wtorek, 12 listopada 2013

Kilka myśli o Niepodległej …Młodzieży

1.      Marsz Niepodległości to już impreza prawie tradycyjna. Na przestrzeni lat 2010-2013. Jestem bywalcem: byłem na pierwszym, byłem na ostatnim, byłem w międzyczasie. Mój reportaż z pierwszego marszu był nawet na blogmedia.pl wiodącą relacją z wydarzeń. Stąd moja legitymacja, żeby dokonać pierwszej oceny w dłuższej perspektywie.

Dlatego, proszę, młodzi przyjaciele, przyjąć te szczere słowa, od starego śledziennika.

Marsz rośnie w siłę. To nie słomiany ogień garstki wkurzonych młodzieńców, tylko budzący się zwolna Duch Narodu w umysłach młodych ludzi, pozbawionych kompleksów, rozglądających się ciekawie po świecie i strzepujących pył zniewolenia ze swoich glanów i krótko ostrzyżonych głów.

2.      Czego chcą młodzi. I jacy właściwie oni są?
Wiedzą, czego nie chcą. Czy szybko się zorientują, czego chcą, co należy odbudować? Czy nie dadzą się skołować, tak, jak my? Są skłonni zaryzykować.
Nie śpiewają. Się nie boją, krzyczą  i, niestety...  klną, co mnie, człowieka starej daty, nieco od nich oddala.

Było ich ze sto tysięcy, czyli, tak na oko, ze dwa razy tyle, co rok temu. Ale na Mszy św. w kościele św. Barbary może z tysiąc. Czyli pełny, nabity po brzegi, kościół. Ale bez „mszy polowej”, bez głośników na zewnątrz na dziedzińcu, gdzie w czasie Mszy św. był właściwie piknik. Może to tylko błąd organizatorów?
Chyba jednak nie. To znak czasu.
Z tego tysiąca - została może połowa, gdy rozpoczęła się Komunia św. Ten nagle „luźny” kościół, który był przepełniony podczas „ostrego” kazania, trochę mnie zmroził.

Krótka modlitwa i błogosławieństwo przed wyruszeniem Marszu w trasę, księdza Tomasza Kancelarczyka ze Szczecina – to trochę za mało. I za mało księży na trasie Marszu. Ja w każdym razie nie widziałem ani jednego.
Ruch Narodowy bez kapelanów? No właśnie. Bez Boga, ani do proga. No i ta mowa ich zdradza.

Te hasła, które na pierwszym Marszu wzruszały przypomnieniem „naszych”, tych krzyczanych za komuny, teraz po prostu irytują. Brzmią, jak bezmyślna mantra.
„Raz sierpem…” Ufff. Ile lat tak będą krzyczeć – gdy jakoś nic w materii „czerwonej hołoty” się nie zmienia?
To ja już wolę wyrzut: "Gdzie są flagi!?" - prawie o legionowej proweniencji. Pobrzmiewa tu echo:


Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, ... 
Dalej to już niecenzuralne ....
Znów się skończą te dni kołatania?
Pytanie jest kierowane do nowych "chłopów z ul.Marszałkowskiej", wręcz modelowych, grillujących Polaków.
Ani jednej flagi!

Powinni śpiewać? Ba. Trzeba sto tysięcy śpiewników, dla stu tysięcy atletów. I tysiąc kotletów na każdego. Te stare i nowe pieśni, kto to pamięta?
Nie śpiewają – to kultura słuchania rapu i afirmacji tego, co krzyczą ze sceny ich idole. Czy taka kultura będzie nośna dla wolności?
 Śpiewanie też jest afirmacją pieśni, którą ktoś inny napisał. Też daje poczucie wspólnoty. W innej formie. Nie wiem. Jestem z nieco innego świata. Zobaczymy.

3.      Awantury. Czyli nieważny szczegół.
Są wkręcani w awantury (przez nieproszone towarzystwo, ochotnicze czy służbowe, wszystko jedno), ale czy to ważne? Zawsze będzie dostatecznie dużo pięknoduchów, typu Mazurek i różni Wróble, którzy albo zobaczą prowokację i stwierdzą - „sami się prosiliście”, albo prowokację wykluczą bez dowodu, wskutek perswazji lub wręcz wskutek tego, że rozsądny człowiek, który chce pracować w dobrze płacącym radiu, nie może wierzyć w spiski.
Jedyna korzyść - to korzyść dla tej młodzieży. Pamiętając mój własny szok na to, jak prasa PRL reagowała na demonstracje studenckie w 1968, mam nadzieję, że przynajmniej myśląca część demonstrantów będzie miała praktyczną lekcję polityki i jej medialnego zaplecza brudnego nurtu. Jeśli jeszcze ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości.

W warunkach subkultury młodzieżowej, którą nieco trąci ten Marsz, z jednej strony, i orgii dezinformacji, jaka się odbywa na naszych oczach  - z drugiej, niesposób orzec, czy owe "incydenty" to czysta prowokacja policyjna, czy pożyteczni, kibolscy idioci zrobili niedźwiedzią przysługę swoim kolegom. Ale nie przywiązywałbym do tych spektakularnych wydarzeń nadmiernej wagi. Media muszą mieć swoje igrzyska. Stawiam zresztą dolary przeciw orzechom, że znów nikt nie zostanie oskarżony o podpalenie budki milicjanta.

4.      A co jest ważne? Współczesna „polska kultura", jak to postrzega prof. Cieszewski – osiągnęła poziom najniższy z możliwych, jakiegoś „bantustanu”, ale przez większość Polaków jest postrzegana, jako „ich kultura”.

Jest to, że tak to nazwę umownie, „kultura poprawnej estetyki”.
Kultura „grzeczności”, „poprawności”, „radości”, a mówiąc wprost - balangi i braku konfliktu. W ramach tej kultury – nie ma szans wybić się na taką niepodległość, jaka jest śniona, jak zgaduję, przez tych młodych.
W takiej kulturze nie ma miejsca na Niepodległość. Bo Niepodległość – to ciągłe kłopoty. I konflikty z tymi, którym nasza niepodległość wadzi.

Czy Niepodległość jest ważna? Oto jest pytanie!
Ale skoro sto tysięcy młodych, ciągle więcej, przez cztery kolejne lata jedzie z całej Polski, to chyba tak?! Ale jaka?

5.      Niepodległość według standardów przedwojennych, kiedy mieliśmy naprawdę niepodległe państwo. „Nasi” przywódcy może nie byli idealni, ale reprezentowali elementarne zasady. Uczciwość i niezawisłość mentalna. Oraz „odrobina niezbędnej odwagi”.
Patrioci, którzy sami podejmują decyzję, sami „żeglują po morzu okoliczności”.
Podlegają wiatrom, muszą czasem halsem pod wiatr, czasem nawet muszą schronić się na jakiś czas do jakiegoś portu. Ponoszą też ryzyko utraty statku.
Ale mają swoją marszrutę: Niepodległość.
Ojcowie Założyciele Niepodległej. Po zatopieniu Nawy  pierwszej RP zbudowali drugą. : Piłsudski, Dmowski, Paderewski.
A Trzecia? Jakiś potworek. Upokarzający wolnego Polaka potworek. *
To poczucie upokorzenia jest kluczowe i - powszechne. Wpadamy w depresję, bo nas upokorzyli (tu nie ma albo-albo - to dotyczy WSZYSTKICH) i - albo bierzemy proszki i balangujemy dalej. Albo się otrząsamy z tego upokorzenia i podnosimy głowę. To jak, młodzi przyjaciele?

