środa, 21 lipca 2010

Biało - czerwona Rapsodia

Sponiewierany mit, zapomniany oręż

Po pierwsze, podaję link do pisma, z którym współpracuję: Kwartalnik Humanistyka

Po drugie, zapraszam do ściągnięcia (bezpłatnie!) numeru 4-5/2010, gdzie znajduje się mój tekst:


Plik w formacie PDF numeru 4-5 Kwartalnika Humanistyka

Po trzecie, na zachętę, publikuję początek tekstu. Tytuł taki, jak tytuł tego wpisu:

Biało-czerwona Rapsodia
Sponiewierany mit, zapomniany oręż

Motto:
Bo jeszcze raz powiadam: godne pogardy są ludy, które deklamują wiersze przez innych ułożone lub sprowadzają płatnych architektów, aby budowali im miasta. (…) Bo słuszne jest, abym równocześnie dostawał i dawał, przede wszystkim po to, żebym dalej mógł dawać. Błogosławię wymianie darów, bo ona pozwala iść dalej i dawać więcej.
Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza

Prolog awangardowy, w dwóch odsłonach

Osoby: Prezydent Rosji, Poseł RP, Poeta

Dramatis personae: Narrator, Głos pierwszy, Głos Drugi, Diabeł
Rzecz się dzieje w auli wykładowej, sceną jest profesorski stół, długi na szerokość panoramicznego ekranu. 
Osoby ukazują się na telebimie.

Dramatis personae – osoby z krwi i kości, występują na scenie i na początku oglądają występ Osób z pierwszego rzędu.  W czasie trwania przedstawienia, na telebimie „odpowiednio” wyświetlane są Osoby.  Zostawiam trochę swobody reżyserowi :).
Ale nie może on sugerować, że kwestie wypowiadane przez Dramatis Personae są wypowiadane przez Osoby. To by było wstrętne nadużycie i podam go do sądu!
Diabeł jest ubrany swobodnie i modnie, ma włosy „na cukier”.
Głos Pierwszy jest sztywny, staroświecki i ma czarny garnitur.
Głos Drugi jest ubrany godnie i z klasą.
Narrator odzywa się zza kadru i mówi smutno, wolno i nastrojowo.

Odsłona pierwsza. Głosy Osób 
Prezydent Rosji, Dymitr Miedwiediew, 10 kwietnia 2010 roku: 
                   Ta tragedia ma wymiar mistyczny.
Narrator:
                   Teraz ŚLADU PO TEJ WYPOWIEDZI NIE MOGŁEM
                    ZNALEŹĆ.
Bartłomiej Arłukowicz, poseł:
( o zmarłym prezydencie Lechu Kaczyńskim) 
                 Gdyby mu było dane wybrać trzy drogi (dopełnienia
                 życia - przyp.mój), wybrałby właśnie tę. Bo  to był
                 patriota.
                 Wywiad z posłem B.A. w radiu Wnet

Leszek Długosz, poeta,
                 Wiersz - to intensywne przeżywanie czegoś
                 przejmującego, do tego stopnia, że czujemy się tylko 
                 transmisją…
Narrator:
                  Poeta przyjechał na Krakowskie Przedmieście
                  z Krakowa, ponieważ zbrzydziła go postawa 
                  Krakówka wobec decyzji o pochówku pary
                  prezydenckiej.
                  Czy starczy polskim artystom talentu, formacji i głębi,
                  by urodziły się dzieła na miarę Wydarzenia?

Odsłona druga. Głosy Dramatis Personae.

Narrator:
                 Patriotyzm? „Jak trwoga, to do Boga”. Pamiętacie?

Głos Pierwszy:
                Ogrom tragedii.
                Wielkość ofiary.
                Głębia smutku.
                Żarliwa wspólnota.
                Czystość uczuć.
                Szczerość przeżycia.
Narrator:
                 A to pamiętacie?  Odraza niewierzących.
                 Nie wierzących w nic.
                 W Boga tak. W Boga się wierzy.
                 Wypada - „w tym kraju”.
Diabeł:
                   Himalaje banału.
Głos drugi:
                   Łzy tłumów? Przecież łzy tak szybko wysychają.
                   Poruszenie serc płaczących?
                   Przecież to tylko plastykowe lalki z oczami
                   na mokrym miejscu.
                   Owoce poruszeń i łez? Owoce? Absurd.
                   Jakie owoce mogą być z łez i drgnień serc?
Diabeł:
                   Niedługo wszystkie łzy zamienią się w kupkę soli.
                   Drgające serca zaś błyskawicznie obrosną 
                   tłuszczem podłości (diabelski śmiech).
Głos pierwszy:
                    Czyżby? Ci, co płakali po Hubalu, po Sikorskim,
                     po Ogniu, po Łupaszce, po Anodzie,
                     to ci sami, co wstępowali do partii, donosili,
                     robili zakupy za żółtymi firankami
                     i jeździli na stypendia 
                    za pieniądze Fundacji Rockefelera?

