piątek, 1 czerwca 2012

Prawda HOMA


Po opublikowaniu wywiadu udzielonemu Naszemu Dziennikowi przez dr inż. Wacława Berczyńskiego, konstruktora Działu Wojskowo-Kosmicznego Boeinga.

 Dr Berczyński podał swoje argumenty za całkowitym odrzuceniem przyczyn katastrofy podanych przez MAK i Komisję Millera. Kluczowym fragmentem wywiadu był jednak dla mnie następujący:
(wszystkie podkreślenia we wszystkich cytatach: KR)
Zobaczyłem prezentację prof. Wiesława Biniendy i postanowiłem się z nim skontaktować, ponieważ robiłem podobne rzeczy w mojej pracy. Różnica jest taka, że on wykorzystuje metodę elementów skończonych do obliczeń dynamicznych, a ja statycznych. Napisałem do niego, żeby udzielić mu poparcia. Zgodnie z moją wiedzą, jego symulacja nie zawiera żadnych braków i ja bym to zrobił podobnie. Jego wyniki są zgodne z moim doświadczeniem. Pozwoliłem mu się na mnie powoływać.

To „pozanaukowy” komponent sytuacji. A może wcale nie? Żeby głosić prawdę o Smoleńsku, trzeba mieć odwagę. To chyba oczywiste. Nie tylko „generałowie giną w czasie pokoju”. I odważni ludzie potrzebują wsparcia, aby nie utracić ducha.


To stanowisko odwrotne do tego, jakie zajął Janusz Korwin – Mikke, polityk, w którym wiele lat pokładałem nadzieję. Oto ono:
Otóż: ja protestuję przeciwko wymachiwaniu takimi oświadczeniami – z liczbą podpisów na początku! To na milę pachnie demokracją, albo czymś jeszcze gorszym!”

Nie chcę się nawet domyślać, z czym się ta akcja w obronie prawdy, kojarzy panu Januszowi. Wprawdzie jemu chodziło o prawdę o Wałęsie i list w tej sprawie kilkuset ludzi, „znakomitości”. Uważa on, że prawdy nie można „głosować” i liczba zwolenników  jakiejś tezy nie świadczy o jej prawdziwości.
No tak. To prawda. Ale czy opowiadanie się za prawdą, która jest wypierana, zaszczuwana i zafałszowywana, to działanie w imię demokracji, czy w imię tradycyjnych zasad ? W imię solidarności z jej w różny sposób dyskryminowanymi wyznawcami? Jednym słowem, czy pan Janusz zapomniał już, że oprócz roztropności potrzebne jest jeszcze męstwo, to deficytowe i kruche dobro? Mało mamy przypadków, gdy ludzie niezależni i odważni stali się igraszką w rękach piekielnych mocy?

Jak częste jest męstwo Krzysztofa Wyszkowskiego, który ryzykuje całym majątkiem, aby głosić prawdę? Po co się za nim ujmować?
To się źle kojarzy.
Tak się składa, że pan Janusz Korwin Mikke jest również przeciwko tezie o zamachu smoleńskim. Robi to samotnie. Tylko przypadkowo robi to wraz z Tomaszem Hypkim, Janem Osieckim, Jerzym Millerem i Tatianą Anodiną. Ale to nie ma nic do rzeczy. Amicus Plato sed magis amica veritas, to jest zapewne dewiza pana Janusza.
Ale teza o zamachu smoleńskim, teza całej tej zgrai oszołomów, dzień po dniu, zyskuje nowych zwolenników. To TEŻ nie ma nic do rzeczy.
Będziemy prawdopodobnie mieli taką sytuację:
pan Janusz, który uważa, jak Tomasz Hypki
pan Jarosław Gowin, który uważa, że prawdopodobnie w tej sprawie nic się nie da wyjaśnić, prawdopodobnie dodając w myśli „i chwała Bogu”,
i rosnąca w siłę „sekta smoleńska”.

Aż mury kłamstwa i zbrodni runą.
Zostawmy już pana Janusza, któremu mylą się pojęcia, zasady i wszystko mu się kojarzy, jak pewnemu rekrutowi. Polityk ten, w imię „wyrazistości”, czy pokręconego rozumienia „zasad”, wszystko jedno, stacza się na pozycję błazna. Nadzieję w nim pokładaną, straciłem. Wielka szkoda. Bo sytuacja jest trudna. Nadzieja, po ludzku sądząc, odległa. Ale przecież nadzieja to nie ludzka, ale boska cnota.
Sytuację można już, bez żadnych wahań, skomentować 150 –cioma słowami w ośmiu punktach anonimowego komentatora portalu wPolityce.pl, właśnie pod notką o wywiadzie:

1)       Prawda gorzka i niezwykle trudna do przyjęcia, bo jesteśmy w sytuacji, w jakiej chyba nigdy nie byli nawet nasi przodkowie.
2)      Oficjalnie jesteśmy niepodległym i suwerennym państwem.
3)      A tu prezydent, cały sztab generalny, elita państwa ginie na skutek wybuchu bomby w samolocie, lecąc z zamiarem uczczenia okrutnie pomordowanej elity (w liczbie ok. 22 tysięcy osób) 70 lat wcześniej.
4)      Rząd tego formalnie suwerennego państwa, media i nowe elity przyjmują prymitywna, kłamliwą, nieprawdopodobną, przeczącą zdrowemu rozsądkowi wersję wypadku, współdziałając w zacieraniu śladów.
5)      Większość polskich obywateli schowała głowę w piasek i nie chce jej wyciągnąć mimo coraz                         mocniejszego kopania w tylną część ciała.
6)      Przedstawiciele mocarstw i międzynarodowych organizacji milczą i udają, że wszystko jest w                       porządku, nie chcąc psuć różnych szemranych interesów.
7)       To jest świat i Polska Anno Domini 2010-2012.
8)      Myślę, że ciągle nie doceniamy grozy sytuacji, w jakiej żyjemy i całkowitego moralnego upadku.

Tekst po prostu przekleiłem, dodałem akapity i ponumerowałem. Żadnych błędów stylistycznych. Nie wymagał żadnej redakcji, wyrąbane 150 słów. Z mistrzowskiej lakoniczności i stylu tego komentarza przebija klasa i profesjonalizm. Ten mistrz pisze anonimowo. Nie podpisuje żadnych apeli.
No cóż. Jeszcze jedna gorzka prawda: Wiemy (my, wolni Polacy, z wyjątkiem pana Janusza i paru rozsądniaków z tego blogowiska), jaka jest prawda. Ale lepiej jeszcze być ostrożnym w jej głoszeniu z otwartą przyłbicą.
Na razie bezpieczniej i może bardziej opłacalnie jest głosić prawdę HOMA (Hypkiego - Osieckiego – Millera – Anodiny)

sobota, 5 maja 2012

Historia Leszka. Na przełomie epok

albo ... Manipulacja czyli zwycięstwo prowokacji


5 Prawy się brzydzi słowem przewrotnym, 
źle i haniebnie czyni występny. 
6 Prawość strzeże dróg niewinnego - 
a grzeszników powala nieprawość.
….
16 Roztropny czyni wszystko z rozwagą, 
a dureń ujawnia głupotę. 
17 Poseł nikczemny wtrąca w niedolę, 
wierny posłaniec - lekarstwem. 
Księga Przysłów             
Palił. Telewizja pokazała
Był pogodny, zwycięski wrzesień 1980 roku, tuż po podpisaniu Porozumień Gdańskich. Leszek oglądał Dziennik Telewizyjny.

Nagranie było kiepskiej jakości i niektóre słowa brzmiały niewyraźnie. „Telewizja pokazała” - puściła krótki wycinek telefonicznej wypowiedzi Jacka Kuronia dla jakiejś rozgłośni zagranicznej. Prawdopodobnie z ubeckiego podsłuchu jego domowego telefonu. Można było zrozumieć, że mówi:
- Nie palmy komitetów, tylko zakładajmy własne.

To było odwołanie do wydarzeń z roku 1970, kiedy robotnicy faktycznie spalili parę wojewódzkich komitetów PZPR. Leszek pamiętał to doskonale.

Delegacja służbowa, Bydgoszcz, Hotel Miejski, grudzień 1970

W grudniu 1970 był w Bydgoszczy. W jednej ze swoich pierwszych delegacji służbowych. Jako młody inżynier - konstruktor, nadzorujący budowę prototypu wojskowej przyczepy samochodowej - podwozia piekarni polowej w Bydgoskich Zakładach Maszyn Piekarniczych. Pierwsze odpowiedzialne, samodzielne zadanie. Pierwsza satysfakcja z kierowania inżynierskim przedsięwzięciem.
„Ekspert z Warszawy”, przedstawiciel biura konstrukcyjnego. Jeden z tych, których podpis widnieje na nieco przybrudzonych teraz, fioletowych odbitkach konstrukcyjnych rysunków, rozłożonych na hali montażowej. Do których z całym szacunkiem zaglądają bydgoscy montażyści i kontrolerzy nadzorujący budowę prototypu.  Starsi od niego i doświadczeni inżynierowie na stanowiskach kierowniczych pytają o opinię i proszą o rozwiązanie pojawiających się problemów.
Wszystko to działo się w dniach, kiedy z Gdańska dochodziły głuche wieści. Coś się czuło w powietrzu, ale na hali nikt o tym nie mówił. Oni nie znali jego a on ich.
Rozwiązywał problemy. Wskazywał na błędy wykonania części, na złe bazy pomiarowe, wymiary i  tolerancje. Robił swoje. Gadki o polityce w obcym otoczeniu? Nie ma głupich.
Są takie chwile, kiedy wszyscy myślą o tym samym, ale nikt nie porusza tematu, który wisi w powietrzu.
A dzisiaj?