6.    Jak prawdziwą Niepodległość zdobyć? Warunki!
Nie ma żadnych tajemnych recept. Módl się i pracuj. Realizm, odwaga, konsekwencja. Mądrość polityczna. Dziś? Na wagę złota. A może nawet z jeszcze szlachetniejszego i rzadszego kruszcu. Jeśli to możliwe.
Pierwszy ruch Piłsudskiego po przyjeździe do Warszawy 10 listopada 1918? Proponują mu udział w Radzie Regencyjnej, stanowisko Naczelnika. Praktycznie wszystkie zaszczyty stoją przed nim otworem.
A on?
Dajcie mi tylko władzę nad wojskiem.

I tak - zdążył przez rok zbudować i wystawić jedną z najsilniejszych armii w Europie. Pod osłoną której zbudowano następnie niepodległe państwo. A musiał pogonić nie tylko wrogów, ale i szkodliwych głupców.

Porównajcie to z naiwnością (lub, jak kto woli, tchórzliwością lub wręcz zdradą) „strony solidarnościowej” w 1989 roku.

Wzięli stanowisko premiera. W jednych sprawach – alibi dla na poły – koniecznych, na poły – idiotycznych reform. W innych – figuranta, za plecami którego zbrodniarze wynosili papiery - hańbiące i wartościowe – w bezpieczne miejsca: do sejfów i do dołów.

7.      Co będzie dalej?
Mamy więc doświadczenia mądrej budowy Drugiej Niepodległej, która nie przetrwała Apokalipsy.
Mamy doświadczenia głupiej, tchórzliwej budowy Trzeciej. Która miała przynajmniej zapewniać ciepłą wodę w kranach i balangę z europejskim sznytem.
Budzimy się (?) w Niewyzwolonej do końca, tkwiącej w objęciach jakichś szemranych typów spod ciemnej, niewidocznej gwiazdy.
Zadłużonej na sumę niepewną. Od jednego do trzech bilionów złotych (A ten straszny zbrodniarz Gierek zadłużył nas na całe sto dwadzieścia miliardów!).
Co roku przechodzę podczas Marszu obok tego licznika. Rok temu było dużo mniej. Postęp jest.
Mamy młodzież odważną i pełną zapału. Wprawdzie nie ma może zbyt głębokiej formacji religijnej i politycznej, ale ma chyba dobrą intuicję. Zaczyna patrzeć na ten licznik, ile ma do spłacenia.
Czy już zaczyna myśleć, czy tylko krzyczy i klnie?  Wymaga wielkiej pracy. Nad jej formacją.


Ja już nie zdążę spłacić swoich długów (od dwudziestu kilku do osiemdziesięciu kilku tysięcy).

Co będzie?

--------------------------------
* Zacytujmy tu Janusza Śniadka (GPC 16-17 listopada), który cytuje prof. Zybertowicza:

"(System III RP), który w obecnej postaci nie jest godny naszej tradycji i nie jest godny Polaków".
Ten paskudny system - klatka budowany na gruncie wielopiętrowego klientelizmu, opiera się na paradoksach. Oto w państwie rządzonym przez partię utworzoną pod liberalnymi i wolnościowymi hasłami, w przestrzeni publicznej zbudowano klatkę.
"Klatkę nieformalnych powiązań pasożytujących na zasobach publicznych i na naszych normach kulturowych."
"Taką klatkę (...) może rozbić tylko wola polityczna sięgająca po środki państwa prawa, w tym instrumenty działania, jakimi dysponują tajne służby."
Koniec cytatu.

Właśnie Marsz Niepodleglości jest przykładem, jak trudne zadanie stoi przed sanatorem, gdy służby specjalne w sojuszu z mediami naszpikowanymi agentami wpływu, jak gęś, słoniną, prawdopodobnie sięgając po instrument policyjnej prowokacji, skupiają się na walce ze (względnie :) ) spokojnie demonstrującymi swoje przywiązanie do Niepodległości i hmm, dystans do władzy, młodymi ludźmi. Władzy, która jest emanacją "systemu klatki".

Sytuacja jest poważna na tyle, że potrzebny jest nie tylko dobry program politycznych reform, ale wręcz orde de bataille zwalczenia groźnych patologii, dla obrony których uwikłani politycy są zdolni posunąć się do metod nie mających wiele wspólnego z demokracją.

Oczywiście reformatorzy muszą swoje plany operacyjne "pierwszych stu dni" pisać w zaciszu. Ale muszą umieć gromadzić szerokie poparcie społeczne dla swoich działań, jako swoistą osłonę. Wiemy z doświadczenia nie tylko polskiego, że będą bezpardonowo atakowani od pierwszych godzin od przejęcia władzy.


czwartek, 31 października 2013

Obyś żył w ciekawych czasach, czyli poseł Wipler na celowniku oraz trzy teorie przyczyn tego wydarzenia, do wyboru

Pewniki przyjęte w tym tekście bez dowodu

Jest wigilia Wszystkich Świętych 2013. Zdjęcie opublikowane na wielu portalach i w Fakcie, przedstawia posła Wiplera w zakrwawionej, rozpiętej koszuli spod której widzimy poplamiony i pomięty podkoszulek. Z obdukcji lekarskiej podobno wynika, że ma nawet uszkodzoną rogówkę. To nie jest takie sobie pobicie. To pobicie z poważnym ubytkiem zdrowia.
Przez kogo? Czy to pobicie przez policję?

Że co?  Czekamy na wyniki śledztwa? Sza, dopóki nasze organa nie ustalą „prawdy”?

Ja nie czekam.
Na jesieni 1980 roku, na szkoleniu, prowadzonym przez szefową Komisji Interwencji Regionu Mazowsze Solidarności Zofię Romaszewską, usłyszałem mniej więcej takie zdanie.

„Jeśli policja kogoś pobije i ten zaczyna się skarżyć, NATYCHMIAST policja * oskarża go o pobicie funkcjonariusza(szy), co może skończyć się wieloletnim wyrokiem”.

Wydaje się, że niewiele się zmieniło.

Zmieniło się o tyle, że teraz policja bije i nie czeka na skargi. Natychmiast oskarża o pobicie – pobitego. Pamiętają jeszcze państwo film nakręcony komórką w 2011 roku, 11 listopada?
Pewien „agresywny” przechodzień pobił policjanta w cywilu. Użył do tego swojej głowy. Uderzał go głową niebezpiecznie w koniec buta, wylegując się na chodniku i nie patrząc policjantowi w oczy, bezczelnie zasłaniając się rękami. Nie wiemy, jakie obrażenia odniósł policjant. Może duży palec u nogi trochę go pobolewał?
Wróćmy jednak do sprawy pobicia posła Wiplera. Absurdalny wniosek, że pijany poseł pobił policjantów (dla zabawy?) – odrzucam. Nie mówiąc o rekordzie świata absurdu, że „skopał policjantkę”, jak napisał nieoceniony Fakt.

