poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Współżycie z potworem


Rozsądni mówią, że można współżyć z potworem, należy tylko unikać gwałtownych ruchów, gwałtownej mowy
Zbigniew Herbert, Potwór Pana Cogito

Historia zamierzchła lat 80-dziesiątych

Stan wojenny i po. 1982, 1983, …., 1985 …
Był czas dziwny. Siły pokoju i socjalizmu tak się bały, że wlazły do czołgów, rozpaliły koksowniki i zabroniły podróży wszystkim, z wyjątkiem emerytów. No i emeryci wywiązywali się. Wozili co trzeba i przekazywali, co trzeba. Młodsi? Były delegacje służbowe. To samo. Co trzeba i komu trzeba.
A w pracy? Czas ciekawych poszukiwań i projektów. Pod górę, pod wiatr, z mozołem do przodu. Nawet w stanie wojennym.
Ale tylko dla średniaków. Tych, co nie wykonywali zbyt gwałtownych ruchów. Pół roku przed  Stanem Wojennym, jeszcze przed marcowym strajkiem o pobicie Rulewskiego, sławny polski hodowca świń, Jacek Karpiński, podający się za konstruktora komputerów, żegnał się przed wyjazdem do Szwajcarii. Wyjeżdżał wówczas do jeszcze sławniejszego konstruktora profesjonalnych, studyjnych magnetofonów, marki Nagra.
Znacie tę anegdotę? Generał  De Gaulle miał przemówienie radiowe. Już ustępował, czy jeszcze walczył o utrzymanie pozycji prezydenta Wielkiej Francji? Nie pamiętam.
Technik radiowy do niego:
                „Panie Prezydencie, tutaj jest magnetofon…”
De Gaulle:
                „Wiem, … znam …  nie magnetofon, tylko Nagra!”

Konstruktor Nagry – to Stefan Kudelski, chrześniak Stefana Starzyńskiego, absolwent Politechniki w Lozannie. W chwili wybuchu wojny miał dziesięć lat. Zmarł na początku bieżącego roku.

Czy ten syn Tadeusza, obrońcy Lwowa i członka francuskiego ruchu oporu, w powojennej Polsce miałby szansę skonstruować sławną na cały reporterski  świat, Nagrę, czy również by hodował świnie, jak Karpiński w latach siedemdziesiątych ? Albo owce, jak Roman Kluska, twórca polskiej firmy komputerowej - Optimus, która była na drodze do zdominowania polskiego rynku komputerów oraz zdobycia czołowej pozycji wśród portali opinii w latach dziewięćdziesiątych,  a teraz już nie istnieje?

Ale na razie mamy połowę lat osiemdziesiątych. Microsoft ciągle jeszcze jest, wprawdzie już znaną w kręgach informatyków, ale małą, kilkusetosobową firmą. Znaną z tego, że zrobiła system operacyjny przekształcający „mikrokomputery” - małe zabaweczki podłączone przez złącze „wideo”, do migających, bladozielono – ciemnoniebieskich monitorów, od których oczy pieką i trzeba je leczyć okładami z herbaty, w komputery o mocy wielkich szaf, umieszczonych w klimatyzowanych salach.

W owym czasie...

 pan K. przebywa z wizytą w pewnym resortowym ośrodku pod Warszawą …


W podobnym co do wielkości, ale nieporównywalnym co do znaczenia polskim, resortowym Ośrodku odbywa się spotkanie pracowników Działu  Metod Inżynierskich z młodym, nie mającym jeszcze czterdziestki, doktorem nauk ścisłych, który niedawno powrócił z Kalifornii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie.

Opowiada pasjonujące szczegóły obyczajowe z kontaktów ze studentami.
Wówczas właśnie słuchacze usłyszeli po raz pierwszy o odwróconej, uczelnianej hierarchii: to wykładowca był oceniany przez studentów. To on musiał zaciskać zęby, gdy na jego łóżku siadał bez kompleksów i oporów student przybyły na konsultacje, posiłkując się jego laptopem, zadawał pytanie.
I na pytanie trzeba było odpowiedzieć jasno, zrozumiale i ciekawie. Bo pod koniec semestru studenci stawiali oceny wykładowcy. A teraz to na polskich uczelniach, coraz częściej - standard.

Ma ze sobą pierwszy raz widziany przez obecnych – laptop wraz z legendarnym dzisiaj prototypem fascynującej gry komputerowej - programem „Fly simulator”.  Komputerek jeszcze mniejszy od „mikro” komputerów, a prawie równy im mocą.

Dla słuchających, pan K.  jest uosobieniem sukcesu polskich, przebojowych naukowców, zaznaczających swoją obecność na Zachodzie, tam, gdzie weryfikuje się prawdziwa wartość dorobku, fachowości i talentu. W polskiej prasie technicznej pojawiają się wówczas, o dziwo, doniesienia o innych polskich naukowcach. Np. o Aleksandrze Wolszczanie. Niektórzy z nich piszą w tej prasie artykuły, dzieląc się swoimi doświadczeniami z pobytu w Mekce światowego postępu technicznego. Który wygrał zimną wojnę bez jednego wystrzału.

W latach 1984-1985 liczba osób wyjeżdżających na różnego rodzaju stypendia, szczególnie do Stanów Zjednoczonych, wyraźnie wzrosła - wyjaśnia dr Krzysztof Pietrewicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Taka kariera: najpierw studia - ekonomia lub handel zagraniczny, potem stypendium, a w końcu powrót z odpowiednimi umiejętnościami, kontaktami i doświadczeniami, jest dość standardowa.

Ale nie tylko stypendia. Również szukanie na własną rękę, dzięki swoim dotychczasowym osiągnięciom, biegłości językowej, publikacjom w światowej prasie fachowej, umiejętnościom i wiedzy. 
Wyjeżdżali (często wręcz – uciekali, paląc za sobą mosty) -  również pracownicy Ośrodka. 
Jedni dzięki swoim kontaktom, inni  żmudną drogą przez  austriackie i niemieckie obozy uchodźców. 
Niektórzy wracali, jak pan K., inni zostawali.  Zostawali ” wrogami” i nie wracali, jak Andrzej Targowski, czy wspomniany Jacek Karpiński.

