisłość mentalna. Oraz „odrobina niezbędnej odwagi”.
Patrioci, którzy sami podejmują decyzję, sami „żeglują po morzu okoliczności”.
Podlegają wiatrom, muszą czasem halsem pod wiatr, czasem nawet muszą schronić się na jakiś czas do jakiegoś portu. Ponoszą też ryzyko utraty statku.
Ale mają swoją marszrutę: Niepodległość.
Ojcowie Założyciele Niepodległej. Po zatopieniu Nawy  pierwszej RP zbudowali drugą. : Piłsudski, Dmowski, Paderewski.
A Trzecia? Jakiś potworek. Upokarzający wolnego Polaka potworek. *
To poczucie upokorzenia jest kluczowe i - powszechne. Wpadamy w depresję, bo nas upokorzyli (tu nie ma albo-albo - to dotyczy WSZYSTKICH) i - albo bierzemy proszki i balangujemy dalej. Albo się otrząsamy z tego upokorzenia i podnosimy głowę. To jak, młodzi przyjaciele?

6.    Jak prawdziwą Niepodległość zdobyć? Warunki!
Nie ma żadnych tajemnych recept. Módl się i pracuj. Realizm, odwaga, konsekwencja. Mądrość polityczna. Dziś? Na wagę złota. A może nawet z jeszcze szlachetniejszego i rzadszego kruszcu. Jeśli to możliwe.
Pierwszy ruch Piłsudskiego po przyjeździe do Warszawy 10 listopada 1918? Proponują mu udział w Radzie Regencyjnej, stanowisko Naczelnika. Praktycznie wszystkie zaszczyty stoją przed nim otworem.
A on?
Dajcie mi tylko władzę nad wojskiem.

I tak - zdążył przez rok zbudować i wystawić jedną z najsilniejszych armii w Europie. Pod osłoną której zbudowano następnie niepodległe państwo. A musiał pogonić nie tylko wrogów, ale i szkodliwych głupców.

Porównajcie to z naiwnością (lub, jak kto woli, tchórzliwością lub wręcz zdradą) „strony solidarnościowej” w 1989 roku.

Wzięli stanowisko premiera. W jednych sprawach – alibi dla na poły – koniecznych, na poły – idiotycznych reform. W innych – figuranta, za plecami którego zbrodniarze wynosili papiery - hańbiące i wartościowe – w bezpieczne miejsca: do sejfów i do dołów.

7.      Co będzie dalej?
Mamy więc doświadczenia mądrej budowy Drugiej Niepodległej, która nie przetrwała Apokalipsy.
Mamy doświadczenia głupiej, tchórzliwej budowy Trzeciej. Która miała przynajmniej zapewniać ciepłą wodę w kranach i balangę z europejskim sznytem.
Budzimy się (?) w Niewyzwolonej do końca, tkwiącej w objęciach jakichś szemranych typów spod ciemnej, niewidocznej gwiazdy.
Zadłużonej na sumę niepewną. Od jednego do trzech bilionów złotych (A ten straszny zbrodniarz Gierek zadłużył nas na całe sto dwadzieścia miliardów!).
Co roku przechodzę podczas Marszu obok tego licznika. Rok temu było dużo mniej. Postęp jest.
Mamy młodzież odważną i pełną zapału. Wprawdzie nie ma może zbyt głębokiej formacji religijnej i politycznej, ale ma chyba dobrą intuicję. Zaczyna patrzeć na ten licznik, ile ma do spłacenia.
Czy już zaczyna myśleć, czy tylko krzyczy i klnie?  Wymaga wielkiej pracy. Nad jej formacją.


Ja już nie zdążę spłacić swoich długów (od dwudziestu kilku do osiemdziesięciu kilku tysięcy).

Co będzie?

--------------------------------
* Zacytujmy tu Janusza Śniadka (GPC 16-17 listopada), który cytuje prof. Zybertowicza:

"(System III RP), który w obecnej postaci nie jest godny naszej tradycji i nie jest godny Polaków".
Ten paskudny system - klatka budowany na gruncie wielopiętrowego klientelizmu, opiera się na paradoksach. Oto w państwie rządzonym przez partię utworzoną pod liberalnymi i wolnościowymi hasłami, w przestrzeni publicznej zbudowano klatkę.
"Klatkę nieformalnych powiązań pasożytujących na zasobach publicznych i na naszych normach kulturowych."
"Taką klatkę (...) może rozbić tylko wola polityczna sięgająca po środki państwa prawa, w tym instrumenty działania, jakimi dysponują tajne służby."
Koniec cytatu.