Odrzucam, zwłaszcza wiedząc trochę o formacji, charakterze i postępowaniu posła w sytuacjach trudnych. Ale o tym na końcu.
Odrzucam bez dowodu. Jak ktoś ma wątpliwości i czeka na dowody, nie zatrzymuję. Tutaj się to przyjmuje za pewnik i idzie się dalej.

Dlaczego poseł Wipler został tak brutalnie pobity?

To, że poseł odniósł obrażenia, widać na zdjęciach i na filmach. Pytanie – dlaczego?

Pierwsza, rozsądna teoria

Odrzucając teorie spiskowe – przez pomyłkę. Policja bije, ponieważ ma „monopol na przemoc”. Nie patrzy. Zresztą nieważne. Podobnie, jak w sprawie Katastrofy Smoleńskiej. N i e w a ż n e. Poseł miał pecha, był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym stanie. I dostało się posłowi. Zresztą, kto by się przejmował jakimś posłem, byłym pisiorem, który bierze duże pieniądze za swoją lekką pracę i szlaja się po nocnych klubach?

Pierwsza, też rozsądna, teoria spiskowa

Ale dlaczego ja mam odrzucać teorie spiskowe, skoro poważna stacja TV Republika, w osobie redaktorów Piotra Goćka i Łukasza Warzechy (ten sam Fakt **), jakieś teorie spiskowe snuje?
Ich teoria jest rozsądna.

Miała to być mianowicie operacja przykrywkowa, w związku z wrocławską aferą taśmową i ustawianiem wyborów między charyzmatycznym Schetyną a wiernym Protasiewiczem. Żeby ludziska mieli o czym gadać. Pobicie się posła z policją to lepszy news, niż jakieś rozmowy na cmenta… ups, w nieznanych miejscach. Cmentarz już spalony, jako strefa kontaktu.

W innych miejscach, ale tradycyjnie, w Regionie Dolnośląskim. Ten region naprawdę ma pecha!
A rozmowy na tematy abstrakcyjne. O miejscu w radzie nadzorczej.

Co to jest ta rada? Ja i tak się do tego nie nadaję, więc niech te posły tam sobie siedzą.
Też coś!

Nie, taka teoria jest dla mnie stanowczo za cienka.

Moja teoria spiskowa, przetestowana w moim kółku i przyjęta, jako prawdopodobna, więc ośmielam się ogłosić

A ja? Najpierw byłem oszołomiony i nic nie rozumiałem. To poseł, na którego głosowałem, ale który trochę mnie zawiódł. Brak mu cierpliwości. Młody i żądny sukcesów. Za szybko chciał iść na swoje.
W rezultacie – grozi mu wypadnięcie z Sejmu w następnej kadencji.
Po co go „rozprowadzać” i kompromitować? Taka akcja to przecież zaangażowanie dużych sił i środków, przygotowanie zaplecza medialnego, wersji wydarzeń– głównej i zapasowej, właściwych, prokuratorów i sędziów. Otwiera się front walki ze sforą wścibskich internautów. Pojawią się jakieś filmy kręcone komórkami, które nie będą się zgadzały z oficjalną wersją. A nawet z zapasową.

I co? Mało mają kłopotów? Jakaś obłędna ucieczka do przodu? Która może spowodować zwarcie szeregów skłóconej opozycji?
I nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie pewien tekst ***,  który rok temu, 12 –tego listopada 2012, rekomendowałem.

Jest tam opisana akcja posła Wiplera wraz z kolegami, podczas demonstracji 11 listopada 2012, który to poseł, dzięki stanowczej postawie, zapobiegł nieobliczalnym konsekwencjom ruszenia do ataku wozów bojowych policji w tłum demonstrantów.

„Prowokacja się nie udała”.  ****

Poseł Wipler zyskał uznanie i autorytet swoją odwagą, konsekwencją i zdecydowaniem. Interweniował zgodnie ze swoimi uprawnieniami i zrobił to skutecznie.
Zbliża się kolejne Święto Niepodległości. Władze nie lubią, kiedy obywatele obchodzą to święto po swojemu. Preferują orła z czekolady i żadne nieuzgodnione inicjatywy nie będą tolerowane.

Albo Front Jedności Narodu, albo kłopoty!

W tym roku próba prowokacji, próba wywołania zdarzeń, których nawet nie możemy sobie wyobrazić, może zostać powtórzona. Czyżby poseł Wipler został uznany, jako ten, który może znów jej przeszkodzić i należało go zawczasu wyeliminować z gry?

Będzie miał teraz swoje problemy. Ze zdrowiem, z prokuraturą, z parlamentalną komisją etyki. Będzie też o wiele mniej wiarygodny. Już nie – młody, energiczny, o czystych rękach. Ale człowiek zamieszany w bójkę z policją, pamiętany ze zdjęcia „w stroju niedbałem, w stanie wskazującym”.
Okres brylowania w mediach nowej gwiazdy się skończył. Zaczęło sie grillowanie delikwenta.
Odsłania się pewna metoda walki: 

                    "Najpierw napompować, potem zdetonować."

Czy ta prowokacja się udała, jeśli oczywiście miała miejsce? Bo przecież tego nie wiemy. To tylko teoria spiskowa, odrobinę bardziej śmiała, niż teoria panów G & W.
Czy poseł Wipler zostanie zdyscyplinowany, żeby za bardzo nie dokazywał? To przyszłość, która jest nieznana. Próba dzielności i próba mądrości. Jak będzie? To ciekawe, prawda?

„Obyś żył w ciekawych czasach”.
Przysłowie chińskie

Ach ci niesamowici Chińczycy!

--------------------------------------------------------------------------

tak w wypowiedzi pani Zofii – używała konsekwentnie określenia- „policja”

** Pan redaktor Warzecha, Fakt, fakt,  odciął się od swojej redakcji. Uff, minimum przyzwoitości.

*** Niestety dzisiaj (10.11.2014) film z interwencją posła Wiplera ... "nie istnieje". Nie wiem, czy nie istnieje, bo poseł Wipler już nie jest w PiSie, czy też z innych powodów.
Internet jest dynamicznym źródłem informacji. Orwell przewidywał, ze historia będzie korygowana, ale nie przypuszczał, że będzie to tak łatwe.

**** Zarekomendowałem ten tekst następującym komentarzem:
Ja byłem w drugim rzucie. 
Mamy tylko jedną zasługę: kiedy usłyszeliśmy przez tubę komunikat, że policja wzywa do ROZEJŚCIA się (ok 100 tys ludzi, otoczonych ze wszystkich stron przez kordony - legalna demonstracja!) najpierw ogarnął nas śmiech, potem, ktoś przy tubie wezwał nas do modlitwy. 