K., związany z Instytutem Podstawowych Problemów Techniki (IPPT PAN), dla grupki wolontariuszy,  prowadzi tam wykłady z Metody Elementów Skończonych. W wersji najbardziej zaawansowanej – nieliniowej. 
W czasach, gdy dla obliczeń tej wersji w Polsce, nie było jeszcze komputerów odpowiedniej mocy. Szybko awansuje w hierarchii naukowej.
Dalszy życiorys można prześledzić w Internecie.
Wreszcie ukoronowanie kariery uczonego – prezesura Polskiej Akademii Nauk.

Uczony, przedstawiciel współczesnej polskiej nauki, 

... która jest rozwinięta i racjonalna.
                
Irracjonalizmowi przeciwstawiła się w 1935 roku, ustami polskiego filozofa, Kazimierza Ajdukiewicza, reprezentanta polskiej określanej, jako lwowsko-warszawska, szkoły filozoficznej uznającej tylko takie twierdzenia, …
 „ które są uzasadnione w sposób dostępny kontroli, jasności pojęciowej i językowej ścisłości”.

Nauka polska, która dzięki starej i nowej tradycji łączności, współpracy i wkładu własnego do nauki światowej ma również możliwości.
 „Nauka ma dzisiaj takie możliwości, że można stwierdzić, czy faraon Ramzes Czwarty był chory na nerki. Możemy zliczyć pojedyncze atomy. Możemy ustalić jakie było ciśnienie skał w epoce jurajskiej, gdy się tworzyły. Ale byłoby absurdem, gdybyśmy nie domagali się rzeczy podstawowej. Wraku. To jedyny przypadek w historii katastrof, gdy ustalono przyczyny bez dysponowania wrakiem”.
(wypowiedź profesora Piotra Witakowskiego z AGH, w filmie dokumentalnym, „Anatomia Upadku”)

Tak więc tradycje i możliwości nauka ma.
Życiorys prezesa PAN można oceniać pozytywnie.  Ale nie jest jeszcze dopełniony.
Zbliża się bowiem …

Przełomowy dzień, data emisji programu „Na pierwszym planie”, 8 kwietnia 2013 roku.

Dziennikarze z sekty antysmoleńskiej, którzy zajmują się analizą psychologiczną ciemnego ludu smoleńskiego i jego szemranych, nienawistnych przywódców oraz niekompetentnych pilotów, bojących się nie tylko swego dowódcy ale własnego cienia, robią swoje.  To ich zbójeckie prawo.

Dziennikarze z „drugiej strony”, rozpaczliwie usiłują nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, by uchodzić za rozsądnych. Ale pod presją ciągle nowych faktów i analiz naukowców polskich i polonijnych, niektórzy z nich, o zgrozo, zostali neofitami prawdopodobnej hipotezy zamachu. 
Przestraszeni własną odwagą, trochę nieudolnie przeciwstawiają słowotokowi – argumenty. Jako neofici, oczywiście są na pozycji słabszej. Zawodowców, znających fakty i poszlaki hipotezy zamachowej od podszewki, nie zaproszono.

Nie ma autora filmu, nie ma chyba nikogo, kto próbował w Smoleńsku zbierać relacje, ustalać fakty, robić wizję lokalną.

Wśród tej gromady zapiekłych w absurdalnych przekonaniach z jednej strony i niekompetentnych lub zaciukanych dyskutantów jest i przedstawiciel nauki, ...

Prezes PAN. 

Tak się składa, że jest specjalistą od metody, którą posłużył się jeden z amerykańskich naukowców polskiego pochodzenia. Ten, co wyjechał, ale nie wrócił.

Teraz jest określany przez naszych specjalistów od psychologii lotniczej mianem pseudo- naukowca. Wprawdzie jest laureatem nagrody NASA, ale porównywanym do odźwiernego filharmonii wiedeńskiej, laureata nagrody tej filharmonii za uśmiechy do gości, pozbawionego słuchu.
Profesor Wiesław Binienda.  Swoje wyniki opublikował i wygłosił na sesji plenarnej prestiżowej konferencji lotniczej w Pasadenie , 17 kwietnia 2012 roku. 

Jak się zachowuje prezes PAN, specjalista mechaniki stosowanej, w szczególności problemów metody elementów skończonych w wersji nieliniowej?

Słowem nie wspomina o swoim koledze po specjalności z Akron. Nie waha się natomiast wyrazić szacunku członkom komisji Millera, której raport zawiera wnioski pomijające rozumowanie …        
„uzasadnione w sposób dostępny kontroli, jasności pojęciowej i językowej ścisłości”.

Ten „psychologiczny” raport, który tezy raportu Anodiny przyjmuje jako punkt wyjścia i punkt dojścia,  nasz bohater proponuje potraktować, jako „dokument bazowy”. 

Najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed rządem, według niego, jest tłumaczenie tez rządowej komisji. Poprawa komunikacji. A nie - korzystanie z prawie nieograniczonych możliwości nauki przy naprawdę rzetelnym wyjaśnianiu najbardziej tragicznej katastrofy lotniczej w polskiej historii.

Co dalej?

Śledźmy dalej karierę pana K., prezesa PAN, naukowca z dorobkiem.
Czy uda się mu zrealizować postulat racjonalizmu szkoły lwowsko-warszawskiej w tej konkretnej, jednostkowej i rozstrzygniętej już właściwie (przez państwową komisję) sprawie?
Czy też realizacja tego postulatu byłaby związana z wykonywaniem zbyt gwałtownych ruchów i użyciem zbyt gwałtownej mowy? I współżycie z potworem stało by się niemożliwe?

czwartek, 11 kwietnia 2013

A to Polska właśnie

Dostałem link od pewnej znajomej. Takiej mojej pani Z. Ale na inną literę.