Właśnie Marsz Niepodleglości jest przykładem, jak trudne zadanie stoi przed sanatorem, gdy służby specjalne w sojuszu z mediami naszpikowanymi agentami wpływu, jak gęś, słoniną, prawdopodobnie sięgając po instrument policyjnej prowokacji, skupiają się na walce ze (względnie :) ) spokojnie demonstrującymi swoje przywiązanie do Niepodległości i hmm, dystans do władzy, młodymi ludźmi. Władzy, która jest emanacją "systemu klatki".

Sytuacja jest poważna na tyle, że potrzebny jest nie tylko dobry program politycznych reform, ale wręcz orde de bataille zwalczenia groźnych patologii, dla obrony których uwikłani politycy są zdolni posunąć się do metod nie mających wiele wspólnego z demokracją.

Oczywiście reformatorzy muszą swoje plany operacyjne "pierwszych stu dni" pisać w zaciszu. Ale muszą umieć gromadzić szerokie poparcie społeczne dla swoich działań, jako swoistą osłonę. Wiemy z doświadczenia nie tylko polskiego, że będą bezpardonowo atakowani od pierwszych godzin od przejęcia władzy.


czwartek, 31 października 2013

Obyś żył w ciekawych czasach, czyli poseł Wipler na celowniku oraz trzy teorie przyczyn tego wydarzenia, do wyboru

Pewniki przyjęte w tym tekście bez dowodu

Jest wigilia Wszystkich Świętych 2013. Zdjęcie opublikowane na wielu portalach i w Fakcie, przedstawia posła Wiplera w zakrwawionej, rozpiętej koszuli spod której widzimy poplamiony i pomięty podkoszulek. Z obdukcji lekarskiej podobno wynika, że ma nawet uszkodzoną rogówkę. To nie jest takie sobie pobicie. To pobicie z poważnym ubytkiem zdrowia.
Przez kogo? Czy to pobicie przez policję?

Że co?  Czekamy na wyniki śledztwa? Sza, dopóki nasze organa nie ustalą „prawdy”?

Ja nie czekam.
Na jesieni 1980 roku, na szkoleniu, prowadzonym przez szefową Komisji Interwencji Regionu Mazowsze Solidarności Zofię Romaszewską, usłyszałem mniej więcej takie zdanie.

„Jeśli policja kogoś pobije i ten zaczyna się skarżyć, NATYCHMIAST policja * oskarża go o pobicie funkcjonariusza(szy), co może skończyć się wieloletnim wyrokiem”.

Wydaje się, że niewiele się zmieniło.

Zmieniło się o tyle, że teraz policja bije i nie czeka na skargi. Natychmiast oskarża o pobicie – pobitego. Pamiętają jeszcze państwo film nakręcony komórką w 2011 roku, 11 listopada?
Pewien „agresywny” przechodzień pobił policjanta w cywilu. Użył do tego swojej głowy. Uderzał go głową niebezpiecznie w koniec buta, wylegując się na chodniku i nie patrząc policjantowi w oczy, bezczelnie zasłaniając się rękami. Nie wiemy, jakie obrażenia odniósł policjant. Może duży palec u nogi trochę go pobolewał?
Wróćmy jednak do sprawy pobicia posła Wiplera. Absurdalny wniosek, że pijany poseł pobił policjantów (dla zabawy?) – odrzucam. Nie mówiąc o rekordzie świata absurdu, że „skopał policjantkę”, jak napisał nieoceniony Fakt.

Odrzucam, zwłaszcza wiedząc trochę o formacji, charakterze i postępowaniu posła w sytuacjach trudnych. Ale o tym na końcu.
Odrzucam bez dowodu. Jak ktoś ma wątpliwości i czeka na dowody, nie zatrzymuję. Tutaj się to przyjmuje za pewnik i idzie się dalej.

Dlaczego poseł Wipler został tak brutalnie pobity?

To, że poseł odniósł obrażenia, widać na zdjęciach i na filmach. Pytanie – dlaczego?

Pierwsza, rozsądna teoria

Odrzucając teorie spiskowe – przez pomyłkę. Policja bije, ponieważ ma „monopol na przemoc”. Nie patrzy. Zresztą nieważne. Podobnie, jak w sprawie Katastrofy Smoleńskiej. N i e w a ż n e. Poseł miał pecha, był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym stanie. I dostało się posłowi. Zresztą, kto by się przejmował jakimś posłem, byłym pisiorem, który bierze duże pieniądze za swoją lekką pracę i szlaja się po nocnych klubach?