Odmawialiśmy różaniec, i modlitwę najbardziej dramatyczną : "Święty Boże..., od powietrza, głodu, ognia i wojny..."

Później dowiedziałem się, poseł Wipler przedarł się przez kordon z kimś (reporter z Radia Wnet) i wynegocjował z dowódcą oddziałów puszczenie Marszu dalej. A sytuacja był naprawdę trudna.

My też mieliśmy małego pietra, a przecież byliśmy dwieście metrów dalej (okolice hotelu Polonia, wylot Poznańskiej).

A co dopiero czoło pochodu, gdzie świstały gumowe kule i kłębił się gaz znany mi z lat osiemdziesiątych (zostały zapasy!)?

Ja uważam to za cud, że dowódca został przekonany i Marsz ruszył.

Prowokacja się nie udała.
Chwała posłowi Wiplerowi.


sobota, 21 września 2013

Szczęśliwy Paryż i Nieszczęsny Nowy Jork Cz II Nowy York

Moralitet Blue Jasmin

link do I części eseju

W najnowszym filmie Allen wziął się za temat poważniejszy, niż kostiumowy wodewil z fantastycznymi, sennymi przygodami. W Nowym Jorku Allen jest u siebie, zna realia, typy ludzkie i wie, co się dzieje nie tylko na sali bankietowej, w kabarecie, w salonie, ale też w kuchni i w sypialni. Ma inny nastrój, bardziej domowy, codzienny, nie tak szampański. 


Źródło zdjęcia

Zabawa się skończyła, trzeba wziąć się poważnie do pracy. Zamiast gadających figur woskowych, żywi ludzie, chociaż też z pretensjami do high society.

Bo Blue Jasmin, jeśli chodzi o nowojorskie realia, czerpie pełnymi garściami z doświadczeń „Paryża o Północy”. Może tylko, hmmm …, na przykład… mutatis mutandis, bez Warchola i „realistycznej fantastyki”. 

Ale opis artystycznych środków Allena, użytych w Jasmin, sobie daruję.  Kto oglądał „O północy w Paryżu” – będzie miał wyobrażenie o klimacie, w jakim porusza się Allen po swoim ukochanym Nowym Jorku. Po Nowym Jorku nie tyle bohemy, co warstwy bogatych snobów i klientów prestiżowych galerii i sklepów „Prêt-à-porter”. Żywych ludzi, zarabiających, mniej lub bardziej uczciwie, duże pieniądze.
Nowym Jorku, który jest kontrapunktem do innego miasta i innego środowiska. Do San Francisco, które Allen uczynił miejscem akcji środowiska przyziemnego, nieco prostackiego i szarego, pozbawionego stylu i „perspektyw”.

Zacytujmy jeszcze jeden  fragment recenzji – mojego „punktu oparcia”:


Ten przeskok z jednego krańca kontynentu na drugi postawi ją (Jasmin przyp.KR) ostatecznie w sytuacji bez wyjścia.
Szok, jakiego dozna - mentalny, estetyczny, kulturowy - pogrąży ją całkowicie, zepchnie w otchłań wariactwa. Okazuje się, że ktoś taki jak Jasmin nie może przejść, ot tak po prostu, z jednego świata do drugiego. Najmniej z przyczyn o charakterze materialnym. Człowiek o takiej osobowości jak Jasmin nie może żyć na dole, bo jest to niezgodne z jego naturą.
(…) film smutny jak na Woody Allena, ale nie „ciężki”. Współbrzmiący z aktualną sytuacją Ameryki i wielu Amerykanów, przenikliwy i przenikający gdzieś aż do trzewi.

Tutaj już nie będzie zgody. To opinia ciekawa, zdradzająca artystyczną wrażliwość na smak, styl, wspaniałomyślność, wręcz królewskie maniery high society NY.  Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wypowiadający ją człowiek delektował się podobnie (jak ja)  Paryżem o północy. I w deszczu.
Opinia budząca, im więcej o niej myślę, gdy po wyjściu z kina, powiedziałem sobie: „Za stary już jestem na takie emocje! Zapomieć!”, coraz większy sprzeciw.

Ja oglądałem ten film bez przyjemności. Ale nie bez emocji! Od początku z rosnącym smutkiem, który przeradzał się w bezradność, współczucie dla bohaterów zmieszanymi z obrzydzeniem. Na granicy rozpaczy.
Jednocześnie przyznawałem niechętnie, że reżyser jest mistrzem w portretowaniu piekielnego obrazu tego świata, którego brudu już chyba żaden deszcz nie zmyje, bo brud znajduje się nie na powierzchni, tylko gdzieś głębiej.

Czy Mistrz zostawia nam nadzieję? Bo rozpoznajemy tam przecież siebie.
Niezależnie, czy jesteśmy na dole, czy na górze.

Baaa.
Nie jestem nawet pewny, czy Mistrz relacjonuje obraz „Klasy Wyższej” z emfazą zachwyconego, jak jego recenzent - Szpak, obserwatora, który „trochę tylko” udramatyzował wątek „wysokiej natury” Jasmine, czy może PRZECIWNIE - z rozpaczą człowieka szukającego ratunku, bez nadziei na jego znalezienie?

Szpak ma rację co do jednego. Natura obdarzyła Jasmine smakiem artystycznym, wdziękiem, klasą i wyczuciem stylu. To poza dyskusją. Ale czy o tym JEST ten film?

Czy to sztafaż, czy istota?
Allen nie skonstruował postaci, (którą genialnie odegrała Cate Blanchett), jako pustej lalki, lubującej się w blichtrze otoczenia i pławiącej się w roli …hmm, na pewno nie muzy, bo wokół nie widać żadnych „wielkich” artystów, raczej w roli gospodyni salonów z ilustracji kolorowych tygodników.
Wygłaszane przez nią „kwestie światopoglądowe” są żywcem wyjęte z drukowanych przez kolorowe czasopisma wywiadów z celebrytami. Co dowodzi, że mentalnie nie jest intelektualistką, tylko ….z całym szacunkiem, typową gąską.
Jej siłą jest właśnie „ów”, zauważony przytomnie przez naszego recenzenta, „naturalny, wyższy styl”, który z kolei musiał zaimponować jej mężowi, nieprzeciętnemu spryciarzowi, ale dość przeciętnemu kabotynowi.
Siłą Jasmine jest to, co powyżej, sprzymierzone z bezwzględnością, egotyzmem i umiejętnością nie dostrzegania niewygodnych szczegółów.
Lepiej nie wiedzieć! Póki orkiestra gra!
Mnie się to kojarzy z niektórymi znanymi mi również osobiście (i nie tylko) ludźmi znad Wisły. Ale ani słowa więcej na ten temat. Sapienti sat.