Podam go, ale za chwilę, 
Zostawiam sobie suspens, bo od razu klikniecie i guzik z naszej rozmowy.
To taki mój dorobek, z braku innego. Linki tylko na końcu albo w przypisach.

Zwiększa szansę na utrzymanie uwagi niecierpliwego, jak wszyscy diabli, współczesnego czytelnika.

A linka podaję, bo jest dobry. 
Moim skromnym zdaniem, bo moja żona uważa, że ciągle się wypowiadam ex cathedra. No to zaznaczam, że nie ex cathedra tylko ex „mea quidem sententia”.
To quidem łączy się z mea. "Rzeczywiście, faktycznie" - moja. „Moja” – bo „zdanie” ma inny rodzaj po łacinie.
Ale to nic takiego. W wileńskim dialekcie samolot to „aeroplana”. I spróbujcie poprawić starą wileńską damę! Odparuje bez namysłu.

         „A cóż ty, mileńki taki sokół, żeś jej przyrodzeni zobaczył?”

Nie wiecie? Trzeba czytać polską literaturę lotniczą. Meissner, ale cytowany z pamięci.  
…ści lat temu. A jeszcze pamiętam, przynajmniej sens. Jakby coś było nie tak, proszę dać znać. Toż to Internet, się poprawi….

…ale ten wujek G. wykształcony!
Wie, że Rzymianie podkreślali, "naprawdę to tylko mój pogląd!".

Bo ja ostatnie zdanie po łacinie napisałem trochę na odpowiedzialność googlowego tłumacza. Nie będę udawał łacińskiego eksperta. I tak się ze mnie śmieją, że mam bzika na jej punkcie.

No i dobrze. Teraz jest moda na makaronizmy z dużą liczbą niefonetycznych zbitek spółgłosek i samogłosek, które, wbrew wszelkiej logice, zdobyły sobie w rankingu makaronizmów pozycję Number One
Air force One.
Każdy wie, jak się to czyta? I co to znaczy?

Ja idę pod prąd mód!

Chociaż nie mam nic do tego numeru One.
Kiedyś czytałem jakieś użalanie się nad angielskimi dziećmi. Jakie one biedne, muszą się nauczyć, jak się pisze "Shakespeare"!

No i do dzisiaj nikt tam nie zaproponował wprowadzenia ortografii fonetycznej. W Ameryce nieśmiało reformują. Ale co to za reformy. I nie ma tam żadnych dysgrafików! A na dobitek - ta koszmarna ortografia stała się w końcu .. standardem światowym.

Z tego wniosek, że cyrylica też miała szansę. Jak widać, nie wykorzystała.
Ale jeszcze nie wiadomo. Hieroglify, ups... jak się nazywają te chińsko-japońskie misterne grafitti na papierze?  
Po prostu znaki? Eeee. Jakoś za bardzo swojsko....Ideogramy?
No właśnie, ideogramy. Są w natarciu. Mają teraz szansę stać się światowym standardem.
I jak będą wyglądały klawiatury? Muszę zajrzeć na jakąś chińską stronę. .... Jest!
Źródło


A nasza, prosta jak drut ortografia skutkuje legionem wrodzonych, ortograficznych nieuków!
A "moim skromnym zdaniem" - to nie żadna dysgrafia, tylko lenistwo i ... brak oczytania!

To z kolei skutkuje słabą pamięcią (dorośli na przykład nie pamiętają, co pan w telewizorze mówił wczoraj i cieszą się tym, co mówi dzisiaj), wreszcie nieumiejętnością kojarzenia.
Dlatego ludzie widzą „wszystko oddzielnie”. Mówią, że "oni są do bani", ale nie kojarzą, że "oni", robią tak, bo "im" na to pozwalamy. A mistrz Julian mówi: „A nie mówiłem?”

Dalej już z górki – prosto na samo dno upadku kultury - brak elementarnych środków wyrazu.

Brak wyczucia poezji.
Kto to zrozumie?
Te anafory („Czemuż…”) i epifory („…pierwej”)?
I porównania („…partyje, jak bandy lub koczowiska polityczne…”).
Te metafory („… których ogniem jest niezgoda a rzeczywistością cuchnący dym wyrazów.”)
…. i hiperbole („… krzyż ma wielkie na całą Europę ramiona”)?

Bez wyczucia poezji nie mamy łodzi, by wypłynąć na głębię.
Za to mamy: zanik uczuć wyższych, jałowy utylitaryzm.

„Ale o co się rozchodzi? Co ten biskup opowiada?"

Wreszcie, co najgorsze - według zasady "od rzemyczka do koniczka", kończy się niedostatkami charakterologicznymi. 

Brak cnót. To po polsku, Nie po angielskiemu. C jak cnota. 
Pamiętacie jeszcze? Hej, młodzi czytelnicy! Dziadek do was mówi!

Wiara, nadzieja i miłość.
Powściągliwość, męstwo, sprawiedliwość i roztropność.
3 + 4 = 7.

Pamiętajcie!
Zaczynamy od kaligrafii, czytania, ortografii, potem umiejętność czytania ze zrozumieniem, analizy tekstu, jego treści, metaforyki, poetyki, głębi.....

Matko, ale się rozgadałem. A miałem dać tylko linka….
No, jednego już dałem. Ale nie tego, którego miałem dać na początku.
W nagrodę dam jeszcze dwa.

Ale musicie jeszcze strawić  jeden komentarz. Króciutki. Dobrze?

Link od „Pani Z.” – Artur Olędzki.
I mój własny typ: - Aleksander Ścios.