Rozpolitykowany Ośrodek Podstaw Konstrukcji, „sztabowy” ośrodek Resortu Przemysłu Maszynowego, wrzesień 1980

Leszek słuchał głosu spikera i głosu oburzonych komentatorów. Spiker mówił rzeczy coraz bardziej bulwersujące, ale myśli biegły dalej swoim nurtem. Kilka dni temu, jeszcze w sierpniu, wówczas, gdy Człowiek z Wielkim Długopisem był tylko zwykłym podżegaczem, elementem antysocjalistycznym i jak tam ich nazywali, kolega Leszka z Ośrodka ostrzegał:

- Uważaj, teraz ubecja ma taką dyrektywę, żeby się przyczaić i tylko notować, co kto powie. Za tych szczególnie się wyróżniających wezmą się, jak wszystko się przewali.

Mimo to, w Ośrodku, między kolegami, rozmowy raczej niezwiązane z pracą, lecz z tym, czym wszyscy żyli, ciągnęły się czasem cały dzień. W Zakładzie Metod Inżynierskich wymieniano się wiadomościami. 

Kierowniczka, kandydatka partii, traktująca zresztą swoje kandydowanie czysto pragmatycznie, przynosiła od dawna do Ośrodka Biuletyn KORu i dawała do poczytania osobom zaufanym. Bezpartyjny Leszek, jej zastępca i dobry znajomy, znajdował się wśród nich i dostawał biuletyn na jeden wieczór. Ktoś przyniósł Robotnika, gdzie opisano sytuację w Ursusie, ktoś inny słyszał w Wolnej Europie, jak podano adres i telefon punktu konsultacyjnego przy Bednarskiej, dla chętnych do zakładania komórek wolnych związków zawodowych.

Władze też miały swoją robotę. I sekretarz, „Główny Specjalista”, inżynier Pogoniony odczytał na Sali konferencyjnej, bez żadnego komentarza, słynne oświadczenie KC o antysocjalistycznych elementach, wichrzycielach, którzy próbują podłączyć się do słusznego robotniczego protestu i wykorzystać go politycznie.

Nikt się nie odezwał. Zgromadzeni w milczeniu rozeszli się do swoich miejsc pracy. Rada kolegi wydawała się rozsądna. Ludzie dzielili się na rozsądnych, którzy ciągle pracowali i głupich, którzy wyrwali się z czymś bez sensu i dawno już ich nie było.

Tenże Ośrodek i Stadion Dziesięciolecia w Warszawie, czerwiec 1976

Wiadomo, co się działo w czerwcu 1976. Traf chciał, że w dniu, w którym nastąpił wybuch protestu robotników w Zakładach Mechanicznych „Ursus”, do Ursusa zwołana została narada dyrektorów wszystkich „sztabowych” Ośrodków Resortu.
Delegacja Ośrodka Leszka składała się z inż. Grępały, Dyrektora „Naukowego”, partyjnego i ustosunkowanego pragmatyka, mgr inż. Malinowskiego, „Głównego Specjalisty” i I sekretarza partii Ośrodka oraz dr inż. Kompetenckiego, Kierownika Zakładu Metod Inżynierskich, jedynego prawdziwego specjalisty w tym gronie, też partyjnego. Ponieważ stosunki kierownika z jego zastępcą, Leszkiem opierały się na lojalności i zaufaniu dwóch inżynierów – specjalistów, Leszek miał szczegółową relację z przebiegu delegacji.
Trzech sztabowców resortu, zamiast na naradę na techniczne czy naukowe tematy, wszystko jedno, trafiło w sam środek wściekłego tłumu robotników. Inż. Malinowski zwrócił się do swojego dyrektora  zaniepokojony:

                - Panie Dyrektorze, chyba nici z narady, co robimy?

Grępała rzucił szeptem przez zęby:
- Malinowski, ku…, jeszcze raz zwrócisz się do mnie per „dyrektorze”, to ja ostentacyjnie i głośno będę  do ciebie mówił, „towarzyszu sekretarzu”. Morda w kubeł! Tak, nici. Możesz się zmywać.

Po czym wmieszał się w tłum robotników i ciekawie obserwował rozwój sytuacji. Najwyraźniej traktował to, jak okazję do bezpośredniego poznania rzadkiego wydarzenia historycznego. Do towarzyszącego mu cały czas Kompetenckiego rzucał od czasu do czasu półgłosem uwagi w stylu:

- Ku…. mówiłem im, żeby się tak nie panoszyli, żeby coś robili, zamiast myśleć tylko o swoim żłobie, a oni nic!
- Wiesz pan? Oni sobie nawet fundowali, ku…, złote sedesy! Mówiłem im: czy ty się Kaziu, czy Franiu, ….. mniejsza o imiona, wiesz pan, …. czy ty się nie boisz, że kiedyś przyjdą do ciebie i ci ten sedes wsadzą na głowę?!

I tak się dyskretnie przechadzali w tłumie protestującej klasy robotniczej, dwaj najświatlejsi, o największym ładunku dobrej woli i o największej chęci zrobienia dla niej czegoś dobrego, jej przedstawiciele. Tego dnia anonimowość była potrzebna.
Leszek zapamiętał jeszcze z relacji Kompetenckiego, że robotnicy  zawiesili na maszcie honorowym, zamiast czerwonej, czy białoczerwonej flagi, granatową, ubrudzoną smarami bluzę roboczą.

- I co „oni” teraz wymyślą? Wszystko już było. Wyczerpali wszystkie chwyty. „Błędy i wypaczenia” miały się więcej nie powtórzyć, obiecywał Gomułka. Gierek obiecał skończyć z woluntaryzmem i pytał „Pomożecie?”
- A teraz? Co wymyślą?                - kończył swoją relację z pierwszej ręki Kompetencki swojemu zastępcy.

Rzeczywiście, nic nowego nie wymyślili. Po czerwcowych protestach robotników w związku z podwyżkami cen władza wykoncypowała stare, znane Leszkowi z 68-mego „masowe wiece poparcia” dla linii partii i rządu oraz „potępienia dla warchołów i wichrzycieli”.

Kilka dni później w Ośrodku niespodziewanie zwołano zebranie kierowników Zakładów. Prowadził kierownik kadr. Pech chciał, że Kompetenckiego nie było. Musiał pójść Leszek. Kierownicy mieli ogłosić na zebraniach zakładów, że po południu, na Stadionie Dziesięciolecia odbędzie się wiec protestu przeciw warchołom. I wszyscy pracownicy mają pójść. Nieobecność będzie karana dyscyplinarnie.

Do Zakładu Metod, mieszczącego się w sąsiednim baraku było parę kroków. Ale Leszek chciałby, żeby był na drugiej półkuli. Szedł wolno i miarowo, jak automat. Dziwny ucisk z tyłu głowy.
Smak władzy niższej znajdującej się pod presją władzy wyższej.

Był homo politicus. Miał zainteresowania humanistyczne. Ale całe życie ograniczał się do lektur, do kibicowania. Lektur oficjalnych i tych nieoficjalnych, „nielegalnych”. To żadna polityka.

Przecież nawet partyjni postępowali tak samo i bez skrępowania. Od pewnego pragmatycznego kolegi, kandydata partii, Wielomskiego, pożyczył angielską książkę o Powstaniu Warszawskim, która bardzo dobitnie ukazywała ponurą role Stalina w zamordowaniu Powstania.

W działaniu ograniczał się do spraw trudniej poddających się polityce. Chciał być tylko dobrym specjalistą. A i kompetencje humanistyczne się przydawały, choćby przy pisaniu publikacji, organizowaniu szkoleń.
Niedawno został zastępcą kierownika zakładu. Miał świetnego, kompetentnego szefa, z którym dobrze się rozumiał, dużo się uczył i a jednocześnie mógł zajmować się działalnością zawodową, która go pasjonowała. 

Pod ich wspólnym kierownictwem Zakład zaczynał mieć osiągnięcia na miarę resortu.
Uciekał pod skrzydła techniki, matematyki, w świat algorytmów, bezdyskusyjnych wyników badań, solidnych kompetencji. Ale stronienie od polityki nie na wiele się zdało. Polityka sama go odnalazła.
Teraz miał ogłosić bezczelne, podłe rozporządzenie, firmować je, jako przedstawiciel władzy.

- Co robić? Odmówić?

Miał poświęcić dorobek całego swego życia w imię „bezsensownego gestu”?
Zebranie. Mówił, jakby nie on. Został świnią. Szybko skończył zebranie, ten dowód swojej małej hańby człowieka władzy. Tym aktem lojalności przeszedł na „ich” stronę. Jeszcze nie spalił mostów. Przynajmniej miał taką nadzieję.

A jednocześnie, on, Leszek, ale jakby ktoś drugi, patrzył i obserwował z uznaniem młodych chłopaków, którzy przeżywali swoją próbę charakteru. Był tym, który próbie poddawał. Widział na ich twarzach wyraz obrzydzenia i buntu. Nieśmiałe, ciche, ale wyraźne protesty.  Których udawał, że nie słyszy.

Wiedział, co będzie dalej.
Gorliwi, chcący coś zyskać, zobowiązani „zadaniem partyjnym”, jak Wielomski, będą nieśli idiotyczne, podłe transparenty.
Tchórzliwi, jak on, ci, „co mają coś do stracenia” i bojący się to stracić, posłuchają wezwania i pójdą na spęd.
Odważniejsi się urwą.

Oczywiście nikt nie będzie wyciągał konsekwencji w stosunku do młodych chłopaków, specjalistów po studiach. Oczywiście pod warunkiem, że nie urządzą żadnego nieodpowiedzialnego protestu, tylko, bez ostentacji i trochę po szczeniacku „pójdą na wagary”.

Leszek pocieszał się, że wprawdzie pójdzie, ale będzie przeciw. Nie podniesie ręki przy głosowaniu „za”. Jeśli będą na tyle bezczelni, że urządzą głosowanie. No i zobaczy, jak to będzie wyglądało naprawdę. Bo w telewizji na pewno nie powiedzą prawdy.

Anemiczna grupa Ośrodka z kilkoma fatalnymi transparentami niesionymi przez Wielomskiego i innych kandydatów na członków, w ramach zadania partyjnego, została umieszczona na płycie stadionu, na wprost trybuny honorowej.