Pierwsza, też rozsądna, teoria spiskowa

Ale dlaczego ja mam odrzucać teorie spiskowe, skoro poważna stacja TV Republika, w osobie redaktorów Piotra Goćka i Łukasza Warzechy (ten sam Fakt **), jakieś teorie spiskowe snuje?
Ich teoria jest rozsądna.

Miała to być mianowicie operacja przykrywkowa, w związku z wrocławską aferą taśmową i ustawianiem wyborów między charyzmatycznym Schetyną a wiernym Protasiewiczem. Żeby ludziska mieli o czym gadać. Pobicie się posła z policją to lepszy news, niż jakieś rozmowy na cmenta… ups, w nieznanych miejscach. Cmentarz już spalony, jako strefa kontaktu.

W innych miejscach, ale tradycyjnie, w Regionie Dolnośląskim. Ten region naprawdę ma pecha!
A rozmowy na tematy abstrakcyjne. O miejscu w radzie nadzorczej.

Co to jest ta rada? Ja i tak się do tego nie nadaję, więc niech te posły tam sobie siedzą.
Też coś!

Nie, taka teoria jest dla mnie stanowczo za cienka.

Moja teoria spiskowa, przetestowana w moim kółku i przyjęta, jako prawdopodobna, więc ośmielam się ogłosić

A ja? Najpierw byłem oszołomiony i nic nie rozumiałem. To poseł, na którego głosowałem, ale który trochę mnie zawiódł. Brak mu cierpliwości. Młody i żądny sukcesów. Za szybko chciał iść na swoje.
W rezultacie – grozi mu wypadnięcie z Sejmu w następnej kadencji.
Po co go „rozprowadzać” i kompromitować? Taka akcja to przecież zaangażowanie dużych sił i środków, przygotowanie zaplecza medialnego, wersji wydarzeń– głównej i zapasowej, właściwych, prokuratorów i sędziów. Otwiera się front walki ze sforą wścibskich internautów. Pojawią się jakieś filmy kręcone komórkami, które nie będą się zgadzały z oficjalną wersją. A nawet z zapasową.

I co? Mało mają kłopotów? Jakaś obłędna ucieczka do przodu? Która może spowodować zwarcie szeregów skłóconej opozycji?
I nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie pewien tekst ***,  który rok temu, 12 –tego listopada 2012, rekomendowałem.

Jest tam opisana akcja posła Wiplera wraz z kolegami, podczas demonstracji 11 listopada 2012, który to poseł, dzięki stanowczej postawie, zapobiegł nieobliczalnym konsekwencjom ruszenia do ataku wozów bojowych policji w tłum demonstrantów.

„Prowokacja się nie udała”.  ****

Poseł Wipler zyskał uznanie i autorytet swoją odwagą, konsekwencją i zdecydowaniem. Interweniował zgodnie ze swoimi uprawnieniami i zrobił to skutecznie.
Zbliża się kolejne Święto Niepodległości. Władze nie lubią, kiedy obywatele obchodzą to święto po swojemu. Preferują orła z czekolady i żadne nieuzgodnione inicjatywy nie będą tolerowane.

Albo Front Jedności Narodu, albo kłopoty!

W tym roku próba prowokacji, próba wywołania zdarzeń, których nawet nie możemy sobie wyobrazić, może zostać powtórzona. Czyżby poseł Wipler został uznany, jako ten, który może znów jej przeszkodzić i należało go zawczasu wyeliminować z gry?

Będzie miał teraz swoje problemy. Ze zdrowiem, z prokuraturą, z parlamentalną komisją etyki. Będzie też o wiele mniej wiarygodny. Już nie – młody, energiczny, o czystych rękach. Ale człowiek zamieszany w bójkę z policją, pamiętany ze zdjęcia „w stroju niedbałem, w stanie wskazującym”.
Okres brylowania w mediach nowej gwiazdy się skończył. Zaczęło sie grillowanie delikwenta.
Odsłania się pewna metoda walki: 

                    "Najpierw napompować, potem zdetonować."

Czy ta prowokacja się udała, jeśli oczywiście miała miejsce? Bo przecież tego nie wiemy. To tylko teoria spiskowa, odrobinę bardziej śmiała, niż teoria panów G & W.
Czy poseł Wipler zostanie zdyscyplinowany, żeby za bardzo nie dokazywał? To przyszłość, która jest nieznana. Próba dzielności i próba mądrości. Jak będzie? To ciekawe, prawda?