 A oto mój komentarz, napisany na portaliku pana Artura, odnoszący się jednocześnie do tych dwóch poruszających tekstów: (…) spotkałem bloga „braterskiego”.
Oczywiście „toutes proportions gardées”.
Proszę mnie nie brać za żabę, która podstawia nogę.
„…cisza tej krypty przetrwa wiele i wielu. Nie trzeba być wybitnym „mesjanistą“, by podejrzewać, że to państwo zwane Polską przeżyje, albo też odnowi się, dzięki tej ciszy.”
Z drugiej strony …
„Nad trumnami ofiar nie może być ciszy. W tej sprawie jest wspólniczką łotrów i kryjówką tchórzy. Żadne komisje, sądy i prokuratury, nie zagrodzą też drogi do poznania prawdy. Nie wygasi jej jazgot kanalii ani bełkot idiotów dławionych moskiewskim kneblem.”

Takie teksty TEŻ mi się podobają. Dlaczego?
Mistyczna refleksja dobrze współbrzmi z mozaiką poetyckich cytatów brzmiących jak „dzwon z płynnego powietrza”. To może nawet lepsze niż eseje „apokaliptyczne”?
Czy tacy autorzy mają ze sobą coś wspólnego?

Mistyka w sercu czyli głębia duszy, powściągliwość wobec nieuświadomionych („ewangeliczne przypowieści”).

I dobitny przekaz odbierający złudzenia postmodernistycznym zakłamywaczom. Nie mają oni do czynienia z ciepłymi kluchami, płaksami, tylko twardymi, jak skała ludźmi, niepodatnymi na ich syrenie śpiewy.
Charyzmaty każdy ma inne, ale duch ten sam: 

„Poza matrixem”!
PS.
Biskup Zawitkowski 
(10 kwietnia 2013, katedra Św.Jana, Warszawa, godz 20-ta
Źródło
dostał po swojej homilii owację. Wymiana wrażeń - jednobrzmiąca. Niektórzy dopiero spostrzegli: Co za homiletyk!

Ja nie. Pamiętam go jeszcze z mszy świętych radiowych. Jedyny głos Wolnej Polski w radiu, w stanie wojennym.

Ale nieważne. 
Ważne, że przynajmniej TAM obecni ROZUMIEJĄ POEZJĘ. A może nie rozumieją? Tylko CZUJĄ?

Wystarczy. 
Czują sercem.
A to Polska właśnie.
Źródło

Sursum corda!

środa, 20 marca 2013

Trzecie prawo Newtona według Puszkina


Ostatnio przeczytałem starą książkę, wydaną w roku MDCCCCL*. Dla ułatwienia podam, że teraz mamy rok nieco łatwiejszy, MMXIII.

Ale tamten? Okropny rok!

Rok, w którym została wydana

Żyje i panuje niepodzielnie Józef Wissarionowicz "piekłowszczyk" Dżugaszwili, pseudo Stalin, satrapa Wschodu, nigdy nieukarany ludojad. Wielka radość jego rabów w całym niezłomnym i ogromnym Związku Zdradzieckim dopiero za trzy lata.
Pamiętam. Znajoma, sympatyczna kioskarka sprzedała mi przykręcany na śrubkę metalowy znaczek - portret Stalina. Przypiąłem sobie i o mało nie dostałem lania od mojego Ojca. Byłem jednak za mały. Udzieloną mi przy tej okazji lekcję o zbrodniarzu wszechczasów pamiętam do dzisiaj.
Tutaj - żadnych portretów!

Wielbiony najbardziej przez tych, do których nie sięgała jego opieka.  Słońce „uciemiężonych narodów”, „towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin”, wujek Joe, ulubieniec postępowej części powojennej Europy i prezydenta Roosevelta a śmiertelny wróg jego następcy, prezydenta Trumana.

Truman teraz musi pić to piwo, którego mu poprzednik nawarzył. Ale, nie przesadzajmy, w końcu to piwo nie jest takie złe. Trochę kosztuje, ale na pewno nie dziesiątki tysięcy istnień żołnierzy. A i ci polegli są przywożeni w trumnach owiniętych flagą narodową, odbierani z honorami na lotnisku i nikt ich nie wyklina.

Kamraci Satrapy z bolszewickiego gangu jeszcze się nie zmówili, żeby bat’kę wykończyć. W obronie własnej.  Albo my, albo on. Chruszczow, Malenkow, Mołotow, Beria albo bat’ka.

U nas?  Bierut już nie prowadzi Prymasa pod rękę w procesji Bożego Ciała. Nowa mądrość etapu.
Jest nowy, młody Prymas. Na miarę Tysiąclecia, ale jeszcze nikt o tym nie wie. Niewiadoma ale nowa nadzieja.  I ten - musi się cofać. Podpisał taktyczne, kompromisowe, kontrowersyjne porozumienie.

Właśnie aresztowali generała Emila Fieldorfa – Nila. Ale akurat to - tylko kontynuacja. Amnestia, represja. Na przemian. Mordują w najlepsze Polaków w piwnicach. Dziesiątki tysięcy. Ukrywa się i walczy sporo Żołnierzy Leśnej Reduty Ordona. 

Młodego Prymasa mają aresztować później, proces biskupów – szpiegów amerykańskich dopiero w mglistych marzeniach. Pewien przyszły premier Wolnej Polski ćwiczy styl i szyk do życiowej roli publicysty-pałkarza, demaskatora tych szpiegów.

Partyjna i ubecka swołocz pod dyktando sowiecko - bolszewickiej zarazy uparcie siodła wierzgającą polską krowę, która daje mleko ale ryczy smutno:
Panie Truman, spuść ta bania, to jest nie do wytrzymania.