Było już późno a Stadion zapełniał się wolno. Trybuny były niemal puste, mimo, że do rozpoczęcia wiecu było niewiele czasu. Leszek usiadł na ławce i obserwował rozwój wydarzeń. Zauważył, że kolejne grupy z warszawskich zakładów i fabryk są rozmieszczane bardzo systematycznie, poczynając od korony Stadionu. 

Żadnego chaosu. Każda kolejna grupa była rozmieszczana zaraz obok grupy poprzedniej, nie zostawiając żadnego wolnego miejsca.

Na kilka minut przed rozpoczęciem wiecu sektory najbliższe koronie Stadionu jeszcze nie były zapełnione do końca. Leszek z mściwą satysfakcją wietrzył kompromitację władzy. Co pokażą w telewizji? Publiczność na płycie i prawie pusty stadion, z nie do końca zapełnioną koroną?

Rozpoczęły się przemówienia. Ich treść była przewidywalna, absurdalna i nudna, jak pierwsza strona Trybuny Ludu. Przemawiał poeta, powstaniec warszawski, Stanisław Ryszard Dobrowolski. Mówił tak, jak należy, o odpowiedzialności, o polskim warcholstwie, o konieczności trwania przy partii. Prezentował swoja chwalebną przeszłość. Zamierzchłą przeszłość. Którą zamienił na służbę u właścicieli Polski Ludowej i złotych sedesów.

Przez cały czas trwania wiecu napływały następne grupy „wiecujących” pracowników. I cały czas były rozmieszczane ciasno, jedna, koło drugiej. Po zapełnieniu wszystkich sektorów najbliższych korony stadionu i utworzenia czegoś w rodzaju cienkiego obwarzanka, kontynuowano rozmieszczanie ludzi w drugiej nitce, przylegającej do obwarzanka, powiększając jego grubość. Leszek w końcu zorientował się, że proces gromadzenia ludzi na Stadionie nie ma nic wspólnego z przebiegiem pozornego wiecu. Ludzie ci służyli, jako teatralna dekoracja „pełnego stadionu”. Zaś przemówienia – to przedstawienie, które później będzie przedstawiane, jako „treść” wiecu. Odczytano jakąś kretyńską uchwałę i oczywiście nie było żadnego głosowania. Została po prostu podana do wiadomości.

- „To wyście uchwalili. To oczywiste, prawda?”, brzmiał przekaz.

Teraz to wszystko wystarczy zmontować.

- Tylko co zrobią z całkowicie pustymi trybunami poniżej linii obwarzanka? – zastanawiał się.

Odpowiedź otrzymał wieczorem w Dzienniku Telewizyjnym. Niemrawy wiec, spęd nielicznych gorliwców i nieco liczniejszych tchórzy, biernych i osowiałych, został przedstawiony, jako potężna manifestacja poparcia dla partii i oburzenia na warchołów.

Którzy w tym samym czasie byli przepuszczani przez ścieżki zdrowia. I którzy później zostaną upamiętnieni „Placem Czerwca 1976” w Ursusie. Przed jakimś magazynem jeszcze modnej odzieży, sprzedawanej w cenie niemodnej. W pobliżu ruin jednego z najsłynniejszych zakładów ciągników rolniczych, dumy Polski międzywojennej i jednego z niewielu niekłamanych sukcesów polskiej myśli technicznej po wojnie.

Stadion robił wrażenie zapełnionego do ostatniego miejsca. Prawdą w tym obrazie było to, że wiec -spęd się odbył. To nie było kiedyś. To nie byli sami zaprzańcy, czerwone pająki i karierowicze. Większość – to byli „normalni”, trwożliwi ludzie, których tam spędzono, jak bydło. I którzy tego dnia czuli się podlej, niż bydło.

Teraz Leszek lepiej rozumiał, jaki był mechanizm innych wieców, których tyle widział w telewizji. Bo mimo wszystko czasem go dziwiło, że jest tylu chętnych do takiego idiotycznego manifestowania.

Fabryka Samochodów Osobowych, Warszawa, Żerań, rok 1968

W sierpniu 1968, kiedy pracował w FSO jeszcze przed zakończeniem studiów, fabryczna egzekutywa PZPR zwołała do stołówki zebranie pracowników Działu Głównego Konstruktora. Powiadomiono ich, że wojska układu warszawskiego a w tej liczbie zmechanizowane oddziały Ludowego Wojska Polskiego, wkroczyły do zagrożonej imperialistyczną agresją Czechosłowacji, udzielając jej bratniej pomocy.  Zapamiętał wówczas na całe życie twardo, zawczasu wypowiedziane zdanie sekretarza:

- Sytuacja jest zbyt poważna, żeby teraz urządzać tu jakieś dyskusje. Dlatego po prostu przyjmijcie do wiadomości podjęte przez naszą partię i rząd kroki i idźcie spokojnie do pracy.

Tak wyglądała udzielona mu któryś raz z rzędu lekcja „dojrzałości politycznej”. Demokracja jest dobra, jak rozstrzygamy o podziale ziemniaków na zimę, przydziale wczasów, czy tym podobne. W naprawdę poważnych sprawach nie macie nic do gadania. To nie na waszą głowę.

Ale na żadne wiece nie chodził. Nikt od niego tego nie wymagał. Widział tylko w telewizji jakichś wiecujących z FSO. Niektórych znał z gazetek ściennych. Pojedyncze osoby  - z widzenia.

Może wówczas mieli więcej ochotników? Leszek nie wiedział. Był jeszcze za młody, za głupi. Teraz wciąż trwał w zadumie przed telewizorem a spiker szczuł na Kuronia. Wychodziło na to, że wbrew przytoczonemu zdaniu, Kuroń był zwykłym podpalaczem. To już nie dziwiło. Budziło tylko bezsilność. Nazajutrz po zwycięstwie. Wracamy w stare koleiny.

Nie! Teraz będzie inaczej.

- Mamy nasze, samorządne, niezależne, związki zawodowe. Wywalczymy! - powiedział Człowiek z Dużym Długopisem.

I wątpliwości Brodatego Inżyniera, którego nazwisko kojarzyło się z Gwiazdą Betlejemską, teraz przemawiały na niekorzyść Brodacza. Później, dużo później, kiedy wszystko się wyda, będzie już za późno. 

Ale tego Leszek nie mógł wiedzieć. Nie można przewidywać przyszłości dwadzieścia lat naprzód, kiedy wieje wiatr historii od sierpniowej niedzieli do wrześniowego poniedziałkowego poranka. A Człowiek z Dużym Długopisem tak pięknie mówił o rocznicy 1 września, w którą przystąpimy, pogodzeni, do pracy.
Myśli Leszka krążyły wokół grudnia 1970 - tego.

Wracamy do Bydgoszczy, do hotelu miejskiego

Bo w grudniu PRL-owska społeczność rozsądnych na służbie zachowywała się jak należy. Nie dyskutowała w pracy. Jednak po powrocie do hotelowego pokoju, który zajmował wspólnie z jakimś starszym mężczyzną, też w delegacji, Leszek zastanawiał się, czy wypada nastawić radio na Wolną Europę. Z kłopotu szybko wybawił go jego towarzysz.

Nasłuchiwali więc razem wieści z Gdańska, w nowo powstałej mikro-wspólnocie głodu informacji, przez szumy zagłuszarki. Nazwanej później przez polski ludek słuchaczy RWE, już w stanie wojennym, „rozgłośnią imienia Mariana Buczka”. Buczek miał nazwisko pasujące, jak ulał, do charakteru radiostacji jego imienia. Był polskim, ideowym komunistą, dumą władców PRL. Propaganda robiła z niego komunistycznego świętego, nie eksponowała tylko faktu, że był żołnierzem legionów i miał tyle przytomności umysłu, że wolał gnić  w polskim więzieniu, jako sowiecki agent, niż być zwolniony pod warunkiem wyjazdu do ZSRR i podzielić los innych idiotów-komunistów, jak Bruno Jasieński.

Takich spryciarzy było zresztą więcej. Włodzimierz Sokorski, komunistyczny minister kultury w latach pięćdziesiątych i bon – vivant, chwalił się, że właśnie w polskim więzieniu przeczekał najgorszy okres stalinowskich czystek.

Jeśli jeszcze dodamy, co jest może najmniej prawdopodobne, ale nie znaczy - niemożliwe, jak twierdzi historyk Paweł Wieczorkiewicz, że Buczek – to agent polskiego, przedwojennego wywiadu, to „paradoks Buczka” będzie pełny.

Takiego to patrona dostały od słuchaczy Wolnej Europy komunistyczne zagłuszarki.
Być może nic nie jest takie, jak się wydaje.

I tak, poprzez konkurencyjne odgłosy komunistycznej radiostacji, pełniącej swą destrukcyjną służbę ze zmiennym szczęściem, dwóch nieznanych sobie bliżej mieszkańców pokoju hotelowego w śródmieściu Bydgoszczy, słuchało głosu Wolnej Polski, „Wolnej Europy”, dochodzącego w postaci falującego od dobrej do ledwie zanikającej słyszalności, głosu spikera. Mówił o demonstracjach, o palącym się komitecie wojewódzkim PZPR w Gdańsku.
O interwencji oddziału czołgów, który rozjechał jedną z niesfornych taksówek, parkującą pod Dworcem Głównym i tym sposobem zdobył teren pod Dworcem jako bazę wypadową w kierunku Stoczni.
O ofiarach śmiertelnych.

Hotelowi współtowarzysze, na kilka delegacyjnych noclegów, odbyli nawet ostrożną dyskusję o dziejącej się na ich oczach, a właściwie, w ich uszach, szumiącej i falującej, bliskiej topograficznie i chronologicznie, historii.

Towarzysz Leszka wypowiedział wówczas swoje credo rozsądnego Polaka:
                - Mój Boże… znów zginie bez sensu wiele ludzi. I co to da?