„Obyś żył w ciekawych czasach”.
Przysłowie chińskie

Ach ci niesamowici Chińczycy!

--------------------------------------------------------------------------

tak w wypowiedzi pani Zofii – używała konsekwentnie określenia- „policja”

** Pan redaktor Warzecha, Fakt, fakt,  odciął się od swojej redakcji. Uff, minimum przyzwoitości.

*** Niestety dzisiaj (10.11.2014) film z interwencją posła Wiplera ... "nie istnieje". Nie wiem, czy nie istnieje, bo poseł Wipler już nie jest w PiSie, czy też z innych powodów.
Internet jest dynamicznym źródłem informacji. Orwell przewidywał, ze historia będzie korygowana, ale nie przypuszczał, że będzie to tak łatwe.

**** Zarekomendowałem ten tekst następującym komentarzem:
Ja byłem w drugim rzucie. 
Mamy tylko jedną zasługę: kiedy usłyszeliśmy przez tubę komunikat, że policja wzywa do ROZEJŚCIA się (ok 100 tys ludzi, otoczonych ze wszystkich stron przez kordony - legalna demonstracja!) najpierw ogarnął nas śmiech, potem, ktoś przy tubie wezwał nas do modlitwy. 

Odmawialiśmy różaniec, i modlitwę najbardziej dramatyczną : "Święty Boże..., od powietrza, głodu, ognia i wojny..."

Później dowiedziałem się, poseł Wipler przedarł się przez kordon z kimś (reporter z Radia Wnet) i wynegocjował z dowódcą oddziałów puszczenie Marszu dalej. A sytuacja był naprawdę trudna.

My też mieliśmy małego pietra, a przecież byliśmy dwieście metrów dalej (okolice hotelu Polonia, wylot Poznańskiej).

A co dopiero czoło pochodu, gdzie świstały gumowe kule i kłębił się gaz znany mi z lat osiemdziesiątych (zostały zapasy!)?

Ja uważam to za cud, że dowódca został przekonany i Marsz ruszył.

Prowokacja się nie udała.
Chwała posłowi Wiplerowi.


sobota, 21 września 2013

Szczęśliwy Paryż i Nieszczęsny Nowy Jork Cz II Nowy York

Moralitet Blue Jasmin

link do I części eseju

W najnowszym filmie Allen wziął się za temat poważniejszy, niż kostiumowy wodewil z fantastycznymi, sennymi przygodami. W Nowym Jorku Allen jest u siebie, zna realia, typy ludzkie i wie, co się dzieje nie tylko na sali bankietowej, w kabarecie, w salonie, ale też w kuchni i w sypialni. Ma inny nastrój, bardziej domowy, codzienny, nie tak szampański. 


Źródło zdjęcia

Zabawa się skończyła, trzeba wziąć się poważnie do pracy. Zamiast gadających figur woskowych, żywi ludzie, chociaż też z pretensjami do high society.

Bo Blue Jasmin, jeśli chodzi o nowojorskie realia, czerpie pełnymi garściami z doświadczeń „Paryża o Północy”. Może tylko, hmmm …, na przykład… mutatis mutandis, bez Warchola i „realistycznej fantastyki”. 

Ale opis artystycznych środków Allena, użytych w Jasmin, sobie daruję.  Kto oglądał „O północy w Paryżu” – będzie miał wyobrażenie o klimacie, w jakim porusza się Allen po swoim ukochanym Nowym Jorku. Po Nowym Jorku nie tyle bohemy, co warstwy bogatych snobów i klientów prestiżowych galerii i sklepów „Prêt-à-porter”. Żywych ludzi, zarabiających, mniej lub bardziej uczciwie, duże pieniądze.
Nowym Jorku, który jest kontrapunktem do innego miasta i innego środowiska. Do San Francisco, które Allen uczynił miejscem akcji środowiska przyziemnego, nieco prostackiego i szarego, pozbawionego stylu i „perspektyw”.

Zacytujmy jeszcze jeden  fragment recenzji – mojego „punktu oparcia”:


Ten przeskok z jednego krańca kontynentu na drugi postawi ją (Jasmin przyp.KR) ostatecznie w sytuacji bez wyjścia.
Szok, jakiego dozna - mentalny, estetyczny, kulturowy - pogrąży ją całkowicie, zepchnie w otchłań wariactwa. Okazuje się, że ktoś taki jak Jasmin nie może przejść, ot tak po prostu, z jednego świata do drugiego. Najmniej z przyczyn o charakterze materialnym. Człowiek o takiej osobowości jak Jasmin nie może żyć na dole, bo jest to niezgodne z jego naturą.
(…) film smutny jak na Woody Allena, ale nie „ciężki”. Współbrzmiący z aktualną sytuacją Ameryki i wielu Amerykanów, przenikliwy i przenikający gdzieś aż do trzewi.