Razem utworzyli stadło, które mogło przez jakiś czas egzystować w owej wymarzonej dla obojga high society, której członkowie byli w niej lepiej zakorzenieni, ale niewiele lepsi.
Nie wiem, jak Allen, ale ja tam na te przyjęcia i inne imprezy do Nowego Jorku się nie wybieram. Zdecydowanie wolę Paryż.
Ale wróćmy do wytwornych „przyjaciół” Jasmin. Nie tworzyli żadnych trwałych więzi i wszystko się skończyło na pierwszym, ostrym zakręcie. Cud, że tak długo trwało. Jasmin poleciała na dno i „przyjaciele” pokazali, jakimi są przyjaciółmi. Albo może, jaką Jasmin była dla nich przyjaciółką. Tego do końca nie wiemy, ale zgódźmy się, że – pół na pół. Wart Pac pałaca.
Jasmine, sierota, wychowanka w rodzinie zastępczej, musiała się wedrzeć do tej high society przebojem.
Nie wiemy jak, ale Allen podsuwa nam trop. Pokazuje, jak Jasmine, ponownie na dnie, próbuje się tam wedrzeć drugi raz. Recydywa zostaje tym razem ukarana natychmiast. Naturalne zalety, smak, wdzięk i styl wspomagane blefem, konfabulacją i prymitywnym kłamstwem.

Na jej tle jej „siostra” z rodziny zastępczej, posiadająca „gorsze geny” (uff, taki horror, jako konwersacyjny liczman rodzin zastępczych! Prawdziwe piekło XXI wieku!) i pozycję społeczną stosowną do tych „genów”, jawi nam się o wiele bardziej sympatycznie. Też manipuluje ludźmi, jest kobietą „łatwą” – w przeciwieństwie do naszej salonowej lwicy. Walczy o swoje z cynizmem. Też jest właściwie głupią gąską. Ale ma chyba więcej zdolności autorefleksji.
MYŚLI, nie tylko - REAGUJE i potrafi w porę cofnąć się z krawędzi.

A przede wszystkim ma o wiele więcej empatii, po prostu – ludzkich uczuć.
Chociażby – wobec swojej „siostry”. A to czasem wymaga charakteru. Poczucia, że są sprawy ważniejsze nawet niż osobisty interes, czy wygoda.

Tak, film jest przenikliwy, ale nie dlatego, że jego twórca stawia tezę, że „natura” Jasmin, (a więc coś naturalnego, stworzonego), nie może żyć  "na dole".

To nie "natura", tylko nadmierne ambicje, powierzchowność w ocenie ludzi i jednocześnie głębokie samozakłamanie, niszczący, krótkowzroczny egotyzm jest przyczyną klęski.

Tak, to moralitet, chociaż nie wiem, czy Allen tak go pomyślał. Opowieść - "Jak PRZEZ PYCHĘ zmarnowano niekłamane talenty". Kiedyś tytuły były mniej pretensjonalne, ale mówiły wprost, „co autor miał na myśli”. I każdy wiedział, czego się trzymać. :)

Jasmin niszczy nie tylko siebie, ale i bliskich. 
Jej relacja z synem jest chyba najbardziej "przenikająca". Stawia kropkę nad „i” w charakterystyce bohaterki.

Jedyni, których nie skrzywdziła, to ci ludzie „na dole”. Jej „siostra” z „gorszymi genami”, która zadawala się małym a pozostaje z nadzieją na większe. Na trwały związek, na miłość, na poczucie sensu, które może być kiedyś największą nagrodą.
Ludzie „z dołu”, też tarzający się nieraz w błocie. Oni paradoksalnie okazali się być mocniejsi od niej. W lepszym tego słowa znaczeniu.  Jakby impregnowani (prawie! Ale jednak) na niebezpieczne miazmaty, które przywiozła z tego ukochanego Nowego Jorku Allena.

Bo wyznają proste, ale nie prymitywne, z gruba ciosane i nieco pokręcone, ale nie - nic nie warte, zasady.
Wprawdzie rozstają się z Jasmin w świadomości (nieco mylącej) pozostania na dole i trochę zazdroszczą bohaterce. Ale instynktownie nie chcą już mieć z nią nic wspólnego.
I to jest ich zwycięstwo. W starciu z … Cyt. To ma być refleksja „ekumeniczna”.

Allen zrobił "przenikający gdzieś do trzewi" moralitet o katastrofalnych skutkach pychy zjadającej własny ogon.

Lekki film?
Na pewno nie....
Dla mnie, nie tyle smutny, co przerażający. A więc jednak ciężki.

Czy Allen ten poważny film konstruuje świadomie, czy też mu to tak „samo” wychodzi?
Czy „jest tylko transmisją”? Czy działa „na zimno”, z wyliczeniem artystycznych skutków i ideowych przesłań?

Wreszcie - czy Allen rozstrzygnął by nasz spór z panem Szpakiem?
Natura stworzona do życia „na górze”, czy wprost przeciwnie, zakłamana ambicjonerka, która zmarnowała talent i życie z powodu pychy i głupoty?
Pchając się na siłę do sfery, która oferuje blichtr, pozorne uczucia i złudne wrażenie bycia ważnym komuś naiwnemu, głupiutkiemu, ale…  miłemu, niepozbawionemu „klasy” z „natury”?
Dopóki jest miły i użyteczny?

Wiedząc „coś” o Allenie mam wątpliwości. Odpowiedział by pewnie, że nie jemu sądzić. Opowiedział fascynująca historię z ponurym zakończeniem. Nie oceniał. Transmisja zbiorowej świadomości zatłoczonej obezwładniającymi swym brzydkim zapachem realiami, ciekawa i poruszająca.
Ciężkostrawna uczta.
Wyjście z kina w ponurym nastroju. Trudno. Kino ambitne. W lepszym tego słowa znaczeniu.

Zmieniam „nieco” zdanie o Allenie.
Allen – to prawdziwy artysta. Nie pisze publicystycznego manifestu oskarżającego świat w okresie schyłku. Opowiada, co wie. Uczciwie. Nie wiem, co jest dla niego „moralnie obojętne”, co afirmuje, a co potępia. Co go przeraża. Liczy się jednak bogactwo, głębia i prawda obrazu.  To tylko jego dzieło. Jego dziecko. Mówi za siebie. On za nie odpowiada tylko do pewnego stopnia.

Obraz jest przerażający, ale nie odpychający i irytujący domorosłym psychologizowaniem. Mimo, (a może dzięki) zachwycającym, wystylizowanym, markowym i „kultowym” draperiom blichtru.
Nie oskarża bezlitośnie swoich bohaterów. Oddaje im tyle sprawiedliwości, ile może. Myli tropy i - myli swoich recenzentów.
Góra z dołem im się myli.


Ja też się mogę mylić. A Ty, co sądzisz, miły czytelniku?

poniedziałek, 16 września 2013

Szczęśliwy Paryż i Nieszczęsny Nowy Jork cz.I Paryż

czyli ten niesamowity Allen w podwójnej recenzji ze wstępem

Lepiej mi się pisze recenzję w opozycji do innej, stanowiącej coś w rodzaju „punktu oparcia” a właściwie „podparcia”. Dla profana.