Leszek zaś, młody, niedowarzony, z wielkiego miasta, produkt socjalistycznego szkolnictwa, prawy obywatel PRL i pracownik zaplecza jego przemysłu obronnego, odpowiedział tak, jakby ktoś mówił przez niego:

- Człowiek czasem postępuje nierozsądnie, ponieważ inaczej postąpić nie może. I ten postępek ma sens. I nawet jego klęska tego sensu nie podważa.

No tak, robotnicy spalili faktycznie parę wojewódzkich komitetów PZPR.
Niestety nie spalili Centralnego. Komitetu. Komitetu, nie Dworca. Zresztą dworca wtedy jeszcze nie było.

Władza dostała gorzką lekcję.  Ale lekcję dostała nie tylko ona. Zachowała wszystko, co ważne dla jej prawie niepodzielnego panowania. Zostało tylko memento możliwej reakcji „głupków”. I to zmieniło trochę jej sytuację.
A „głupki” też zmądrzały.
- „Zamiast palić komitety, trzeba zakładać własne, organizować się”.

Nawoływanie Kuronia było mocno spóźnione. Wolne Związki Zawodowe, notabene wbrew zdaniu Kuronia, dawno założono, organizatorzy strajków sierpniowych dobrze wiedzieli, do czego zmierzają i doradcy z Warszawy byli im potrzebni raczej, jako dodatkowe wsparcie moralne, niż jako prawdziwi stratedzy. Ale Leszek jeszcze wtedy nic o tym nie wiedział.

Fakt prasowy wyjaśniony historyczną frazą, jesień 1980

Tymczasem rozpętała się nagonka, w której robiono z pana Jacka podżegacza do palenia komitetów. Mimo, że samej wypowiedzi właściwie nie zmanipulowano, nie wycięto z niej słówka „nie”. Było też o zakładaniu.

Postąpiono pozornie skrajnie nielogicznie. Najpierw nadano nie przekręconą, oryginalną wypowiedź,  a dopiero potem, w komentarzach, rezonowanych w prasie, radiu i telewizji, odwrócono o 180 stopni jej sens.

Leszek nie był żadnym bohaterem, ani pobożnym poszukiwaczem Prawdy. A ten widoczny przekręt był dla niego bulwersujący. Widocznie ciągle jeszcze oddychał atmosferą ładu moralnego. Ładu przyzwoitości, prawdy i sprawiedliwości.

Pasożytował na tym niezauważalnym, jak powietrze, środowisku, nie dając wprawdzie nic w zamian, ale starając się zbytnio go nie zatruwać. Jeśli to nie wiązało się z cierpieniem. I oto na jego oczach dokonywano bezczelnego przekrętu. Nie można uniknąć cierpienia. Albo decydujesz się na mężne Cierpienie w imię Prawdy, albo odczuwasz cierpienie upodlonego obserwatora.  Znów dać się tak upodlić?
- Co wybierasz?

Niezależnie od jego dylematów moralnych, prawdziwa niespodzianka jeszcze na niego czekała. Po kilku dniach zabrał głos świeżo upieczony przywódca legalnego ciała założycielskiego „Solidarności”, Lech Wałęsa. 

Bronił Kuronia, ale bronił go jakoś dziwnie, według pokrętnej logiki, że Kuroń miał co innego na myśli, czy coś w tym rodzaju. Swoją słynną frazą, która później przejdzie do historii polskiej debaty.

Zresztą nieistotne, jaka była ta linia obrony. Ważne było to, że przyszły noblista rozumiał wypowiedź Kuronia po myśli manipulatorów. Gdybyśmy towarzyszyli Leszkowi aż do epoki Rządu Trampkarzy, to w świetle przyszłych wydarzeń, biografii Wodza, którą Wałęsa dopiero wypełni treścią przez ćwierć wieku,  Leszek mógłby uczynić  z niego wspólnika manipulacji, ale on przecież jest ciągle biednym ignorantem politycznym, więc na razie bez takich spekulacji. 

Może wrócimy do tego później. Proszę mi przypomnieć.
Reakcja Wałęsy uświadomiła Leszkowi rzeczywisty sens zabiegu, jakiego dokonano na umysłach jego rodaków. Większość, w tym (prawdopodobnie) sam Charyzmatyczny  Przywódca, nie (do)słyszała wypowiedzi oryginalnej, słyszała natomiast, powtarzane w nieskończoność, do znudzenia, komentarze, które próbowały zrobić z Kuronia krwiożerczą bestię.

Tę lekcję manipulacji Leszek dobrze zapamiętał.
Nie była to lekcja ani pierwsza, ani ostatnia.

Zatłoczona kolejka WKD, Trasa Warszawa Chałubińskiego – Tworki, marzec 1968

Ponad dwanaście lat wcześniej Leszek wracał zatłoczoną kolejką WKD z Warszawy.
Był marzec 1968 roku, Warszawa wrzała wówczas, jak kocioł kawy na studenckiej prywatce. Był jeszcze rozemocjonowany po udziale w demonstracji, która z Uniwersytetu zmierzała na Politechnikę. Instynktowne poszukiwanie wspólnoty. W okolicy Ośrodka Kultury Czechosłowackiej, niedaleko skrzyżowania Marszałkowskiej z Żurawią, widząc wyległych pracowników Ośrodka, skandowali:
- Cała Polska czeka, na swego Dubczeka!

Demonstracje studentów na Marszałkowskiej szły środkiem. Leszek, jako student Politechniki nie mógł się nie przyłączyć. Hasła były oczywiste. Demokracja, prawda, kultura bez cenzury. Ale gdy na horyzoncie zbliżały się groźne mundury z Golędzinowa a demonstracja była za mało liczna, żeby się przeciwstawić, błyskawicznie zamieniała się w grupę spokojnych przechodniów, którzy, jak gdyby nigdy nic, przechadzali się szerokim chodnikiem.

Kolejka WKD potrzebowała około 40-tu minut, żeby pokonać dystans 25 kilometrów ze stacji przy Chałubińskiego do Podkowy Leśnej Wschodniej.
Trzy zatłoczone wagoniki. Siedzący szczęśliwcy, mający teraz czas na przedobiednią gazetową sjestę.
I stojący w przejściach, cierpliwie czekający, aż w Tworkach nieco się przerzedzi i będzie można odpocząć.

Wszyscy znali się z widzenia. Znajomości z widzenia przeradzały się w znajomości osobiste. Dyskutowało się o życiu, o wydarzeniach, poznawało się dziewczyny, a nawet sąsiadów zza płotu, z którymi w innym przypadku nie zbliżyło by się tak przyjaźnie.

Leszek stał w przejściu i patrzył z dezaprobatą, jak siedzący w rzędzie jednoosobowych siedzeń przy oknie mężczyzna czyta „Życie Warszawy”, gnidzią gazetę dla inteligencji. Widział, co się działo w Warszawie a co opisywano w gazetach. Ten szok dwóch rzeczywistości rodził spontaniczne hasło:
                - Prasa kłamie!

Ale wśród różnych Trybun, Żołnierzy Wolności, i innych gadzinówek, Życie było przynajmniej gadzinówką inteligentną, dającą się czytać, jeśli się opuszczało pierwszą stronę i najbardziej zakłamane teksty ze środka. 

Ale facet czytał właśnie na trzeciej stronie polityczny artykuł o krzyczącym wielką czcionką tytule:
Dyktatura ciemniaków

Leszek znał już jego treść. Była wredna, przekręcała sens wypowiedzi znakomitego felietonisty, jeszcze niedawno -posła na sejm koła Znak, Stefana Kisielewskiego. Przypisywała mu chęć wywyższania się ponad przodującą klasę robotniczą, elitaryzm i pychę.

Leszek patrzył z wyższością i politowaniem na faceta, który czytał te bzdury. Ten zaś, nieświadomy niczego, bawił się świetnie. W pewnej chwili zwrócił się do swojego vis-a-vis z ławki, ale niespecjalnie cicho. Sąsiednie ławki  mogły dokładnie słyszeć sens jego wywodu. Polska była pod panowaniem komunistów, ale Polacy zachowywali się trochę, jakby żyli w wolnym kraju.

Trolejbus linii 56, trasa Al. Jerozolimskie – Rakowiecka, pogodny październikowy ranek 1965

Bardzo rzadko tylko interweniował jakiś ubek, którym okazywał się wówczas, ku zdumieniu obecnych, niczym się nie wyróżniający, wyglądający, jak asystent akademicki, pasażer.

Tak się zdarzyło Leszkowi kilka lat wcześniej, gdy trwał proces Melchiora Wańkowicza z paragrafu o szkalowanie Polski Ludowej. Jadąc na uczelnię przy Narbutta, zbyt głośno dyskutowali z kolegami w trolejbusie przemierzającym właśnie Aleje Niepodległości, opodal Głównego Urzędu Statystycznego. Nie uświadamiali sobie, że znajdują się w okolicach Rakowieckiej i prawdopodobieństwo spotkania jakiejś podpory reżimu na służbie niepomiernie wzrosło.

Ubek zaczepił ich dyskretnie dopiero po opuszczeniu przez nich trolejbusu, kiedy żywo dalej dyskutując, skręcili z ruchliwej i pełnej przechodniów Rakowieckiej w zaciszną Łowicką. Szedł za nimi cały czas, przysłuchując się rozmowie a oni nie zwracali na niego uwagi. Ograniczył się tylko do wylegitymowania jednego z nich, który prezentował najbardziej „antypaństwową” postawę.
Była to jednak lekcja również dla „naiwnych”, którzy w dyskusji brali stronę rządu, „broniącego się przed oszczerstwami”. Wszyscy solidarnie stanęli w obronie legitymowanego kolegi i byli jednakowo zbulwersowani tym dowodem panujących „wolnościowych” stosunków pod władzą jeszcze opromienionego sławą Października, „liberalnego” Gomułki. W końcu jednak ubek oddał legitymację studencką pechowemu dyskutantowi i poszedł sobie, żegnany jeszcze ich oburzonymi pokrzykiwaniami.