Tutaj już nie będzie zgody. To opinia ciekawa, zdradzająca artystyczną wrażliwość na smak, styl, wspaniałomyślność, wręcz królewskie maniery high society NY.  Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wypowiadający ją człowiek delektował się podobnie (jak ja)  Paryżem o północy. I w deszczu.
Opinia budząca, im więcej o niej myślę, gdy po wyjściu z kina, powiedziałem sobie: „Za stary już jestem na takie emocje! Zapomieć!”, coraz większy sprzeciw.

Ja oglądałem ten film bez przyjemności. Ale nie bez emocji! Od początku z rosnącym smutkiem, który przeradzał się w bezradność, współczucie dla bohaterów zmieszanymi z obrzydzeniem. Na granicy rozpaczy.
Jednocześnie przyznawałem niechętnie, że reżyser jest mistrzem w portretowaniu piekielnego obrazu tego świata, którego brudu już chyba żaden deszcz nie zmyje, bo brud znajduje się nie na powierzchni, tylko gdzieś głębiej.

Czy Mistrz zostawia nam nadzieję? Bo rozpoznajemy tam przecież siebie.
Niezależnie, czy jesteśmy na dole, czy na górze.

Baaa.
Nie jestem nawet pewny, czy Mistrz relacjonuje obraz „Klasy Wyższej” z emfazą zachwyconego, jak jego recenzent - Szpak, obserwatora, który „trochę tylko” udramatyzował wątek „wysokiej natury” Jasmine, czy może PRZECIWNIE - z rozpaczą człowieka szukającego ratunku, bez nadziei na jego znalezienie?

Szpak ma rację co do jednego. Natura obdarzyła Jasmine smakiem artystycznym, wdziękiem, klasą i wyczuciem stylu. To poza dyskusją. Ale czy o tym JEST ten film?

Czy to sztafaż, czy istota?
Allen nie skonstruował postaci, (którą genialnie odegrała Cate Blanchett), jako pustej lalki, lubującej się w blichtrze otoczenia i pławiącej się w roli …hmm, na pewno nie muzy, bo wokół nie widać żadnych „wielkich” artystów, raczej w roli gospodyni salonów z ilustracji kolorowych tygodników.
Wygłaszane przez nią „kwestie światopoglądowe” są żywcem wyjęte z drukowanych przez kolorowe czasopisma wywiadów z celebrytami. Co dowodzi, że mentalnie nie jest intelektualistką, tylko ….z całym szacunkiem, typową gąską.
Jej siłą jest właśnie „ów”, zauważony przytomnie przez naszego recenzenta, „naturalny, wyższy styl”, który z kolei musiał zaimponować jej mężowi, nieprzeciętnemu spryciarzowi, ale dość przeciętnemu kabotynowi.
Siłą Jasmine jest to, co powyżej, sprzymierzone z bezwzględnością, egotyzmem i umiejętnością nie dostrzegania niewygodnych szczegółów.
Lepiej nie wiedzieć! Póki orkiestra gra!
Mnie się to kojarzy z niektórymi znanymi mi również osobiście (i nie tylko) ludźmi znad Wisły. Ale ani słowa więcej na ten temat. Sapienti sat.

Razem utworzyli stadło, które mogło przez jakiś czas egzystować w owej wymarzonej dla obojga high society, której członkowie byli w niej lepiej zakorzenieni, ale niewiele lepsi.
Nie wiem, jak Allen, ale ja tam na te przyjęcia i inne imprezy do Nowego Jorku się nie wybieram. Zdecydowanie wolę Paryż.
Ale wróćmy do wytwornych „przyjaciół” Jasmin. Nie tworzyli żadnych trwałych więzi i wszystko się skończyło na pierwszym, ostrym zakręcie. Cud, że tak długo trwało. Jasmin poleciała na dno i „przyjaciele” pokazali, jakimi są przyjaciółmi. Albo może, jaką Jasmin była dla nich przyjaciółką. Tego do końca nie wiemy, ale zgódźmy się, że – pół na pół. Wart Pac pałaca.
Jasmine, sierota, wychowanka w rodzinie zastępczej, musiała się wedrzeć do tej high society przebojem.
Nie wiemy jak, ale Allen podsuwa nam trop. Pokazuje, jak Jasmine, ponownie na dnie, próbuje się tam wedrzeć drugi raz. Recydywa zostaje tym razem ukarana natychmiast. Naturalne zalety, smak, wdzięk i styl wspomagane blefem, konfabulacją i prymitywnym kłamstwem.