Pod osłoną tej rewolucyjnej tarczy grupa polskich pisarzy rozwija pracę organiczną nowej jutrzenki. A może ocala substancję światowej kultury? Na pewno nie honorowo.
Stypendia, kompendia, mieszkania, wydania, tantiemy, haremy. Ziemiańska na Mazowieckiej, ups, równie zadymiona Kameralna na Foksal. Marynarki obowiązkowe!
Taką ciężarówką (amerykański studebacker  z demobilu, czyli od pana Trumana) jeździł (prawdopodobnie) pan Hłasko. Ja jeździłem w wieku lat około 10-ciu, jako pasażer, w szoferce. Ale nie z nim. Jeśli zaś chodzi o moje związki z p. H. - byłem świadkiem, jak kręcili ten film -"Baza ludzi umarłych". W tym celu, pomalowali na czarno parę kamieniczek w pięknym ryneczku Lądka Zdroju. Musieli przyczernić. W latach pięćdziesiątych!. Było za wesoło. Pamiętam jedną scenę przed słynną w Lądku restauracją "Pod Filarami" mieszczącą się w tej kamieniczce. Facet o wyglądzie pijanego kloszarda, który spał na wysypisku śmieci, zostaje wyrzucony z lokalu. Powtarzali ją kilka razy, dzięki temu zrozumiałem, że facet - to nie pijak, lecz Pan Aktor. Czy w filmie była ta scena?

Pan Hłasko, enfant terrible, ale bez przesady, to tylko obyczajówka, na razie jeszcze jeździ na ciężarówce, ale za parę lat będzie trzymał dyżurną marynarkę w szatni. 

Życie towarzyskie i uczuciowe w Rzeczypospolitej. Jeszcze ciągle bez przymiotnika „Ludowa”. Najpierw treść. Forma przyjdzie z czasem.

Co zostało wydane w tym okropnym roku?


Kultura wysoka! Wydawnictwo Czytelnik, z którego już odszedł jego założyciel, komunista ideowy, brat kata Żołnierzy Wolnej Polski, Różańskiego, Jerzy Borejsza.
Burżuazyjna, chociaż postępowa literatura rosyjska. Aleksander Puszkin, Utwory Wybrane.


Mój egzemplarz w gorszym stanie - a ten kosztuje 7 zł na Allegro!
Puszkina tłumaczą Julian Tuwim, Adam Ważyk, Seweryn Pollak, Włodzimierz Słobodnik, Mieczysław Jastrun. Na okrasę dano też pisarzy poza podejrzeniem: Adama Mickiewicza i Wiktora Gomulickiego.
I jeszcze tajemniczy Leo Belmont, prawie jak bohater Bułhakowa, o którym wie wszechwiedząca Wiki. Był polskim Żydem, zmarł w warszawskim getcie w 1941, w mieście, w którym się urodził, pod panowaniem nazistów (wówczas jeszcze - Niemców), tłumaczył Eugeniusza Oniegina


W moim tomie są dwa, ale inne, tłumaczenia puszkinowskiego, romantycznego eposu - Tuwima i Ważyka. 

Leo zmieścił się  tylko z jednym nostalgicznym sonetem, w którym Puszkin wspomina swoich przyjaciół:  - Mickiewicza (Sonety Krymskie) 
Dumając w dali gór Taurydzkich cieniu
Litewski śpiewak w jego ścisłe ramy
Marzenia swoje rzucał w oka mgnieniu ...
.... i Antona Delwiga – moskwiczanina.

Wyobraźcie sobie! Puszkin, który w tym sonecie wspomina dwóch najbliższych przyjaciół: Rosjanina i "Litwina", tego ostatniego uważając właściwie za swego mistrza, na wschód od Smoleńska widział tylko Litwę i Litwinów. „Lachy” – tylko na dodatek. Jako chciwa masa wietrząca wojenne łupy.
Poczytajcie sobie Borysa Godunowa. Nie ma tam słowa Polska. Jest wprawdzie król Zygmunt, ale … chyba litewski? Bo otoczony przez „litewskich panów”. A z Mikołaja Mniszcha, protektora Dymitra Samozwańca, taki Litwin, jak ze mnie Rosjanin. Rosyjska optyka geopolityczna. Carska cenzura Romanowych, czy wszechogarniająca mentalność wielkoruska?

No dobrze, skończmy te ciągłe dygresje. Pointa? Zapowiadana w tytule i nie możecie się doczekać? To ktoś tu jeszcze dotrwał? Dobrze.

Co ja wyczytałem w tej książce?


III prawo Newtona w zastosowaniu do teologii moralnej ... no nie, nie przeginajmy, raczej tylko psychologii społecznej, zwłaszcza w zastosowaniu do społeczeństwa zaszczutych rabów, jest zaszyte w każdym utworze Puszkina: od Eugeniusza Oniegina, poprzez Borysa … aż do opowiadań Dama Pikowa i Dubrowski.

Ale najdobitniej przebija w ostatnim opowiadaniu.

Też 7 zł. Ale nikt mi nie płaci za reklamę Allegro!


Tytułowy Dubrowski, zbójca – to mściciel krzywd, śmierci niewinnego ojca i utraty majątku. A jednocześnie szlachetny kochanek, którego ocala miłość. Jeśli mimo rozbojów i rabunków nie stacza się na dno moralnego upadku, to dzięki miłości do córki krzywdziciela.


Piękny, romantyczny a jednocześnie z gruntu chrześcijański morał.
Ale głębiej (albo trochę obok) jest zawarte inne przesłanie.


Przypomina się Stieńka Razin, do którego odwołują się piewcy wolności na całym świecie.
Za komuny wspominała o nim i o nim śpiewała Ałła Pugaczowa.
Ale ja widzę to inaczej. Podobnie, jak polski mesjanizm. Jest takie odwieczne prawo, które odczytuję na swój sposób.

Człowiek bardziej niż wolności łaknie sprawiedliwości. I zniesie nawet niewolę, jeśli będzie miał poczucie moralnego ładu, społecznej hierarchii zgodnej z hierarchią cnót i umiejętności.

O to jest trudno. Zawsze. I dlatego mamy - odwieczne prawo walki dobra ze złem - w ludzkiej naturze i walki między krzywdzicielami i krzywdzonymi – walki między ludźmi: „złymi” i „dobrymi”.