Za mało ubeków, powrót w czasie i przestrzeni do kolejki WKD

Tym razem żaden ubek nie interweniował i pół wagonu mogło usłyszeć teatralny szept czytelnika gnidziej gazety dla inteligentów:

- Kapitalne! Zobacz ten tytuł! To, co napisali, to nieważne. Ważne, że ten tekst tak właśnie zatytułowali i tytuł bije w oczy! To się liczy!

Leszek ciągle, mimo upływu lat,  nie był pewny.

Nie pamiętał, kto napisał ten wredny tekst, który nie był na pewno żadnym ukradkowym podaniem ręki pobitemu przez bezpiekę za niewyparzony język, Kisielowi. 

Nie wiedział, czy za ten zbyt rzucający się tytuł ktoś został wyrzucony, czy też komuniści w ogóle nie zauważyli lapsusa.

Nie był pewny również teraz, siedząc przed telewizorem we wrześniu 1980-tego i słuchając funkcjonariusza propagandy i manipulacji, uważającego się za dziennikarza, którzy wygłaszał idiotyczny na pierwszy rzut oka komentarz o rzekomym wzywaniu do palenia komitetów, przez trockistę o gołębim sercu.
      
        Dyktatura Ciemniaków.

Czy to był przykład głupoty redaktora, który wykonując zlecone zadanie propagandowe, przyniósł swoim mocodawcom więcej szkody, niż pożytku, propagując genialny bon mot felietonisty Tygodnika Powszechnego?
Czy też przykład szlachetnej manipulacji kreta, żałosnego Wallenroda w świecie propagandy komunistycznej?

Lekcja czytania, niedaleko Tworek

Leszek nie wiedział nawet, ilu ludzi dowiedziało się o „Dyktaturze ciemniaków”, nie dało się przekonać idiotycznej argumentacji tak zatytułowanego tekstu i mściwie pomyślało o prawdziwej dyktaturze ciemniaków, która panowała wówczas nad Polską, wyrządzając jej niepowetowane do dzisiaj szkody.
Ale tę lekcję czytania między wierszami zapamiętał na zawsze. Lekcję nie przejmowania się czasem wymową treści widocznej na powierzchni, szukania drugiego dna i przewidywania skutków zdarzeń. Skutków niekoniecznie oczywistych.
Lekcję daną mu przez nieznajomego towarzysza podróży kolejką WKD, gdzieś koło Tworek.
A pierwsza lekcja jest tylko początkiem. Kiedy zostanie nam dany do ręki klucz do otwierania pierwszych drzwi, uzyskujemy wstęp do świata ukrytych intencji, drugich planów, niewypowiedzianych lecz sugerowanych treści.

Mały przerywnik, inwokacja do cierpliwego czytelnika

To jest koniec historyjki o Leszku, człowieku wśród skorpionów, starającym się przeżyć swoje życie i nie cierpieć.

Szanowny czytelniku, mam dziwne uczucie. Snułem opowieść i teraz mam ją jeszcze rozebrać na części? Oderwać mięso od kości i odsączyć krew?

No cóż. Publikacja w szacownym, humanistycznym piśmie zobowiązuje. Zaryzykuję.
(Humanistyka. Domena znikła :(

Nie rozczulajmy się. Łyk kawy i dalej w drogę.

Manipulacja, ponadczasowy oręż bezlitosnej wojny z prawdą
Tamto, to był materiał analityczny. Teraz analiza. Będzie krótko, albo wcale.
Manipulacja (łac. manipulatio - manewr, fortel, podstęp) – (…) to celowo inspirowana interakcja społeczna mająca na celu oszukanie osoby lub grupy ludzi, aby skłonić je do działania sprzecznego z ich dobrem, interesem. Zazwyczaj osoba lub grupa ludzi poddana manipulacji nie jest świadoma środków, przy użyciu których wywierany jest wpływ.
(Wikipedia)
Nic nowego pod słońcem.
Jak mówi John Eldredge: Jest wojna, nie dziw się, że strzelają.
Może i nic. Ja widzę jednak pewien rys, którego nie ma w definicji. A który przewija się przez wszystkie przykłady powyższego tekstu. Ale nie tylko. Bo tu i teraz występuje ze szczególną siłą.
Teza końcowa. Manipulokracja

„… aparat propagandy obozu smoleńskiego, czując krew, atakuje zajadlej. Niecierpliwość, przebieranie nóżkami. Ciemny lud to kupi.”

Taki komentarz „nowego redaktora naczelnego” opiniotwórczego pisma o ciekawej przeszłości z perspektywą szybkiej degrengolady, niejakiego Kobosko, czy jak mu tam, zwalnia z wszelkiej argumentacji w temacie Smoleńska. Ciemny lud (podkreślenie KR) ma wiedzieć: Nawet nie myśl samodzielnie w tym temacie!. To zbrodniomyśl!

Właśnie: ciemny lud musi mieć dostarczone na talerzu gotową do przeżycia strawę duchową. Argumentacja jak najprostsza. Ideałem jest jej całkowity brak.
No bo spróbujmy:
Oto argumentacja eksperta lotnictwa, mojego starszego kolegi z Politechniki Warszawskiej:
Przytoczmy taki fragment propagandy obozu smoleńskiego:

…jest zdjęcie nr 33 w raporcie MAK-u, na którym widać wręgę nr 65 i zwisające z niej przewody.
Jej stan świadczy, że została ona oderwana od pozostałej części samolotu w wyniku działania siły rozrywającej, nie zaś zgniatającej, jak powinno być przy upadku z wysokości. (…)
Na innym zdjęciu tej wręgi widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza przy powiększeniu, że była ona połączona z kadłubem wieloma kołkami śrubowymi. Na obrzeżach wręgi widać dziury po tych urwanych śrubach. (…) Wystarczy zerwać kilka kołków na maszynie wytrzymałościowej, sprawdzić, ile kilogramów przenoszą (wytrzymują przyp. KR) pomnożyć przez liczbę śrub, wówczas otrzymamy siłę, jaka spowodowała oderwanie tylnej części od kadłuba. (…) po podzieleniu jej przez powierzchnię wręgi można dokładnie określić ciśnienie, które spowodowało defragmentację kadłuba (…)

Hmmm. No nie wiem. Ja wszystko rozumiem, ale ja zdawałem dynamikę, wytrzymałość materiałów i aerodynamikę. Niektóre przedmioty prawdopodobnie u tych samych wykładowców, co autor wypowiedzi, inżynier lotnictwa Stefan Bramski. Ja zaczynałem studia na Politechnice, kiedy on kończył. Ale doktorat obronił dopiero w Wolnej Polsce. Nie pochodzi z Nowej Gwinei. To kresowianin.
Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć, czy to Kobosko rozbija w puch propagandę, czy też  Bramski jest dostatecznie przekonujący w demaskowaniu mega manipulacji wspomaganej przemocą medialną.
Fragment jest przydługi i nie chce się wam czytać, prawda? A to tylko początek! Dopiero logiczny ciąg różnych przesłanek, splecionych nicią przewodnią weryfikowanej hipotezy może ugruntować przekonanie czytelnika do słuszności pozycji „sekty smoleńskiej” lub też „sekty antysmoleńskiej”.
Potrzebna jest miłość prawdy i wytrwałość w jej drążeniu. Czy stać będzie na to kogoś, kto wrócił właśnie z radosnej balangi i chce zapomnieć wreszcie o wstydliwym wypadku lotniczym, w którym zginęło paru pisiorów i, niestety, tylko jedna kaczka?
Dlatego  dużo skuteczniejsze jest odbić ze sztancy tekścik o przebieraniu nóżkami i ciemnym ludzie. I wzmocnić przekaz perswazją graniczącą z przemocą. A nawet tę granicę przekraczając, kiedy trzeba.

To jest właśnie moja teza. Czy oryginalna? To właśnie chciałbym wiedzieć.
Otóż manipulacja, ta starodawna technika dezinformacji wymaga prawie zawsze wsparcia przemocą. Podobnie, jak z metodą bata i marchewki. I jest nową metodą rządzenia, manipulokracją, dla zmylenia ciemnego ludu, zwana demokracją.

Manipulacja wymaga wsparcia albo przemocy nagiej, jak zagrożenie bezpośrednie (np. utrata pracy, areszt, złamanie kariery – co występowało szczególnie w przykładach podanych w historii o Leszku), albo groźba symboliczna, jak wykluczenie z grona ludzi rozsądnych, inteligentnych i przyzwoitych. No i rysujące się widmo (łojojoj!) przynajmniej utraty lepszej pracy.

Stąd ten przykład zastosowania sztancy publicystycznej, zgrabnie wykonany przez klona znanego pałkarza publicystycznego o aksamitnym głosie. Zgrabne połączenie manipulacji, perswazji i ukrytej groźby to umiejętność pokupna. Pan K. właśnie się załapał.
Sztanca obowiązuje i próbuje obezwładnić biednego leminga, następcę Leszka.
Manipulacja jest dobra dla idiotów, których jest najwięcej. Jednakże jest zawsze sporo ludzi nieco bardziej spostrzegawczych, ale zbyt bojaźliwych, żeby się wychylić, gdy można oberwać. Albo zostać wylegitymowanym przez czujnego ubeka. Albo zakwalifikowanym do psychiatryka, chorym z nienawiści. Albo niecierpliwie przebierającym nóżkami żądnym władzy, ohydnym nekrofilem.
Zdaję sobie sprawę, że podane przykłady, nie te historyczne i klasyczne, tylko te aktualne,  nie są wcale „oczywiste” dla wszystkich „wybitnych” publicystów, nawet z obozu prawicowego.
Dla nich to powód do „rozsądnej dyskusji”. Albo rozsądnego wzruszenia ramionami. Albo nawet rozsądnego złapania się za głowę.
Dla mnie ich postawa jest najsmutniejszym dowodem nowego „zwycięstwa prowokacji”. Albo, niestety, proszę o wybaczenie, korupcji intelektualnej. Dixi. I sapienti sat.


wtorek, 1 maja 2012

Wręga Bramskiego i "racjonaliści"

Motto:
„… aparat propagandy obozu smoleńskiego, czując krew, atakuje zajadlej. Niecierpliwość, przebieranie nóżkami. Ciemny lud to kupi.”
Niejaki Kobosko, Wprost, czy inna gazeta, nie pamiętam. Nieważne. Racjonalista



…jest zdjęcie nr 33 w raporcie MAK-u, na którym widać wręgę nr 65 i zwisające z niej przewody.
Jej stan świadczy, że została ona oderwana od pozostałej części samolotu w wyniku działania siły rozrywającej, nie zaś zgniatającej, jak powinno być przy upadku z wysokości. (…)
Na innym zdjęciu tej wręgi widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza przy powiększeniu, że była ona połączona z kadłubem wieloma kołkami śrubowymi. Na obrzeżach wręgi widać dziury po tych urwanych śrubach. (…) Wystarczy zerwać kilka kołków na maszynie wytrzymałościowej, sprawdzić, ile kilogramów przenoszą (wytrzymują przyp. KR) pomnożyć przez liczbę śrub, wówczas otrzymamy siłę, jaka spowodowała oderwanie tylnej części od kadłuba. (…) po podzieleniu jej przez powierzchnię wręgi można dokładnie określić ciśnienie, które spowodowało defragmentację kadłuba (…)

Hmmm. No nie wiem. Ja wszystko rozumiem, ale ja zdawałem dynamikę, wytrzymałość materiałów i aerodynamikę. 