Na jej tle jej „siostra” z rodziny zastępczej, posiadająca „gorsze geny” (uff, taki horror, jako konwersacyjny liczman rodzin zastępczych! Prawdziwe piekło XXI wieku!) i pozycję społeczną stosowną do tych „genów”, jawi nam się o wiele bardziej sympatycznie. Też manipuluje ludźmi, jest kobietą „łatwą” – w przeciwieństwie do naszej salonowej lwicy. Walczy o swoje z cynizmem. Też jest właściwie głupią gąską. Ale ma chyba więcej zdolności autorefleksji.
MYŚLI, nie tylko - REAGUJE i potrafi w porę cofnąć się z krawędzi.

A przede wszystkim ma o wiele więcej empatii, po prostu – ludzkich uczuć.
Chociażby – wobec swojej „siostry”. A to czasem wymaga charakteru. Poczucia, że są sprawy ważniejsze nawet niż osobisty interes, czy wygoda.

Tak, film jest przenikliwy, ale nie dlatego, że jego twórca stawia tezę, że „natura” Jasmin, (a więc coś naturalnego, stworzonego), nie może żyć  "na dole".

To nie "natura", tylko nadmierne ambicje, powierzchowność w ocenie ludzi i jednocześnie głębokie samozakłamanie, niszczący, krótkowzroczny egotyzm jest przyczyną klęski.

Tak, to moralitet, chociaż nie wiem, czy Allen tak go pomyślał. Opowieść - "Jak PRZEZ PYCHĘ zmarnowano niekłamane talenty". Kiedyś tytuły były mniej pretensjonalne, ale mówiły wprost, „co autor miał na myśli”. I każdy wiedział, czego się trzymać. :)

Jasmin niszczy nie tylko siebie, ale i bliskich. 
Jej relacja z synem jest chyba najbardziej "przenikająca". Stawia kropkę nad „i” w charakterystyce bohaterki.

Jedyni, których nie skrzywdziła, to ci ludzie „na dole”. Jej „siostra” z „gorszymi genami”, która zadawala się małym a pozostaje z nadzieją na większe. Na trwały związek, na miłość, na poczucie sensu, które może być kiedyś największą nagrodą.
Ludzie „z dołu”, też tarzający się nieraz w błocie. Oni paradoksalnie okazali się być mocniejsi od niej. W lepszym tego słowa znaczeniu.  Jakby impregnowani (prawie! Ale jednak) na niebezpieczne miazmaty, które przywiozła z tego ukochanego Nowego Jorku Allena.

Bo wyznają proste, ale nie prymitywne, z gruba ciosane i nieco pokręcone, ale nie - nic nie warte, zasady.
Wprawdzie rozstają się z Jasmin w świadomości (nieco mylącej) pozostania na dole i trochę zazdroszczą bohaterce. Ale instynktownie nie chcą już mieć z nią nic wspólnego.
I to jest ich zwycięstwo. W starciu z … Cyt. To ma być refleksja „ekumeniczna”.

Allen zrobił "przenikający gdzieś do trzewi" moralitet o katastrofalnych skutkach pychy zjadającej własny ogon.

Lekki film?
Na pewno nie....
Dla mnie, nie tyle smutny, co przerażający. A więc jednak ciężki.

Czy Allen ten poważny film konstruuje świadomie, czy też mu to tak „samo” wychodzi?
Czy „jest tylko transmisją”? Czy działa „na zimno”, z wyliczeniem artystycznych skutków i ideowych przesłań?

Wreszcie - czy Allen rozstrzygnął by nasz spór z panem Szpakiem?
Natura stworzona do życia „na górze”, czy wprost przeciwnie, zakłamana ambicjonerka, która zmarnowała talent i życie z powodu pychy i głupoty?
Pchając się na siłę do sfery, która oferuje blichtr, pozorne uczucia i złudne wrażenie bycia ważnym komuś naiwnemu, głupiutkiemu, ale…  miłemu, niepozbawionemu „klasy” z „natury”?
Dopóki jest miły i użyteczny?