A bez cudzysłowu?
Walki między niesprawiedliwymi i łaknącymi sprawiedliwości. Niecierpliwość łaknących często wybucha.
 To jest, nieco wykrzywione, echo Jezusowego: „Jeśli wy nie będziecie wołać, kamienie wołać będą”.
To swoiste „memento mori”. Ale takie doczesne. Memento, nie siląc się na oryginalną, łacińską parafrazę, której i tak nikt nie doceni, reakcji.

Źródło
A dlaczego nie puszki (n) ?


Memento reakcji.
Tak!

Jest bowiem taka miara zła, która domaga się odpłaty nie tam w Niebie, przed Tronem, ale już tu i teraz.
Panoszące się fałsz, buta, bezczelność, hucpa, jawna niesprawiedliwość, fałszywi świadkowie, kradzieże zuchwałe (w kodeksie penalizowane przecież wyższymi wyrokami), areszty wydobywcze niewinnych, seryjne samobójstwa i wypadki, absurdalne wyroki - mogą spotkać się z rozpaczliwą, autodestrukcyjną reakcją. Ale autodestrukcja pogrzebać może również hucpiarza, który już myślał, że panuje niepodzielnie. 

Bo wprawdzie jeden dożywa „szczęśliwie” swoich dni, ale drugi ma łaskę kary doczesnej, która może być dla niego zbawienna.

Czy wam się to z czymś kojarzy?
----------------
* 1950

wtorek, 12 marca 2013

Polska Joanna d'Arc




... symbol wszystkiego, co najlepsze wśród synów i córek Matki Polski.
Polska Joanna d'Arc.

Dialog starego i głupiego z młodym i przemądrzałym

11 marzec 2013
Stary i głupi:
Przedstawienie Teatru Telewizji oglądałem drugi raz.
Swoją drogą, faktycznie, nie tyle "dziki", co dziwny jest ten ... kraj. Niemenowi pewnie nie wolno było tak zaśpiewać.

Młody i przemądrzały (kpiąco):
Może na Mysiej mu zmienili?

Stary i głupi (nie zwracając uwagi):
Bo tu - od czasu do czasu - zdarza się cud.
Oglądasz telewizję i przecierasz oczy. Nasi mają dziś swoje okienko!
Teatr Telewizji w III Rzeczpospolitej, niby w Królestwie Polskim awansowanym z Księstwa Warszawskiego.

Młody i przemądrzały (dalej dogaduje, co jakiś czas, ale czytelniku, sam wiesz. Możesz też dodać swoje teksty. Ja już dalsze pominę. Jak będzie coś nowego, dam znać):
Znaczy Gajowy - ma na imię Konstanty? A Kaczafi - to był książę Poniatowski? A umie chociaż jeździć konno? Bo prawa jazdy nie ma. Ufff. Ale odlot!

Stary i głupi (nie tracąc nadziei):
A tu?
Żadnego relatywizmu, żadnego wybielania ubeków, jako jednej ze stron polskiej"wojny domowej".
Zakłamane, wykorzenione, bezduszne i okrutne hieny z rozbieganymi oczkami, tępaki liczące na palcach swoje wyuczone kłamstwa.

Wszystko pod znakiem białego orła pozbawionego korony. Nie "piastowskiego", tylko polskiego, tyle, że wsadzonego do bolszewickiego kurnika.  Czasem jeszcze kąsającego ale głownie jednak siedzącego cicho.
Do czasu!

Wobec tych ponurych, nieszczęsnych figur, (z których do dzisiaj nikt nie został ścięty, bo rządzi nami Królowa Kier) - ona, Inka, sama jedna.

Samotna, ale mająca za sobą rację stanu i rację przyjaciół. Wierność i miłość.
Krystaliczna postać giganta w sukieneczce z wiosennym wzorem, śpiewającego, jak skowronek.Matkującego rannym, nie zważając, wróg, czy przyjaciel.

Moralitet, którego żaden recenzent z Filmwebu nie ośmieli się wyśmiać! 
Ale wiadomo?

To nie tylko Joanna d'Arc ale i mężny Dawid. Nowy.
Wróg się odwdzięcza, kopiąc w brzuch bezbronną dziewczynę, prawie dziecko.

Jakie tam dziecko, to co, że niepełnoletnia?
To brylant, a właściwie dwa brylanty pałających oczu, mokrych od łez.  A jednak dziecko. Tyle, że ze stali.
I ta stal przeszywa na wskroś, budzi ludzkie uczucia w zrozpaczonej zdrajczyni.

Z brylantów my robimy użytek na swój sposób. Dziwny jest ten kraj.
Brylantami strzelamy do wroga.

Młody i przemądrzały:
No fakt, dziwny...

Stary i głupi (z większą nadzieją):
A ona? To walczący, jak Chrystus podczas biczowania, Rycerz bez skazy. Walczący o dopełnienie w swojej męce dla przyjaciół, Męki Doskonałej.
Ach te nasze, katolickie paradoksy. Doskonałość, która domaga się dopełnienia.Święty Paradoks. Dziwny kraj,dziwna religia.

Młody i przemądrzały (z szyderczym podziwem, naprawdę rozbawiony):
Porąbani na maxa!

Stary i głupi (pogodzony z losem starego i głupiego)
Jakże oszczędnie i prosto a przez to przejmująco pokazana jest wierność, miłość Ojczyzny i solidarność z przyjaciółmi aż do ofiary życia.
Co za niesłychana, niemodna asceza formy. Czy tylko ja to widzę? 
Jaka widownia? Ilu następców bohaterów to ogląda i zostaje wbitych w fotele i wersalki?

Młody i przemądrzały(rzeczowo):
Nie oglądałem i nie zamierzam.

Stary i głupi
Czyste serce, żelazne zasady i delikatne wargi, godne najczulszych pieszczot.