                    Ci, co krzyczeli „Niech żyje papież!”,  to ci sami,
                    co chodzili na pochody i defilady?
                    Ci, co obalili listę krajową to ci sami,
                    co dzwonili do szkła kontaktowego?

                    Ci, co płakali po papieżu, zakładali później koszulki
                    z napisem „nie płakałem po papieżu”?
……………………………………………..
Głos pierwszy:
                    Na Krakowskim Przedmieściu ludzie zaczynali
                     się liczyć.
                     Jak kiedyś, w czerwcu ’79.
Głos drugi:
                    Ale czy to starczy, żeby wygrać demokratyczne
                    wybory?
Głos pierwszy:
                    Ludzie stali kilkanaście godzin, aby się pokłonić
                    prezydentowi na marach. 
Głos drugi:
                    No i co z tego? A gdzie dotąd byli?
                    Gdzie się później podzieli?
Narrator:
                    Dusza rozdarta między Mszą Św.
                    a konferencją prasową posła Palikota.

                    Między papieżem a Urbanem.
                    Huśtawka.

                    Czas odświętny.
                    Czas zwyczajny. Czyli upodlony.

                    Rzeczywistość teraźniejsza, szlachetna.
                    Rzeczywistość przyszła i przeszła. Zastępcza.
Diabeł:
                    Histeria! Demon patriotyzmu!
Głos drugi:
(Wstrząsa się dreszczem grozy)
                    Ojej!
Głos pierwszy:
                     Nawet nie dają nam przeżyć w spokoju
                    okrutnego i wzniosłego czasu żałoby.
                 
                    Już wieszczą! 
               
                    Diabelska sztuczka: opowieść o przyszłości.
                    Albo strachy albo raje na ziemi.
Głos drugi:
                    Elita nie lubi narodu.
Głos pierwszy:
                    I wzajemnie.
Diabeł:
                    Naród trzeba uśpić! Inaczej – DEMONY!  
(Tu śmieje się diabelsko)
Głos drugi:
                    Pisarz i intelektualista –
                    w opozycji do człowieka z flagą, czyli kibola.
Głos pierwszy:
                    Czyżby, aby być dobrym Polakiem
                    oznaczało -  być złym człowiekiem?
                    No i oczywiście – Europejczykiem.? 
                    Wtedy się jest, horribile dictu –Eurosceptykiem?
Głos drugi:
                    Strzelcy na pewno zagłosują na Olechowskiego.
                    Harcerze a zwłaszcza harcerki, na 
                    Napieralskiego.
               
                    A jeśli teraz, w tych wyborach, natychmiast! -
                    nie wygra Marek Jurek, albo 
                    przynajmniej Jarosław Kaczyński,  to …. kurdę!
               
                   Wyjeżdżam do Irlandii i zostawiam tych 
                    cholernych Polaczków sam na sam
                   z Kubą Wojewódzkim!
Głos pierwszy:
                    Pewna posłanka SLD miała pogrzeb katolicki!
Głos drugi:
                    Też mi wiadomość.
Diabeł:
                    Trzeba uruchomić natychmiast protesty
                    z dwóch stron!
               
                    Katoliccy faryzeusze niech się 
                    oburzają, że ksiądz dopuścił do skandalu,
               
                    zaś pani profesor
                    musi ogłosić zatroskany artykuł o 
                    zawłaszczaniu przestrzeni publiczno - państwowej
                    przez Kościół.
               
                    Świeckie, państwowo – twórcze, wyprane
                    z wszelkich odniesień religijnych ,
                    ceremonie pogrzebowe, to nasz cel!
Głos pierwszy:
                    Może powołać Stowarzyszenie
                    „Krakowskie Przedmieście”?
Diabeł:
                    Partyjny demon - nekrofil, powstaje!
                    Zdemaskujmy go!
               
                    Do Zadymy!
Głos drugi:
                    Mnie to nie rusza. Jedni i drudzy histeryzują.
                    Idę do swoich ksiąg.
               
                     Z tego wszystkiego NIC nie wyniknie.
                     Wszystko się rozejdzie po kościach.
                
                     Nie tylko nie zbudujemy ani jednego
                     dodatkowego kilometra autostrady,
                     ale nawet Lepper i Michnik się 
                     nie nawrócą.
Narrator:
                     Hm. Czy można zinstytucjonalizować ból?
                     Smutek?
                     Szacunek dla majestatu śmierci?
                  