Wiedząc „coś” o Allenie mam wątpliwości. Odpowiedział by pewnie, że nie jemu sądzić. Opowiedział fascynująca historię z ponurym zakończeniem. Nie oceniał. Transmisja zbiorowej świadomości zatłoczonej obezwładniającymi swym brzydkim zapachem realiami, ciekawa i poruszająca.
Ciężkostrawna uczta.
Wyjście z kina w ponurym nastroju. Trudno. Kino ambitne. W lepszym tego słowa znaczeniu.

Zmieniam „nieco” zdanie o Allenie.
Allen – to prawdziwy artysta. Nie pisze publicystycznego manifestu oskarżającego świat w okresie schyłku. Opowiada, co wie. Uczciwie. Nie wiem, co jest dla niego „moralnie obojętne”, co afirmuje, a co potępia. Co go przeraża. Liczy się jednak bogactwo, głębia i prawda obrazu.  To tylko jego dzieło. Jego dziecko. Mówi za siebie. On za nie odpowiada tylko do pewnego stopnia.

Obraz jest przerażający, ale nie odpychający i irytujący domorosłym psychologizowaniem. Mimo, (a może dzięki) zachwycającym, wystylizowanym, markowym i „kultowym” draperiom blichtru.
Nie oskarża bezlitośnie swoich bohaterów. Oddaje im tyle sprawiedliwości, ile może. Myli tropy i - myli swoich recenzentów.
Góra z dołem im się myli.


Ja też się mogę mylić. A Ty, co sądzisz, miły czytelniku?

poniedziałek, 16 września 2013

Szczęśliwy Paryż i Nieszczęsny Nowy Jork cz.I Paryż

czyli ten niesamowity Allen w podwójnej recenzji ze wstępem

Lepiej mi się pisze recenzję w opozycji do innej, stanowiącej coś w rodzaju „punktu oparcia” a właściwie „podparcia”. Dla profana.


Z podlinkowanej recenzji ...... zgadzam się z taką tezą:
Cate (Blanchette) wypadła rewelacyjnie. Bez niej filmu by nie było.
Ale nie mogę tak szybko.
Ten wpis nie będzie o Blue Jasmine. Kto niecierpliwy, proszę kliknąć na link do następnej części.

Już ją opublikowałem...

Allen „jako taki”

Allen nie był moim ulubionym reżyserem. A zaczynam go doceniać, chociaż mam mieszane uczucia.
Artystów dzielę na dobrych, bardzo dobrych i genialnych. Z jednej strony.
Oraz głupich i mądrych z drugiej.
Artysta mądry i genialny – to dopiero rzadkość! Raz na sto lat…

Allen jest błyskotliwy, ma wyborny smak z dawnych lat. Nawet, kiedy jedzie po bandzie gołym tyłkiem na współczesną modłę, daje poznać, że „jest ponadto” z taktem zakonnika, który wpadł przez okno do domu hmmm… pod czerwoną latarnią (Patrz „Jej wysokość Afrodyta”).
Inteligentny i uczciwy … przynajmniej do pewnego stopnia.
Ale czy mądry? Całkiem głupi to on nie jest. Będę dalej śledził i dam znać.


Paryż, zwłaszcza nocny, to sceneria, nie wymagająca charakteryzacji, tylko dobrego operatora, który nie zepsuje nastroju i nie zniechęci widza do natychmiastowego przyjazdu. A tu - operator potrafi jeszcze zrobić zachwycające zdjęcia deszczu. Tego deszczu, który zdaje się zmywać cały brud tego świata. Deszczu, który dodaje paryskim ulicom blasku, jakim promieniują miejsca ucieczki od szarzyzny.

Pomysł, gdzie spędzić weekend.  
Już lecę! Tylko drobiazg, muszę nakłonić żonę. Ona woli gdzieś bliżej. Póki co, będę kontynuował wysiłki i pokazywał żonie mokre ulice „O północy w Paryżu”. Inni mają łatwiej. Nie powiedziałem, że lepiej! Jestem mężczyzną ambitnym. Tak jak Allen.

O, mam! Właśnie tym on teraz mnie przekonuje. Ambicją, "dobrym" snobizmem i smakiem!

Ten film - to seria inscenizacyjnych fajerwerków, która nie przestaje bawić, ale nie tylko. Bawi garścią szczegółów topograficznych, biograficznych i historycznych, nie stroniąc od pikantnych plotek. 