Młody i przemądrzały(budząc się, jak wytresowany pies):
Oho, wydało się, w starym piecu diabeł pali.

Stary i głupi
I słowa, ledwie słyszalne, zduszone z powodu obrzęku ust, a jakby wykute ze spiżu.
Prosto na pomnik.
"Największa jest miłość, gdy ktoś oddaje życie za przyjaciół...".
"Lepiej, że ja jedna zginę..."

Upór i odwaga spojrzenia w oczy temu, co najbardziej przerażające. I hiena zaczyna się bać. Musi się napić.
Udziela się odwaga nawet kandydatowi na fałszywego świadka.

Młody i przemądrzały:
Aj, waj, po prostu, dowód, że zeznania były prawdziwe. Kto był świadkiem, oskarżał, ale ci, co nie mieli nic do powiedzenia, nie oskarżali.

Stary i głupi
Ale hiena i tak robi swoje. Błogosławiona wina hieny, tego obrzydliwego rzeźbiarza Pomnika.
Potem żyje z tą zasługą.
Odbiera nagrody. I nienawidzi tej okropnej, idiotycznej prawości.

Młody i przemądrzały (na stronie):
Namolni ci starzy. Wymrą i będzie nareszcie normalnie.
(wychodzi, nie słysząc już ostatniej kwestii)

Stary i głupi (patrzy za nim z żalem. Dalej, już samotny, nic nie mówi. Ale myśli dalej się kłębią).
"Coś okropnego. Bez sensu... , idiotka, krzywdę mi zrobiła, ja chciałem dobrze..wykonać zadanie...."
Wcale nie zazdroszczę im tych skórzanych foteli w przestronnych salonach.Nieszczęśnicy...źle śpią ..
----------------------------------------------

Okienko naszych w TVP? Kogo? Kilku nas, starych durniów? 
Czy kibole oglądają teatry w poniedziałki? Muszę chyba pójść na Łazienkowską i zapytać jednego.
W nich nadzieja. Może oni nie muszą?
Ale inni?

Dzisiaj to nie na czasie?
Bez sensu?
Dzisiaj nie trzeba być odważnym?
Prawda sama się broni? 
Tylko wystarczy czytać właściwe gazety, głosować na kogo trzeba i płacić podatki?
Dzisiaj można przeżyć życie tak, żeby kotek nie podrapał?

(uśmiechając się na myśl o Młodym, który jeszcze ma szansę z przemądrzałego stać się mądrym)
Spróbuj. Na mój rozum, przyjdzie moment, że będziesz musiał spojrzeć jakiejś hienie w oczy. Lepiej poćwicz ...
przed lustrem....

Ja będę mówił, d o p ó k i   t c h u:

Pamiętaj:
My mamy inne Joanny i inne łuki (tryumfalne).

---------------------------------------------------------------------------------------------------
PS
Ten tekst został też opublikowany na portalu RadioWnet
Skomentował go autor przedstawienia Wojciech Tomczyk. Przepraszam, że się chwalę, ale tu przychodzą tylko przyjaciele, więc się dzielę radościami....

poniedziałek, 11 marca 2013

Analiza ilościowa wandalizmu

Poseł Stanisław Pięta wykonał porządną robotę zinwentaryzowania wieloletniego, narastającego zjawiska wandalizmu rzeczy świętych i godnych szacunku dla każdego prawdziwego Polaka. Wandalizmu o różnym obliczu: od świętokradztwa poprzez  dewastację, niszczenie, łamanie, palenie aż po kradzież. Z tej kilkuletniej już działalności przeróżnych hien cmentarnych, pomnikowych bezcześcicieli, społecznych i zawodowych, za pieniądze i dla przyjemności wyłania się powoli pewien obraz. Nie chcę uprzedzać wypadków, jaki.

Sine ira et studio.
Postanowiłem zrobić użytek z narzędzi, którymi posługuję się na co dzień i pokazać to w liczbach i w różnych kontekstach.
Najpierw fakty: Zostały podane przez posła Piętę tutaj:

Mając te zgromadzone z pietyzmem dane, postanowiłem dokonać dokładniejszej analizy.

Wyodrębniłem różne cechy wydarzenia. Region Polski, datę, z dokładnością do roku, kwartału i miesiąca, kategorię profanacji. Procentowo i ilościowo. Z uwzględnieniem liczby aktów i wielkości szkód.
W tabelce posła Piętki jest wyliczone 61 aktów, które miały miejsce w od 2007-mego roku do końca lutego 2013.

Co ciekawe, w ciągu dwóch miesięcy roku bieżącego miało miejsce już 8 aktów, co stanowi 13% całej liczby i jeśli ten ponury trend się utrzyma, do końca roku uzyskamy imponującą liczbę 80% wszystkich aktów zdziczenia. 
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że narastają rozmiary pojedynczego aktu i zaczniemy uwzględniać rozmiary zniszczeń w pojedynczym ekscesie, obraz staje się jeszcze bardziej ponury. Bowiem w tym roku mieliśmy już dwukrotnie do czynienia z wandalizmem na masową skalę: 20 nagrobków w Łodzi:

W ciągu dwóch miesięcy, akty wandalizmu, mierzone taką zmodyfikowaną miarą – to już jedna czwarta wszystkich, w całym okresie sześciu lat 2007-2013!
Wandale są coraz bardziej bezczelni i czują się bezkarni. I chyba są. Nie przypominam sobie ani powszechnej akcji potępienia tego w mediach, ani zdecydowanej akcji policji łapiącej sprawców, nagłośnionej w mediach. Ale, prawdę mówiąc, przestałem już wierzyć w to, że nasze Państwo potrafi mnie ochronić przed czymkolwiek. Radź sobie sam i bierz sprawy w swoje ręce. Zacząłem więc od analizy i zobaczę, co z tego wyniknie.
Zacznijmy od mapki, pokazującej geograficznie największe skupiska wandalizmu.