                     Czy można zinstytucjonalizować gwałtowną
                     potrzebę bycia razem i duch sprzeciwu wobec  
                     czegoś potwornego, niewyobrażalnego,
                     co nie powinno, czemu nie WOLNO BYŁO się 
                     zdarzyć?

                     Czy można zinstytucjonalizować duch sprzeciwu
                     wobec optyki szkła kontaktowego i 
                     wojewódzkiego poczucia humoru?
Głos pierwszy:
                     Właśnie, że trzeba instytucjonalizować!
                     
                     Ducha sprzeciwu wobec tchórzliwej,
                     lub „camusowskiej” postawy obcości niektórych 
                     katolickich publicystów, trudno nawet obudzić,
                     a co dopiero zinstytucjonalizować.
                     Właśnie dlatego, że trudno, TRZEBA!
Głos drugi:
                     To zjawisko nie tylko nie jest dobrze rozpoznane,
                     ale nawet nie ma zgody, co do jego 
                     szkodliwości.
                     Jak by co, mogę „w punktach” udowodnić jego
                     nieszkodliwość.
Głos pierwszy:
                     Może te obawy, nie demony, niektórych
                     „nie ruszają”.
                     Ale u mnie właśnie one budzą grozę tą 
                     przerażającą obcością!

                     Brak elementarnego poczucia wspólnoty.

                     Jak daltoniście wytłumaczyć piękno błękitu nieba, 
                     kiedy on widzi coś szarego, zamazanego?
                     I uważa swój smak artystyczny za ostatnią 
                     instancję?
                 
                     A przecież chodzi o kilka elementarnych, prostych,
                     odwiecznych prawd.
                     Na których fundamencie przetrwaliśmy tysiąc lat!

                     Gotowość. Motywowaną miłością Ojczyzny.
                     Do obrony. Czynem. Aż do ofiary życia.
Diabeł:
                     Katolicy od siedmiu boleści!
                     Płaczą na pogrzebach!

                     A w Nowym Orleanie? Grają bluesa! 
                     A jak wracają, to nawet skocznie!
                 
                     Blues jest sławny na cały świat! 
                 
                     Platynowe płyty tam rosną,
                     jak maślaki w młodniaku!
Głos pierwszy:
(mówi nie zważając na zgiełk wytwarzany przez zaniepokojonego coraz bardziej diabła. Staje się coraz bardziej elegancki, z klasą i coraz bardziej nowoczesny)
                     …Aż do ofiary życia. Źródłem gotowości do ofiary
                     może być tylko jedno: miłość. 
                     Im dojrzalsza, tym lepiej.
                
                    Ale to nie jest konieczne.
                    Będzie dojrzewać. 
                    Cnoty się oczyszczają w działaniu.
               
                    A rozsądek mi mówi, że aby kochać lepiej,
                    mądrzej, dojrzalej,
                    muszę kochać wszystko, z czego się wywodzę.
               
                     Kochać swoje korzenie. W prawdzie.
                     Brzydząc się mojej Ojczyzny wad i grzechów.
                     Ale kochając.
                
                      Ucząc się z miłością Jej wielkości.
Narrator:
                      „Prezydentowi się nie odmawia”. Pamiętacie?
Głos pierwszy:
                      Drugą prostą rzeczą, której wyczucie zanika
                      jest znaczenia Święta.
                 
                      Święto jest smakowaniem rzeczy wzniosłych,
                       które na co dzień bledną, ale których słaby 
                      cień utrzymuje nas w gotowości.
Diabeł:
                       A jak jednemu bluesmenowi umarło dziecko,
                       to od razu nagrał światowego hita!
                   
                       A wy co? 
                       Żenada!
                   
                       Bądź nowoczesny! Kasa, kasa, kasa!
Głos pierwszy:
                        To nieprawda, że większość ludzi,
                         to nędzne bydło,
                        dla których liczy się kasa, bal, reszta to śmieć.
                    
                         Nie jesteś sam! 
                    
                         Rozglądasz się wokół i wydaje ci się,
                         że to same żałosne, zagubione diabły wokół? 
                         Które podrygują z rozpaczy
                         ze słuchawkami od ipodów?
                    
                         Nie! 
                    
                         To owieczki, którzy zabijają swój czas,
                         ale czekają na zew! 
                    
                          Popatrz – tyle już razy przybiegali skwapliwie. 
                   
                         Tylu ich głupio zginęło pod kołami polewaczek,
                         albo od wystającego z muru zardzewiałego 
                         pręta. 
                    
                        Tylu ich udzielało się w akcjach sms-owych,
                        zabierając babci dowód.

                        Potem Róg cichł i nie widać było przewodnika.
                        Tylko jacyś obcy. Krzykacze i błazny. 
                   