Nie tylko bawi.
Dowartościowuje widza, dając mu poczucie snobistycznego (to nic złego, odrobina snobizmu!) obcowania z „prawdziwą sztuką”. Z aforyzmami i bon motami malarzy, pisarzy i krytyków. 
Źródło zdjęcia
No i, last but not least, snobizm karmiony okolicznością, że w wycieczce po Paryżu nawet prezydentowa Francji znajduje dla nas czas. Prywatnie!

W końcu - pointa. Niegłupia. Wynika bowiem z kilku liczmanów mądrości: korzenie, ciągłość, talent jako zadanie, samotność drogi. Bohater – młody pisarz wybiera własną drogę i własny świat. Odrzuca nie mającą żadnej przyszłości miłość Muzy Geniuszy.
Widzi, albo tylko wyczuwa, wyższość samotnego wysiłku tworzenia - nad życiem światłem odbitym, w snobistycznej otoczce geniuszu.

Pointa krzepiąca objawami otrzeźwienia. Coś w rodzaju wietrzenia pomieszczenia po nocnej libacji. Ratuje to dobre wspomnienie po imprezie. Pozostawiając wrażenie dobrej zabawy, do którego wracamy wspomnieniami w „normalnym życiu”.
Pozostając na „poprawinach” zamiast poprawienia ryzykujemy tylko smak „ciepłej wódki” i ból głowy. Jeśli nie coś gorszego. O wiele gorszego. Staczanie się.

To jest dla mnie wyróżnik prawdziwej sztuki: obcowanie z pięknem, przezwyciężanie miałkości i – właśnie – element oprzytomnienia po najlepszej nawet zabawie. Coś, jakby początek, a może (nieświadoma?) aluzja albo tęsknota do nawrócenia.

Allen igra gatunkami. Wyszedł mu na poły kostiumowy wodewil, a trochę Powrót Do Przyszłości z dorożką, zamiast bolidu, jako wehikułem czasu.  Z niedomówionym happy-endem i kolorowym puzzlem z motywem ulicy Paryża, do samodzielnego odtworzenia morału.
Kasowi, prestiżowi bohaterzy: „Nieśmiertelni”, „kultowi” impresjoniści, uzupełnieni o kubistów i surrealistów oraz lewicujący, genialni, albo dobrze się zapowiadający, przeszli i teraźniejsi  "Amerykanie (i Hiszpanie) w Paryżu". Hemingway, Bunuel, Dali. No i ...nasz bohater, Gil, grany z wdziękiem przez Owena Wilsona (znany też, jako dobry opryszek z Kowboja z Szanghaju). To porta voce Allena, kiedy był piękny i młody.
Ciekawe, że portavoce jest pisarzem, nie filmowcem. 
Czy to tylko kamuflaż?
Czy też delikatny sygnał związany z przekonaniem Allena o "wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia"? No i klucz do potraktowania "obcesowo" Bunuela?
Bo gdzieś wyczytałem, że zagrał nieczysto z Bunuelem, robiąc z niego tępaka. Też coś! Bunuela żałować? Tego gigantycznego impertynenta i obrazoburcę? Dobrze mu tak! Nie wiem, czy to hejterstwo, czy tylko niewinny żart i guzik mnie to obchodzi. Brawo Allen!

Pisarz! To jest prestiż?

Mniejsza z tym.
Wszyscy oni razem - malarze, pisarze i filmowcy, cała ta snobistyczna, utalentowana, balangująca i zawzięcie dyskutująca, czasem genialna bohema - stanowią razem zbiorowy symbol światowej stolicy nowoczesnej sztuki. Kiedy tą stolicą była

Bo Amerykanin w Paryżu dzisiaj – to nie tańczący po stołach i kanapach artysta, poszukujący szkoły, inspiracji i promocji. To już tylko ambitny turysta idący po marszrucie „klasycznej awangardy” ubiegłego wieku opisanej w przewodniku Michelina.

I Allen spoza kadru jest ciekawym przewodnikiem tych amerykańskich turystów. Zaludnia scenę znakomitościami, jakby zeszły z pomnika. 

Wprawia ich w ruch, korzystając bedekerowej wiedzy o ich życiu. Taka wakacyjna zabawa z żywymi figurami woskowymi. Inteligentna, pomysłowa i dowcipna. 

Nie wiem tylko czy to dobór cytatów ze znanych pisarzy, malarzy i reżyserów, czy artystyczne credo Allena? 
I czy są dobierane według ich błyskotliwej formy czy według zastanawiającej, skrótowej celności?

Trzeba by było to sprawdzić. Ale czy warto? Może ktoś wie?