Tabela 1 Mapka mateczników wandali


Widać, że zdecydowanym liderem wśród „mateczników wandali” jest województwo śląskie. Jeśli zaś z 5-ciu województw: dolnośląskiego, opolskiego, śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego utworzymy specjalny region „południowy”  - to otrzymamy 28 formalnych aktów wandalizmu (prawie połowa). Jeśli zaś uwzględnimy te 72 sprofanowane nagrobki w  jednym miejscu i czasie w Katowicach – to prawie dwie trzecie.

Dodajmy do tego jeszcze województwa centralne: mazowieckie i łódzkie oraz pomorskie z „wolnym miastem” Gdańskiem. Razem dostajemy 46 aktów, prawie trzy czwarte wszystkich formalnych. Uwzględniając mega – dewastacje – łódzką i katowicką – prawie dziewięćdziesiąt procent zniszczeń w skali kraju w ciągu siedmiu lat.

Dokonało się to w połowie wszystkich województw.

Tabela 2. Ranking według regionów

Wśród aktów wandalizmu wydzieliłem dwie kategorie. Pierwsza - wandalizm „interesowny”, czyli kradzież jakichś cennych elementów z żądzy zysku. Jest to zjawisko stare, jak świat. Druga – wandalizm „bezinteresowny”, czyli działanie z nienawiści, z rozpaczy, czy w opętaniu.

Albo – na zlecenie. 
Prowokacja, testowanie stopnia uśpienia i zobojętnienia „społeczeństwa” na wartości religijne oraz wartości tradycji narodowej i patriotycznej. 
Testowanie, czy można rozpocząć jakiś „nowy etap”. Czy jesteśmy „mocni” (pamiętacie jeszcze? „Musicie być mocni!”), czy już jesteśmy bezwolna masą „społeczną” reagującą tylko na bodźce materialne?  I martwiące się, czy jest się gdzie zabawić, gdzie wypić i zakąsić?

Czy nasze państwo jest już tylko atrapą z mocnym i bezwzględnym aparatem skarbowym i kukiełkami podrygującymi w telewizorniach?
Czy jego służby potrafią złapać jeszcze kogoś, kto godzi w najświętsze symbole? Albo w naszą rację stanu?

Dla pełnego obrazu sytuacji przyjrzyjmy się przerażającej krzywej trendu zjawiska zdziczenia – w czasie.

Tabela 3 Liczba aktów wandalizmu w czasie. 
Bez kradzieży, które stanowią tylko jedną piątą wszystkich aktów.


piątek, 1 marca 2013

Trudny Optymizm Święta Wyklętych


Święto Żołnierzy Wyklętych ma wspaniały odzew w Narodzie.

Nabożeństwa, manifestacje, refleksje. Audycje, wywiady, wystawy, koncerty.

Serce rośnie jednym, bledną twarze drugich.

Ci drudzy,  którzy nie mają głowy do niepraktycznych rozważań, chcieli wybrać przyszłość. Mieli zapomnieć, bo program nauki historii miał przewidywać tylko wersję dla balangujących. Polska Druga, a nawet Trzecia miała zapomnieć.

Ale ci pierwsi zawiedli. Z pewnego punktu widzenia. Polska nie zawiodła. Z innego. Znaczy się, zależy od punktu widzenia. 
Bo mamy 2 (słownie dwa).

No to ta Pierwsza Polska, z pewnego punktu widzenia, w swej najlepszej, dolnej, nie "elitarnej", części upomina się o swoich Żołnierzy Niezłomnych, zgodnie z proroctwem jednego z nich. 
Upomina się o Żołnierzy wyklętych przez oprawców, najemników, janczarów i ich pogrobowców, którzy ich chcieli zostawić zapomnianych na wieki w „trupim pyle” jam grobowych.

A oni teraz wstają z grobu! Pył staje się pomnikiem bohaterów!

Pewien piosenkarz powiedział buńczucznie, że on zawsze ..
A ja pamiętam, jak się bał … ZChN - u. A nie zauważał, że pogrobowcy oprawców a nawet oni sami właśnie się wygodnie instalują w Wolnej Polsce...
Lepiej późno, niż wcale.

Kilka dni temu byłem wstrząśnięty. Profanacja pomnika * tej wspaniałej, młodziutkiej, mężnej, jak młoda lwica, dziewczyny Polki, Inki. Dziewczyny Polki, która miała w chwili nikczemnego mordu tylko Babcię Polkę i Matkę Polskę.

Miałem wrażenie, że czerwona zaraza panoszy się bezczelniej i bezczelniej - z dnia na dzień.
Ale oczywiście nie było pewności, czy to nie jest akt całkowicie wyzutego z idei, zwierzęcego wandalizmu.

Dzisiaj mam lepsze samopoczucie, ale niepewność pozostaje.

Co jest gorsze?
Piekielna, mrożąca krew w żyłach nienawiść do czystej idei patriotyzmu wcielonej w męstwo drobnej dziewczyny?
Która nie tylko wiedziała, jak trzeba się zachować ale umiała temu sprostać, mimo, że to wymagało męczeństwa?

Może to nienawiść tych, którzy bali się, że odbiorą im premię i się ze strachu ze… świnili?
A może gorsza jest całkowicie wyzuta obojętność i chęć niszczenia bez świadomości świętokradztwa?
Co jest gorsze, zastanawiam się ciągle?

Dzisiaj jest optymistycznie. Ale na czym budować optymizm na trwałe?
Na wierze w siłę przeciwstawienia się obojętności balangujących, czy sile walki z tą piekielną nienawiścią?
I co będzie trudniejsze?

* Od 2007 roku dokonano prawie siedemdziesięciu aktów wandalizmu (w większości "bezinteresownych materialnie"). W roku 2012 - niemal połowę z nich. W pierwszych dwóch miesiącach roku 2013 - więcej niż w całym roku 2010 - tym. Szczegółowa analiza ilościowo-jakościowa - wkrótce.