Niektóre przedmioty prawdopodobnie u tych samych wykładowców, co autor wypowiedzi, inżynier lotnictwa Stefan Bramski. Ja zaczynałem studia na Politechnice, kiedy on kończył. Ale doktorat obronił dopiero w Wolnej Polsce. Nie pochodzi z Nowej Gwinei. To kresowianin.

Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć, czy to Kobosko rozbija w puch propagandę, czy też  Bramski jest dostatecznie przekonujący w demaskowaniu mega manipulacji wspomaganej przemocą medialną.

Fragment jest przydługi i nie chce się wam czytać, prawda? A to tylko początek! 

Dopiero logiczny ciąg różnych przesłanek, splecionych nicią przewodnią weryfikowanej hipotezy może ugruntować przekonanie czytelnika do słuszności pozycji „sekty smoleńskiej” lub też „sekty antysmoleńskiej”.

Potrzebna jest miłość prawdy i wytrwałość w jej drążeniu. Czy stać będzie na to kogoś, kto wrócił właśnie z radosnej balangi i chce zapomnieć wreszcie o wstydliwym wypadku lotniczym, w którym zginęło paru pisiorów i, niestety, tylko jedna kaczka?

Dlatego  dużo skuteczniejsze jest odbić ze sztancy tekścik o przebieraniu nóżkami i ciemnym ludzie. I wzmocnić przekaz perswazją graniczącą z przemocą. A nawet tę granicę przekraczając, kiedy trzeba.

To jest właśnie moja teza. Czy oryginalna? To właśnie chciałbym wiedzieć.
Otóż manipulacja, ta starodawna technika dezinformacji wymaga prawie zawsze wsparcia przemocą. Podobnie, jak z metodą bata i marchewki. I jest nową metodą rządzenia, manipulokracją, dla zmylenia ciemnego ludu, zwana demokracją.

Manipulacja wymaga wsparcia albo przemocy nagiej, jak zagrożenie bezpośrednie (np. utrata pracy, areszt, złamanie kariery – co występowało szczególnie w przykładach podanych w historii o Leszku - chcecie link do mojej literatury?), albo groźba symboliczna, jak wykluczenie z grona ludzi rozsądnych, inteligentnych i przyzwoitych. No i rysujące się widmo (łojojoj!) przynajmniej utraty lepszej pracy.

Stąd ten przykład zastosowania sztancy publicystycznej, zgrabnie wykonany przez klona znanego pałkarza publicystycznego o aksamitnym głosie. Zgrabne połączenie manipulacji, perswazji i ukrytej groźby to umiejętność pokupna. Pan K. właśnie się załapał.

Sztanca obowiązuje i próbuje obezwładnić biednego leminga, następcę Leszka.
Manipulacja jest dobra dla idiotów, których jest najwięcej. Jednakże jest zawsze sporo ludzi nieco bardziej spostrzegawczych, ale zbyt bojaźliwych, żeby się wychylić, gdy można oberwać. Albo zostać wylegitymowanym przez czujnego ubeka. Albo zakwalifikowanym do psychiatryka, chorym z nienawiści. 

Albo niecierpliwie przebierającym nóżkami żądnym władzy, ohydnym nekrofilem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Pochwała głupoty



Czyli, jak oczekiwać przełomu

Wiosenne przesilenie

Tygodnik Uwarzam Rze, który należy zaliczyć, bez urazy, do papierowych mediów głównego nurtu, przechodzi do sekty smoleńskiej! Zamach - to już słowo zwyczajne.

Ciekawe są te „delikatne” korekty linii redakcyjnej.
Wydawnictwo, które publikuje dziennik Rzeczpospolita wraz z tygodniowym dodatkiem Plus Minus i tygodnik Uwarzam Rze, przechodziło nieraz metamorfozę. Nie mam zamiaru robić jakiejś napuszonej, prasoznawczej analizy, ale pozwól, zabłąkany tu czytelniku, na kilka spostrzeżeń walczącego ze zmiennym szczęściem z uzależnieniami „homo politicus” blogera, którego dusza wyrywa się do innych, „wyższych” tematów. Jeszcze nie teraz. Ale  już ostatni raz. Może.

Geneza dziennika ginie w mrokach stanu wojennego, kiedy Ślepiec postanowił grać na nucie państwowotwórczej. Wznowił pismo o przedwojennych korzeniach zimą ‘82 – go, umieścił w winiecie orła podobnego nieco do sępa i nadał mu linię, niby świecką odmianę Paxu.

Długo by opisywać krętą i czasem dramatyczną drogę dziennika w „wolnej Polsce”, po godnej szacunku, zgodnej z europejskimi standardami, decyzji premiera Mazowieckiego, oznaczającej względną niezależność redakcji od państwowego właściciela.

Odnotujmy tylko symptomatyczny fakt śmierci „na posterunku”, chociaż z przyczyn naturalnych, dwóch redaktorów naczelnych: Dariusza Fikusa i Macieja Łukaszewicza. Kadencje Aleksandrowicza i Gaudena nie należą do szczególnie znaczących, ale faktem jest, że pismo powoli, ale konsekwentnie przesuwało się na prawo i nigdy nie obniżyło lotów do poziomu, który Gazeta Wyborcza, czy Dziennik osiągały w tydzień.

Sukces na prawicy

Jednak czas świetności dziennika Rzeczpospolita nadszedł dopiero z chwilą, gdy padło ostatnie pismo codzienne o linii radykalnie konserwatywnej, Życie „z kropką” (2002) i kiedy zamknięto katolicki tygodnik Ozon (2006).
W 2006 roku, pod rządami „strrrasznych Kaczorów”, trwała już w najlepsze wojna polsko-polska. A Platforma Obywatelska z partii bliskiej ideowo PiS, autorki marzenia o IV RP i specjalistki od gospodarki, rozsądku i umiaru przeradzała się w demagogiczną, wrzaskliwą zgraję sfrustrowanych, dyszących żądzą władzy polityków, przedstawianych w mediach głównego nurtu, jako rozsądną alternatywę dla kartofeln.
W tej wrzawie Rzeczpospolita zachowywała umiar, przyzwoitość i zmysł taktyczny. Nie dała się zepchnąć na „prawicowy margines”, przechodziła obronną ręką przez różne burze, omijała rafy. Zwiększała wpływy i nakład.

Nie uniknęła wpadek. A może wyrzucała „murzyniątka” np. pod postacią Bronisława Wildstena, z szalupy, broniąc się przez najgorszym?
Ale ewenementem na polską, (a może nie tylko?) skalę był sukces Rzepy pod wodzą prawicowego, ultrakatolickiego naczelnego, Pawła Lisickiego.

Pracował on tam ponad dwadzieścia lat, bez rozgłosu, cierpliwie, na różnych stanowiskach, aż do stanowiska zastępcy redaktora naczelnego. Ale znany był głównie, jako niszowy eseista, roztrząsający hobbystycznie kardynalne problemy natury Boga i człowieka. Oraz niuanse i meandry ortodoksji w Kościele Katolickim pod wodzą kolejno - polskiego zbyt łagodnego gołąbka i niemieckiego panzer-kardynała.
I ten człowiek stał się nagle rekinem medialnego biznesu. 

O jego klasie intelektualnej i zmyśle medialnym świadczy prowokacja, jakiej się dopuścił na swoim blogu na jesieni 2007 roku. Prześmiewczą „spowiedź agenta Tomka” medialni kretyni dyszący żądzą krwi Kaczorów potraktowali poważnie, kompromitując się w sposób niezawodnie przewidywalny. Lisicki jednak dowiódł wówczas całkiem czego innego. Dowiódł istnienia teflonowej powłoki, jaką posiadają protegowani wpływowego środowiska medialnego.

To był jednak czas zwykły. Czas walki politycznej. Czas gierek demokratycznych. I bezkrwawych gier operacyjnych.
No może niezupełnie bezkrwawych.
Czasem wprawdzie ktoś chciał popełnić samobójstwo. Ale go odratowali. Czasem kogoś zabili nieznani sprawcy, ale to pewnie jacyś kryminaliści. Albo syn niespełna rozumu. Kogoś przejechała ciężarówka ze żwirem, ale wypadki chodzą po ludziach.