Z podlinkowanej recenzji ...... zgadzam się z taką tezą:
Cate (Blanchette) wypadła rewelacyjnie. Bez niej filmu by nie było.
Ale nie mogę tak szybko.
Ten wpis nie będzie o Blue Jasmine. Kto niecierpliwy, proszę kliknąć na link do następnej części.

Już ją opublikowałem...

Allen „jako taki”

Allen nie był moim ulubionym reżyserem. A zaczynam go doceniać, chociaż mam mieszane uczucia.
Artystów dzielę na dobrych, bardzo dobrych i genialnych. Z jednej strony.
Oraz głupich i mądrych z drugiej.
Artysta mądry i genialny – to dopiero rzadkość! Raz na sto lat…

Allen jest błyskotliwy, ma wyborny smak z dawnych lat. Nawet, kiedy jedzie po bandzie gołym tyłkiem na współczesną modłę, daje poznać, że „jest ponadto” z taktem zakonnika, który wpadł przez okno do domu hmmm… pod czerwoną latarnią (Patrz „Jej wysokość Afrodyta”).
Inteligentny i uczciwy … przynajmniej do pewnego stopnia.
Ale czy mądry? Całkiem głupi to on nie jest. Będę dalej śledził i dam znać.


Paryż, zwłaszcza nocny, to sceneria, nie wymagająca charakteryzacji, tylko dobrego operatora, który nie zepsuje nastroju i nie zniechęci widza do natychmiastowego przyjazdu. A tu - operator potrafi jeszcze zrobić zachwycające zdjęcia deszczu. Tego deszczu, który zdaje się zmywać cały brud tego świata. Deszczu, który dodaje paryskim ulicom blasku, jakim promieniują miejsca ucieczki od szarzyzny.

Pomysł, gdzie spędzić weekend.  
Już lecę! Tylko drobiazg, muszę nakłonić żonę. Ona woli gdzieś bliżej. Póki co, będę kontynuował wysiłki i pokazywał żonie mokre ulice „O północy w Paryżu”. Inni mają łatwiej. Nie powiedziałem, że lepiej! Jestem mężczyzną ambitnym. Tak jak Allen.

O, mam! Właśnie tym on teraz mnie przekonuje. Ambicją, "dobrym" snobizmem i smakiem!

Ten film - to seria inscenizacyjnych fajerwerków, która nie przestaje bawić, ale nie tylko. Bawi garścią szczegółów topograficznych, biograficznych i historycznych, nie stroniąc od pikantnych plotek. 

Nie tylko bawi.
Dowartościowuje widza, dając mu poczucie snobistycznego (to nic złego, odrobina snobizmu!) obcowania z „prawdziwą sztuką”. Z aforyzmami i bon motami malarzy, pisarzy i krytyków. 
Źródło zdjęcia
No i, last but not least, snobizm karmiony okolicznością, że w wycieczce po Paryżu nawet prezydentowa Francji znajduje dla nas czas. Prywatnie!

W końcu - pointa. Niegłupia. Wynika bowiem z kilku liczmanów mądrości: korzenie, ciągłość, talent jako zadanie, samotność drogi. Bohater – młody pisarz wybiera własną drogę i własny świat. Odrzuca nie mającą żadnej przyszłości miłość Muzy Geniuszy.
Widzi, albo tylko wyczuwa, wyższość samotnego wysiłku tworzenia - nad życiem światłem odbitym, w snobistycznej otoczce geniuszu.

Pointa krzepiąca objawami otrzeźwienia. Coś w rodzaju wietrzenia pomieszczenia po nocnej libacji. Ratuje to dobre wspomnienie po imprezie. Pozostawiając wrażenie dobrej zabawy, do którego wracamy wspomnieniami w „normalnym życiu”.
Pozostając na „poprawinach” zamiast poprawienia ryzykujemy tylko smak „ciepłej wódki” i ból głowy. Jeśli nie coś gorszego. O wiele gorszego. Staczanie się.

To jest dla mnie wyróżnik prawdziwej sztuki: obcowanie z pięknem, przezwyciężanie miałkości i – właśnie – element oprzytomnienia po najlepszej nawet zabawie. Coś, jakby początek, a może (nieświadoma?) aluzja albo tęsknota do nawrócenia.

Allen igra gatunkami. Wyszedł mu na poły kostiumowy wodewil, a trochę Powrót Do Przyszłości z dorożką, zamiast bolidu, jako wehikułem czasu.  Z niedomówionym happy-endem i kolorowym puzzlem z motywem ulicy Paryża, do samodzielnego odtworzenia morału.
Kasowi, prestiżowi bohaterzy: „Nieśmiertelni”, „kultowi” impresjoniści, uzupełnieni o kubistów i surrealistów oraz lewicujący, genialni, albo dobrze się zapowiadający, przeszli i teraźniejsi  "Amerykanie (i Hiszpanie) w Paryżu". Hemingway, Bunuel, Dali. No i ...nasz bohater, Gil, grany z wdziękiem przez Owena Wilsona (znany też, jako dobry opryszek z Kowboja z Szanghaju). To porta voce Allena, kiedy był piękny i młody.
Ciekawe, że portavoce jest pisarzem, nie filmowcem. 
Czy to tylko kamuflaż?
Czy też delikatny sygnał związany z przekonaniem Allena o "wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia"? No i klucz do potraktowania "obcesowo" Bunuela?
Bo gdzieś wyczytałem, że zagrał nieczysto z Bunuelem, robiąc z niego tępaka. Też coś! Bunuela żałować? Tego gigantycznego impertynenta i obrazoburcę? Dobrze mu tak! Nie wiem, czy to hejterstwo, czy tylko niewinny żart i guzik mnie to obchodzi. Brawo Allen!

Pisarz! To jest prestiż?

Mniejsza z tym.
Wszyscy oni razem - malarze, pisarze i filmowcy, cała ta snobistyczna, utalentowana, balangująca i zawzięcie dyskutująca, czasem genialna bohema - stanowią razem zbiorowy symbol światowej stolicy nowoczesnej sztuki. Kiedy tą stolicą była

Bo Amerykanin w Paryżu dzisiaj – to nie tańczący po stołach i kanapach artysta, poszukujący szkoły, inspiracji i promocji. To już tylko ambitny turysta idący po marszrucie „klasycznej awangardy” ubiegłego wieku opisanej w przewodniku Michelina.

I Allen spoza kadru jest ciekawym przewodnikiem tych amerykańskich turystów. Zaludnia scenę znakomitościami, jakby zeszły z pomnika. 

Wprawia ich w ruch, korzystając bedekerowej wiedzy o ich życiu. Taka wakacyjna zabawa z żywymi figurami woskowymi. Inteligentna, pomysłowa i dowcipna. 

Nie wiem tylko czy to dobór cytatów ze znanych pisarzy, malarzy i reżyserów, czy artystyczne credo Allena? 
I czy są dobierane według ich błyskotliwej formy czy według zastanawiającej, skrótowej celności?

Trzeba by było to sprawdzić. Ale czy warto? Może ktoś wie?