To był czas zwykły. Kiedy trudno odróżnić agenta wpływu od głupca i pożytecznego idioty od członka lobby, które sobie może kupić za 3 miliony ustawę sejmową.
Jednym słowem można uprawiać normalną publicystykę, ale nie należy ulegać manii teorii spiskowych. Chronić image człowieka rozsądnego, którego zapraszają do telewizji.
Nadszedł jednak czas próby

Katastrofa Smoleńska

Ten splamiony krwią najlepszych synów Polski papierek lakmusowy przyzwoitości, odwagi i pryncypialności. Patriotyzmu i miłości prawdy.
Najdroższy z możliwych papierek lakmusowy wrażliwości na jeszcze jeden przejaw, ku zniecierpliwieniu większości,  odwiecznego, tragicznego losu narodu.
Papierek lakmusowy wrażliwości na Znak, który był dany.
Wigilia Miłosierdzia Bożego, na nieludzkiej ziemi.
Jeszcze jeden katyński wagon, czy absurdalna katastrofa, przejaw polskiego nieudacznictwa, naburmuszonego uporu i pchania się, gdzie nas nie chcą i gdzie nas nie wysyłają?
Ludzie rozsądni są, na szczęście, po obu stronach politycznej sceny obrotowej, wiedzą, jak się zachować.

Spokojnie, to tylko zwykła katastrofa. Nie ulegajmy paranoi.
Dajmy im szansę.
Dajmy szansę Putinowi, żeby okazał się przyzwoitym człowiekiem.
Dajmy szansę Tuskowi, żeby okazał się twardym, polskim premierem. Chytrym, jak lis i mądrym, jak sowa. Nieustępliwym, jak osioł.
Dajmy szansę prokuraturze, specjalistom lotniczym, odpowiedzialnym ministrom, dowództwu Biura, które ma chronić naszych rządzących. I zastępcom dowódców, którzy zginęli.
Niech się Państwo sprawdzi.
Niestety.

Było pełno głupców. Którzy od początku wiedzieli swoje. Jak to głupcy. Czuli, że coś tu śmierdzi. Od początku.
Od kiedy na podstawie doniesień z telewizji, wykazując się zdecydowaniem marszałek sejmu orzekał o śmierci prezydenta i przejmował władzę. Od momentu, kiedy pruto kasy pancerne w Kancelarii, bo nie było kluczy. Wykazując się stanowczością.
Od kiedy pierwszym zamiarem nowego prezydenta było usunięcia niestosownego i nieestetycznego Krzyża Smoleńskiego. A najważniejszą sprawą prezydenta Warszawy, było zlikwidowanie idiotycznej manifestacji paranoicznej rozpaczy. Nareszcie nastali odpowiedni następcy. Zdecydowani i stanowczy. Przeciwieństwo archaicznego, politycznego nieporozumienia, na dodatek - niskiego wzrostu.

Rzepa pod presją

W tej nowej sytuacji, kiedy wszystkie demony polskiego piekła harcowały, jak podpici balangowicze zwołani przez fejsbuka, Rzepa w zasadzie się sprawdziła.
Zastosowała sprawdzoną metodę umiaru, rozsądku i powściągliwości. Ze wstrętem odcinała się od kompromitujących ekscesów w prasie i na Krakowskim.

Jednocześnie z taktem, mądrą miną i elegancko zatykając nos, dystansowała się od głupców.
Teorie spiskowe, to nie jest rzecz dla ludzi z lepszego towarzystwa. Zamach to słowo nieeleganckie.
Wybitny może, ale niezbyt mądry, (a może nawet głupi, ale bądźmy miłosierni) pisarz publikuje jakieś niewczesne bzdury, niewyważone wiersze, służalcze wobec Tragicznego ale Przegrywającego Na Własne 

Życzenie Polityka. Poeta ten patronuje grupce młodych poetów, którym szkodzi, a w każdym razie nie potrafi ich uchronić przed kiczem nekrofilii.
Marnuje swój talent na idiotyczne eseje historyczne, w których podważa właściwie podstawy naszej cywilizacji.

Zrobimy mu kocówę w kilku numerach i komentarzach naczelnego?
Żyjemy w normalnym państwie, mamy wielkie osiągnięcia a to wydziwianie tradycjonalnej inteligencji i jej samozwańczego guru to dowód jej niedostosowania i nieudacznictwa. Z żywymi naprzód iść!
Obserwowałem te próby z bólem ale i ze zrozumieniem. Trochę Ziemkiewicza, Wildsteina i Masłonia. I dla równowagi trochę Horubały, Skwiecińskiego i Warzechy. Pluralizm. Dyskusja różnych punktów widzenia. Umiar. Utrzymać się w głównym nurcie rozsądku za wszelką cenę. W jego prawej części.

Czasami czytając ten dziennik przypominała się anegdota o kameleonie, opowiedziana przez Jonasza Koftę.
Jak to on umiał okrywać się powłoką bardzo … sophisticated. Nie tam jakieś różne kolory. To żenada. W taką drobną pepitkę.
Nie do końca się udało się. Wykupili wydawnictwo. Szurnęli najlepszego redaktora.
Kameleon i tak się przekręcił.

Na szczęście udało się w ostatnim momencie, zamiast wyrzucać z szalupy najczarniejsze „murzyniatka”, zbudować solidną krypę i przesiąść się na nią.
Mamy więc Uważam Rze. Kolejny sukces medialny. Cieszmy się wszyscy. Czym by był rynek bez tego synka Rzepy, enfant terrible głównego nurtu?
Kiedy jego mamusię właśnie pomału przerabiają na zwykłą papierową wyrobniczkę z prawicową odchyłką ala późny Wołek?

Ale konkurencja nie śpi.  Trzeba uprawiać tajemną mieszankę rozsądku i umiaru oraz niezbędnej przytomności umysłu. Bo sytuacja jest dynamiczna.
Gazeta Polska i jej dziennik – to wprawdzie oszołomy, które szkodzą sprawie. Od początku bezwstydnie żerowali na Katastrofie, nie uważali na nuty, otwarcie, coraz bardziej zdecydowanie brali pod uwagę wątek zamachu. Przed wyborami 2011 ogłosili wprost tezę o zamachu. Co za głupota! Co za nekrofilia polityczna!

Zwycięstwo głupoty

I te oszołomy, do kłótliwej spółki z „biznesmenem z Torunia” spowodowały cud.
Kretyńska teza o zamachu, smoleńska religia zaczyna być na tyle silna, że trzeba się z nią liczyć. Nie można zostać, jak głupi(jak głupi? Co jest do licha, przecież byliśmy cały czas rozsądni!) w tym głównym nurcie, który pomału, faktycznie!, co za odkrycie, zaczyna śmierdzieć, jak brudny ściek.

Rozsądne towarzystwo zaczyna więc zdradzać nerwowość.

Sakiewicz był oklaskiwany na wiecu politycznym!
No i Mazurek odnotował to z niesmakiem i zagroził, że więcej pod pałac nie pójdzie.

                - Mazurek! Weź się chłopie ogarnij! Przytomność umysłu jest ważniejsza od umiaru.
                - Umiar teraz znaczy coś innego, niż wczoraj!

Do przykładania oszołomom z GP został wyznaczony teraz mistrz Łysiak.

                   - Mistrz trochę się powtarza. Niby przyłożył po mistrzowsku, ale nie zauważył, 
                   że taka poetyka już została zajęta przez Niesiołowskiego i Palikota. 

                   - Ja wiem, że mistrz był pierwszy i jak kiedyś Ojca Rydzyka potraktował, 
                     to ręce i szczęka opadały. 
                     Wtedy to też było chamskie i płaskie, ale przynajmniej świeże i oryginalne. 
                     Teraz to już żenada i palikotyzm. Buuuuu!

Zakończenie

Nie jestem pisiorem. A byłem na wiecu. Faktycznie czasem nie chciało mi się klaskać, wtedy, kiedy wszystkim się chciało. Czytam Uważam Rze i Gazetę Polską. Czytam Łysiaka i Wencla. Lisickiego i Sakiewicza.

Nawet czasem śmieję się z dowcipów Mazurka. Ale jeśli chodzi o te pięknoduchowskie rozważania Mazurka, który okazał przynajmniej tyle wyczucia, że nie umieścił tego w swojej rubryce „Z życia opozycji”, to  uważam, rze to … rzenada. Ma dwie córki a marze się, jak dziewczynka. Ę i ą.

Co do zaś rozważań Mistrza, to cóż. Nic nie powiem. Mistrz to mistrz. Ma z czego tracić. To czasem … traci. Zdarzyło mu się już co najmniej  drugi raz. O ile ja pamiętam.
A ja mogę tylko powiedzieć, jak ambasador radziecki na przyjęciu u angielskiej, starej Królowej Matki. „Biorę to na siebie.”
To nie dowcip. To aluzja do dowcipu. Nie znacie? Trudno, świetnie, niezbyt elegancki.

piątek, 13 kwietnia 2012

Tak Amerykanie przygotowują się do kampanii wyborczej

Ameryka jeszcze nie zginęła a Murzynek Bambo wróci na karty książek dziecięcych.

Ameryka ma siły, żeby odwojować: Prawdę, Prawo, Sprawiedliwość i Wolność.

Jak będzie w listopadzie?
Zobaczymy.
Ale niech to nam doda otuchy, że i Polska jeszcze nie zginęła.
Taki mam dzisiaj nastrój.

Sursum Corda!


czwartek, 12 kwietnia 2012

Refleksje wokół jednego żartobliwego zdania

Motto
Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)
Mój korespondent




Dostałem list od kolegi. Na neutralny, biznesowy temat.
Kolega jest człowiekiem rozsądnym, fachowcem dobrym, a nawet wybitnym. O poglądach politycznych nie rozmawiamy. Ze znajomymi, z którymi nie jest się zbyt blisko, można rozmawiać o dzieciach, o samochodach, o wakacjach, o …pogodzie.

O tym, że są idiotyczne przepisy. Bez zbytniego wnikania, kto je uchwalił.
O zbyt dużej emeryturze agenta Tomka. Bez wyjaśniania, że go wywalili z pracy za skuteczność.
O terminach zapisów do neurologa na jesień. Bez żadnych aluzji do pana/pani minister.

No i o pracy. Tak, o pracy to możemy rozmawiać wiele godzin. To jest nasz żywioł.
Do dziedziny, którą się zajmuje mój kolega nie dotarła jeszcze polityka współczesna. Ta z łam gazet. Bo do niektórych naukowców, czy ogólniej - fachowców - już tak.