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pomyłka Grzegorza W.

Szanowni Państwo,

W artykule Grzegorza Wierzchołowskiego „Smoleńskie instrukcje Platformy”  zamieszczonego w Gazecie Polskiej nr 35 na stronie 10 –tej znalazł się passus:

„Ani słowa o tym, że dokument o zabraniu na pokład dowódców opatrzył specjalną adnotacją ówczesny minister obrony z PO Bogdan Zdrojewski (Zgoda. Zwłaszcza, że ja też tam się wybieram” – napisał na dokumencie Zdrojewski, który jednak ostatecznie zrezygnował ze wspólnego lotu z generałami i nie wybrał się 10 kwietnia 2010 r. do Smoleńska)."

Zważywszy, że artykuł napisał nie jakiś dziennikarz z łapanki ale „specjalista” od Katastrofy, pomyłka jest wyjątkowo znacząca.
Wiadomo, że Bogdan Zdrojewski nigdy nie był ministrem obrony, mimo, że znajdował się w legendarnym gabinecie cieni jako kandydat na to stanowisko.

Na jego miejsce PO wzięła (a jak twierdzi Stanisław Michalkiewicz – odczytała z kartki wręczonej jej przez „siły wyższe”) osobę z „wyjątkowymi” kwalifikacjami Bogdana „Katastrofę” Klicha, którego później, już po katastrofie, krakowianie wybrali na senatora, robiąc z Krakowa nie stolicę kraju, jak to się zarzekał śpiewak – autorytet, tylko stolicę światowego absurdu.

Bogdan „Katastrofa” Klich ma wyjątkowe zasługi w rozbrajaniu III RP. Jedną z metod było wyginięcie w dwóch katastrofach (Mierosławiec i Smoleńsk) całej kadry wysokiego dowództwa wojskowego.

Taki człowiek powinien sobie palnąć w łeb. Ale nic to by nie dało, bo przez miedziane czoło nawet kula z Waltera by nie przeleciała.
Dlatego dalej reprezentuje naród, a dziennikarz GP o nim zapomniał. Wstawiając w to miejsce Bogu ducha winnego imiennika, chyba najporządniejszego z tej platformerskiej czeredy.

Jako człowiek cierpiący na paranoję bezobjawową i wyznający wszystkie najbardziej absurdalne teorie spiskowe, według zasady, że „nie ma przypadków, są tylko znaki”, zastanawiam się, jaki to znak?

Czyżby jakieś tajemne siły zagnieździły się w drukarni GP w ramach akcji osłonowej wybitnego psychiatry, specjalisty od strategii międzynarodowej, zasłużonego ministra i cenionego senatora królewskiego miasta Krakowa? 
Bronią jego dobrego imienia i podsuwają imiennika, który zasługuje najwyżej na tekę kultury?
Czy też Grzegorz W. został zmuszony groźbą natychmiastowego samobójstwa do popełnienia tej haniebnej, ale w końcu „nic nie znaczącej” podwójnej „pomyłki”?

Mam jeszcze jedno pytanie:
Czy jest możliwe, żeby specjalista od Katastrofy Smoleńskiej mógł pomylić Pana „Katastrofę” z Panem „Kulturą z Wrocławia”, nawet, jeśli przypadkowo noszą to samo imię?
W głowie się nie mieści….

Ten list traktuję jako otwarty i umieszczam na swoim blogu.

A tę pomyłkę powinniście sprostować na pierwszej stronie. Inaczej z wami nie gadam.

Krzysztof Rumiński



czwartek, 1 sierpnia 2013

Sztuka awangardowa w służbie Mitu

Przedmowa
Przypomniał mi się mój felieton sprzed dwóch lat, kiedy starałem się być dobrej myśli.
Jednym z optymistycznie zapowiadających się zdarzeń była wówczas zbliżająca się walka Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką.
Nadzieje okazały się płonne, Adamek, mimo dzielnej postawy, dostał tęgie lanie i musiał uznać przed czasem wyższość Ukraińca - dżentelmena wśród bokserów. Ale to był drobny szczegół.
W międzyczasie na kierunku ukraińskim zanotowaliśmy „proces pojednania”. My im – „znamionami ludobójstwa.”  Oni nam - w zaparte! – bohaterską UPA i weryfikacją polskich pomników we Lwowie. Pojednanie po słowiańsku. Rozłożone na długie lata. Końca nie widać.
Ktoś mówił o końcu historii i zdobył sławę światową. Jak się nazywał? Nieważne. Przestarzała historia, której koniec nie został zauważony.
Ale to na marginesie.
Sytuacja rozwija się w dwóch kierunkach. Zgodnie z ewangelicznym:

Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska. (Rz 5, 20).

Nie upadajmy więc na duchu, bo niektórzy wprawdzie upadają coraz niżej, sytuacja staje się coraz trudniejsza ale jednocześnie są i powody do optymizmu.
Pomedytujmy chwilę nad moim starym tekstem okolicznościowym. Czy daje, mimo wszystko, powody do optymizmu? Czy całkiem utracił na aktualności?
Moim zdaniem – NIC nie stracił. Co nie zmienia faktu, że go zupełnie przeredagowałem. Historia mojego rozwoju twórczego też nie ma końca.
Dodam dodatkowo parę aktualnych pytań.

Proszę wypełnić ankietę i przesłać na wiadomy adres...

Na Rocznicę Powstania Warszawskiego - dzisiaj - 1 sierpnia szczęśliwego 2013 roku :)




                               Hrabiemu dedykuję :)


Stało się w III Rzeczypospolitej świecką tradycją, że każda kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest świętowana przez tysiące Polaków przy akompaniamencie klangoru „rozsądnych”.

Którzy uparli się urządzać kocią muzykę. Udają, że to tylko rzeczowe wypowiedzi krytyczne, że ich przewidywalne, jak zeszłoroczna gazeta elukubracje, to patriotyczny obowiązek ratowania Polaków z oparów kombatanctwa i oszołomskich uniesień. Że najważniejszą sprawą jest wychowanie ich na „rozsądnych Europejczyków”. I że obrzydzenie świętowania Powstania jest gwarancją odnoszenia odtąd samych sukcesów.

(Już ucichli? Wrócimy do tego dalej... przyp. 1.8.2013)

Palą się, żeby ekshumować ciało generała Niedźwiadka, ożywić i postawić pod ścianą. Nie mają czasu zabiegać w Moskwie, żeby go przynajmniej zrehabilitowała i uwolniła od zarzutu kolaboracji z „faszystami”.
Nie chce mi się z nimi gadać….
Napiszę coś o pamiętnym, wspaniałym spektaklu „Awantura warszawska”. Muzeum Powstania Warszawskiego, 2 sierpnia 2011, godzina 20.00. Jeszcze jest na afiszu. Polecam!