Profesor Andrzej Zybertowicz opowiedział, co się wydarzyło podczas prelekcji pewnego naukowca. Wystąpienie, wobec kolegów z branży, skupiało się warunkach eliminacji korupcji. Nagle, jeden ze słuchaczy, szeptem rzucił do sąsiada:
                - To pewnie jakiś pie….ny pisior!
Profesor Zybertowicz potraktował ten incydent, jako przyczynek do swoich socjologicznych teorii. Ja mam mniejsze ambicje. Stosownie do swoich socjologicznych kwalifikacji. Ograniczam się więc tylko do odnotowania, że nie wszyscy mają takie szczęście, jak ja. 

Nie wszyscy mogą zajmować się dziedziną, w której nie będą kwalifikowani z racji swoich merytorycznych poglądów, jako pisiory. Ściśle mówiąc, excusez le mot, jako pie….one pisory, dalej w tekście, pp.
Mamy już pp socjologię, ba, pp aerodynamikę.
Mamy oczywiście pp ekspertów, immanentnych ignorantów, na których używają sobie blogerzy salonu24.

Mamy (od dawna) pp dziennikarzy, pp pisarzy i pp poetów.
Mamy pp agentów służb, których się wywala za skuteczność. Ich patronem już po wsze czasy nie pozostanie polski James Bond, Marian Zacharski. Który za złapanie za guzik paru agentów rosyjskich, kiedy guzik się urwał, musiał wyjechać z kraju.
I nawet nie super szeryf Mariusz Kamiński, któremu wybito z głowy propaństwowość i współpracę z premierem z wrogiego obozu. 

Zostanie nim skromny agent Tomek, z za dużą emeryturą.
Strach pomyśleć, co to będzie, gdyby pp wygrały wybory! Będziemy mieli pp rząd i pp sejm. Porządni ludzie już się boją.
Na razie cieszmy się więc, że nam to jest oszczędzone i wracajmy do naszego motta, autorstwa bezpartyjnego fachowca.

Takie zdanko… Żart. Ale … czy to żart piętrowy czy płaski?
Sarkazm, czy persyflaż? Subtelny dowcip, czy sygnał pogardliwego lekceważenia?
Zdanie za krótkie, żeby sobie wyrobić pogląd. Takie czasy. Wieloznaczność jest dobra w ściśle zdefiniowanym kontekście. Niejednoznaczna wypowiedź w niejednoznacznym kontekście - to labirynt możliwości. Źródło nieporozumień.
Postanowiłem sprawdzić.

List pierwszy
Drogi,
Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)
Dokładnie DWA, słownie dwa.
To oczywiście nie przesądza jeszcze tezy o zamachu. Mógł np. wybuchnąć bimber, którym się upił generał Błasik. Nie ma wprawdzie dowodu, że go wiózł. Ale nie ma też dowodu, że go nie wiózł.
No dobrze, żart za żart. A teraz żarty na bok.
Notabene, nie wiem, czy wiesz, że wybuchy zostały odkryte na podstawie wykresów przytoczonych przez Anodinę. Tylko Anodina ich nie skomentowała. Zrządzeniem losu, opublikowała dość dokładne, w dobrej rozdzielczości, z podaniem skali czasowej, zapisy parametrów lotu. I zajęła się analizą psychologii II pilota oraz wpływu na nią dwóch kluczowych czynników: pancernej brzozy i pijanego generała.
Miller próbował poprawić po Anodinie. Wykres zepsuł, schował skalę i w ogóle, zachował się. Ale zupa się wylała.
A może miała się wylać?
W końcu „wszyscy” i tak dawno wiedzą, co się stało. Tylko udają, że nie wiedzą (rzą).
Nie mamy pewności na 100%, że to zamach, ale wykrycie wybuchu tę tezę uprawdopodabnia.
Rozumiem, że dopóki nie podadzą tego w TVN, nie uwierzysz?
A teraz zagadka:
„Gdy już republikanie dojdą do władzy, Murzynek Bambo Obama zostanie ogłoszony najgorszym prezydentem od czasów Roosevelta, może się zdarzyć, że jego jakiś doradca zostanie skazany, jako szpieg Sowietów.
Bo np. będzie nowa zimna wojna i Amerykanie uznają, że trzeba … Ruskim  pokazać ruski miesiąc.
Ogłoszone zostaną taśmy z przebiegiem i rozszyfrowane rozmowy z „lotem nr 1”. Podjętych zostanie wiele innych spektakularnych akcji, od których zatrzęsie się cala mainstreamowa prasa światowa.”

Czy to jest pp rozumowanie?
PP?  OK.

No to weźmy rozsądne rozumowanie (RR):
Adam Michnik uważa, że JEDYNĄ przyczyną katastrofy jest WYLOT samolotu nr 101 z Okęcia. Koniec. Kropka. 10 kwietnia 2010 trzeba było nie lecieć.

To jest najmniej absurdalna opinia, jaką znam. Jest po prostu absurdem zmieszanym z hucpą. Nie wiem, czy więcej hucpy, dlatego znam bardziej absurdalne.

Np. Hypki, do spóły z blogerką salonu24,  o wdzięcznym nicku Lilou, twierdzi, że Binienda i Nowaczyk to jacyś nieznający się na rzeczy ignoranci. Skompromitowali się. Jako argument blogerka podała … Małysza. I miała setki komentarzy, większość ją popierających.

Ale, jeśli chodzi o Michnika, to: Prawda, czy fałsz?
I czy to Ci wystarcza?
Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski.
OK. Baw się dobrze.

Co z zagadką?
Jak myślisz, czyjego jest autorstwa ten oszołomski tekst o przyszłych wypadkach ze światowej polityki?  
Dla ułatwienia: NIE MÓJ. Tzn. trochę go podkręciłem, żeby zyskał na wyrazistości, a Ty, żebyś  nie mógł zapytać wujka G. Bo facet jednak uważa na nuty. Jest mainstreamowy. Ale sens był prawie dokładnie taki.
To trawestacja wypowiedzi znanego eksperta spraw międzynarodowych. Bez nazwisk.
„No i jeżdżą ciężarówki ze żwirem”. Znasz to powiedzenie? Pochodzi z książki pewnego pp dziennikarza. Wojciech Sumliński, „Z mocy bezprawia”. Został aresztowany na podstawie pomówienia funkcjonariusza WSI. Mimo braku innych dowodów, jego proces ciągnie się od czterech lat.

Żaden z nas nie jest expertem. Ani Hybkim, ani wolnym.
Ale jesteśmy wolnymi ludźmi, nie (… tu w liście jest zdanie, które teraz nie przeszło przez cenzurę polityczna, ze względu na ostrożność procesową J przypis.KR ), to możemy jeszcze normalnie pogadać?

Nie wiedziałem, czy dostanę odpowiedź na ten list. Ale dostałem. Korespondent nie odniósł się do mojej analizy. Odrzucił jednak imputowanie mu określonych poglądów. 
Fakt. Nie znam jego poglądów. Drążę więc dalej.

List drugi
(O Twoich poglądach) - nie wiem nic J
Z wyjątkiem:
a)      Że szydzisz z FAKTU o wybuchach
b)      Że, według Twoich własnych słów, jesteś stronnikiem hipotezy „pancernej brzozy”.

W którym miejscu odczytałeś coś więcej?
Chyba, że to:
„Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski. OK. Baw się dobrze.”

Sens tego zdania – hipotezy jest taki, że Ciebie, być może,  ta sprawa nie interesuje. Masz swoją rodzinę. Swoje środowisko. I swoją pracę.
Nie chce Ci się mieszać do „idiotycznych przepychanek”. To jest właśnie jeden z celów ludzi organizujących przestrzeń publiczną. Jedni mają być nabuzowani na Kaczora i Macierewicza, inni mają mieć wszystkiego „potąd”, być „naczyniem pełnym”, które nie przyjmuje już informacji..

Na podstawie tego „nic”, co wiem o Tobie, traktuję Cię, jako kogoś, z „drugiej strony”, ale nie przeciwnika, albo łotra. Po prostu kogoś, kto daje wiarę tej hucpie, która dla mnie jest po prostu nie do zniesienia.

Nie trafiłem? Ba.
W PRLu, przynajmniej na imieninach u cioci, rozmawiało się o polityce. Były spory, ale MOŻNA było rozmawiać.

A w „wolnej Polsce”?

Wiozłem kiedyś znajomego i na moją jakąś  żartobliwą uwagę, typu, „noooo, w naszej demokracji to typowe, że się coś twierdzi wbrew oczywistości”, odpowiedział ni z gruchy, ni z pietruchy: „a ja i tak będę głosował na Platformę! Czy mam wysiąść?

Żartował. Pojechaliśmy dalej i atmosfera się nie popsuła. Do kwestii „oczywistości” już nie wróciliśmy.
Nasze rozmowy jakby jałowieją. Pewnych tematów się nie porusza. A kolejny temat  może również okazać się zbyt ryzykowny.

Jest i powiększa się jakaś dziwna przepaść.

Kilka lat temu spotkaliśmy się w gronie dawnych członków Solidarności, które trzymało się razem przez cały stan wojenny. Byliśmy jakby „jednego ducha”.
Dotąd nasze spotkania były zawsze okazją do ostrych sporów politycznych. Ostrych, ale z zachowaniem szacunku i przekonaniem, że adwersarz jest człowiekiem dobrej woli.
Było to kilka dni przed wyborami w 2007 roku. Tego dnia w ogóle nie rozmawialiśmy o polityce. I to było nasze ostatnie spotkanie.

 „Nie przyszedłem pana nawracać” Ks.Twardowski.
Kiedyś nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi. Ksiądz? Teraz już rozumiem. Nie da się nawrócić opowiadając „swoją” prawdę. Tak, prawda jest jedna. Ale każdy musi JĄ odkryć sam.

Prawda jest jedna. I każdy musi ją odkryć sam. Dopóki jest otwarty na prawdę, po prostu, bez epitetów, nic nie jest stracone.