(Dzisiaj już Muzeum pod innym zarządem. Jak sobie radzi? Cud to, czy niespodziewany brak złych wiadomości, ale coś robią! Teraz nakręcili film fabularny o Powstaniu. Strach się bać. Więc ufajmy! przyp.1.8.2013)

W awangardowej stylistyce, tworzącej przejmujący skrót, jakby zagęszczone przez jakiegoś demiurga czas i przestrzeń, twórcy widowiska ukazali szaleństwo piekielnych mocy, w objęciach których znalazło się Państwo Polskie pod koniec wojny, kiedy przyszli zwycięzcy już urządzali świat.

Zdumiewające odkrycie, że zebrane i dramatycznie skonfrontowane depesze dyplomatyczne, zagrane, jako emocjonalny spór polityczny, prowadzony w warunkach okrutnej i krwawej wojny, mogą utworzyć pasjonujące i przejmujące do szpiku kości widowisko.

Na sześciu scenach ustawionych wśród „gapiów” z miasta Warszawy, depesze ożyły i zawiązały nieśmiertelną tragedię, z idącym na śmierć tragicznym chórem z dymiących ruin Warszawy.

Grecką Tragedię. Tyle, że prawdziwą, słowo w słowo. 

Postaci porozumiewały się wówczas nie satelitarnymi telefonami, tylko dalekopisowymi, zaszyfrowanymi depeszami.

Depesze budujące rysunek postaci. Dialogi lepsze od tych opracowywanych przez szkolonych na kursach dla scenarzystów z Holywood.

Interesowność i kunktatorstwo jednych, rozpacz i bezradność drugich, zbrodnicza bezwzględność, żądza władzy i podbojów - jeszcze innych.

Ludzie toczący wojnę. Z tamtej epoki. Ale jakże znajomi. Dbający o swoje, kosztem już niepotrzebnych, kłopotliwych sojuszników. Przemawiający własnym głosem wielcy tego świata.

Ludzie mali i krótkowzroczni, jak „wielki kaleka” Roosevelt.

Ludzie z klasą, jak Churchill, w cieniu sojusznika wielkiego. Ze słodko-gorzkim poczuciem bezpieczeństwa, znajdujący czas, by okazywać resztki lojalności wobec sojusznika małego,

Ludzie bezwzględni, okrutni i bezduszni. Piekłowszczyki, jak Stalin, z leżaka kibicujący wykonywanej za nich brudnej, solidnej, niemieckiej robocie w Warszawie.

I wreszcie ludzie, których sytuacja przerosła. Tragiczni i zrozpaczeni swą bezradnością, jak Mikołajczyk i Sosnkowski. Osieroceni już od roku przez Sikorskiego. Wraz z nim przepadły „polityczne papiery wartościowe”, które żmudnie zbierał u wszystkich wielkich. Być może, właśnie te „papiery” stały się jego wyrokiem. Czy ta sytuacja niczego nam nie przypomina z najnowszej historii, której końca nie widać?

Niepowstrzymany pochód losu.

Mający ważniejsze sprawy sojusznicy i odzyskujący pewność siebie, wracający z dalekiej podróży, okupionej wieloma milionami ofiar, wiarołomni agresorzy, wspólnie, w porozumieniu, zadecydowali o nas, bez nas.

Polscy przywódcy nie byli gigantami na miarę czasu. Byli to zwykli, Wolni Polacy. Zabiegali, jak umieli, o niepodległość swojego kraju. 
Bez charyzmatycznego, Naczelnego Wodza. Bez pomocy sojuszników, nie mających głowy do użerania się z bezwzględnym satrapą o kraj leżący po niewłaściwej stronie Łaby.

Odcięci od niego w dalekim Londynie, mogli tylko bezsilnie, z rozpaczą, patrzeć na zagładę jego stolicy.

Ta skondensowana, dokumentalna forma, bez żadnego odautorskiego komentarza, być może utrudniała odbiór mniej zaznajomionym z detalem historycznym. Dla mnie sprawdziła się w stu procentach. 

Niechętny awangardzie, odkryłem, że sztuka – to nie kwestia formy. To kwestia prawdy i miłości.

Epilog

To było dwa lata temu.

Co słychać?

To samo. Karawana Narodowa.

Nasi nieszczęśni przywódcy…

Mamy ich potępiać? Mamy się ustawiać w roli ich sędziów?
Czy, żeby mieć „właściwą” postawę patriotyczną i wymagać elementarnej przyzwoitości w polityce trzeba przedtem koniecznie zohydzić Powstanie wzorem komunistycznych propagandzistów i ich duchowych dzieci z Najlepszej Gazety Dla Polaków?

Ujadające psy...

Cały rok balangują i uprawiają porubstwo. Albo żyją, jak Pan Bóg przykazał. W swoim mniemaniu. Według dwóch, trzech, no - max pięciu przykazań. Według gustu.

Głupota jest uniwersalna i plenna, jak chwast. 

Gdzie przykazań brak dziesięciu… *

A pies? **
Pies unika, jak ognia, tablic pamiątkowych, pomników i włazów do kanałów.
Nie tylko wrogowie. Rosną nowe, i prawicowe i lewicowe i liberalne i bezideowe – ale zawsze głupie - kadry.

Humanistów, historyków i komediantów, pismaków i rechocących kabareciarzy. I innych ałtorytetów moralnych. Dochodzą do Obłędu '13.

Uaktywniają się zawsze w Święto. 1 sierpnia!


We wspólnym froncie z komuchami, wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi – sponiewieranego, ale ciągle niebezpiecznego Narodu.
Odczepią się od nas, jak będziemy cisi, sprytni i liczni, jak Czesi. 
Nie możemy się zapatrzyć na Węgrów. Są za bezczelnie niezależni i dumni.

Na razie jest nas jednak ciągle, mimo tych hekatomb - ponad trzydzieści milionów. To stanowczo za dużo. 

Cóż robić? W tym niepokornym narodzie pełno zawsze było nawiedzonych krytykantów i odbrązowiaczy – pożytecznych idiotów i przemądrzałych wodzów – uzurpatorów, autorów zwycięstw przegranych głupio wojen. Co to tylko urodzili się pechowo – za późno.

Ale jest i zdrowa reakcja. 

Naród ujawnia swoje głębokie pokłady przeciwciał przed tym grupowym obłędem. Rozsądek.

Przecież nie tak znowu trudno odróżnić potępieńczych sporów o polityczną ocenę decyzji o Powstaniu od bezprzykładnego Czynu Powstańczego, którego mitu żadna ludzka siła nie umniejszy ani nie powstrzyma!

Mit ten jest bowiem już nieśmiertelny.

I …
ani podstarzały aktor na K. lubiący wina
ani żaden dobrze się zapowiadający historyk na Z.
ani żaden nawrócony na polityczny rozsądek młody, ciągle dobrze zapowiadający się pisarz na T., specjalista od biegania między kroplami deszczu,

… go nie zabije!

--------------------------

To tylko ładny tytuł polskiego kryminału. Joe Alex. 1968. PRL. Paradoks.

** Skecz wszechczasów - przedwojenny 1926, Konrad Tom, nie żaden Dudek! Dudek go tylko spopularyzował po wojnie w latach sześćdziesiątych, za co mu chwała.