                        Jedni ich brali poważnie. 
                        Inni wzruszali ramionami i odchodzili. 
                   
                        Ci pierwsi się rozczarowywali. 
                        A ci drudzy?
                   
                        Ci drudzy zostawali osieroceni i błąkali się,
                        stając się łupem jeszcze gorszych 
                        szalbierzy.  
                   
                       Albo osuwali się w prywatność i
                       samotnie, cicho, mężnie trwali
                       w rozpaczliwej nadziei. 
                       Rosnąc za mało, bo bez nawozu otuchy.
(siada i nieruchomieje)
Narrator:
                           Tęsknota, aby przemienić ducha w rzeźbę. 
                       
                           Przetworzyć wiosenny zapach jaśminu
                           rosnącego przy świeżym grobie
                           - w kultowy olejek o trwałym zapachu,
                           dostępny w każdym kiosku.
(Koniec prologu.
Osoby bledną stopniowo i wracają do swoich codziennych zajęć, Prezydent - do troski o wielkość swego Kraju,  Poseł  - … podobnie (załóżmy), Poeta - do swego smutku i poszukiwań natchnienia. Dramatis personae kłaniają się pięknie przy niemilknących oklaskach zwierząt leśnych, z przewagą trusi, i rozsiadają się w pierwszym rzędzie auli Auditorium Optimum kładąc palec na ustach. Wchodzi profesor Lis.)

(...)

wtorek, 15 czerwca 2010

Słowik

Pożegnanie wiosny

Pole za osiedlem nie ma już tej cudownej, zimowej szaty, okrywającej wrotyczowy Las Lilipuciego Króla.
Nie ma też brunatnego, żałobnego wyglądu, kiedy Białego Króla pogoniła dziwna wiosna, okrutna i wzniosła, która spadła nagle, jak czarna wrona i ukąsiła śmiertelnie białego orła.

Na polu panuje już prawie niepodzielnie Zielony Czarownik, zdobywając opuszczone królestwo od dołu.

Zeschły Las zanurza się stopniowo po pas, gdzieniegdzie po ramiona w zielonych pędach. Dodatkowo jest osaczany przez zielone brzózki, niby …aluzja zagajnika okalającego pewien jar.

Szeroka lilipucia droga zamieniła się w błotnisty wykrot, po którym Guliwer - emeryt, stąpając ostrożnie, może przejść wśród zielonej zmiany warty – do kanałku. Jego lustro zapylone jak uosobienie alergii, pomarszczone, jak twarz zapłakanej staruszki, która w tej wodzie straciła wszystko.


Stopniowo zbliża się srebrny, kojący duszę śpiew tego polskiego ptaszka, który lubi chodzić piechotą. Teraz już dotarł do domu i cieszy serce swojej płodnej połowicy.

Co on tam wie!

A może to on jest mądrzejszy od nas?

Nie samym swoim rozumkiem, ale rozumem Tego, który go stworzył dla naszej pociechy.

Idą jeszcze cięższe czasy? To przyszłość. A przyszłość, zanim się nie stała, to diabelska sprawa. Nasza sprawa to Teraźniejszość i Wieczność. Ćwiczmy na razie, na TERAZ wrażliwość na piękno tych kwileń, aby nie zabić w sobie wrażliwości na piękno prawdy.

Błogosławiony Jerzy, módl się za nami!

http://system2001.waw.pl/pub/slowik.wav

Tekst zamieszczony pierwotnie na moim blogu na Frondzie
http://fronda.pl/krisr/blog/

środa, 28 kwietnia 2010

Cnoty i .. polityka


Jestem byłym homo politicus.  

Staram się ograniczyć czytanie gazet, kupuję je, i to tylko „odpowiednie”, nie – codziennie. Ciągle sobie obiecuję, że to już ostatni raz o polityce. A potem nie wytrzymuję.
(Podam tu kilka linków do mojego starego bloga na Frondzie. Zwłaszcza ze względu na ciekawe dyskusje moich gości. Tutaj też się trafiają.Przypis mój 10.5.2013)
Jak choćby ostatnio, o „nieśmiertelnym”, Drogim Bronisławie.
Przedostatnio pisałem o cnocie męstwa
W związku z listem naukowców, który, jak tego się obawiałem, rozejdzie się po kościach. 

Starałem się tam trzymać z dala od polityki, ale chyba mi się to nie udało. Jeden z moich ulubionych komentatorów nieufnie szukał tam polityki i jej niechrześcijańskiego zapachu. Ledwo się obroniłem.

Co do wpisów stricte apolitycznych: Jakiś czas temu – pisałem o powściągliwości. A również o posłuszeństwie, co wzbudziło żywą dyskusję.

Ta notka jest próbą pisania o polityce – apolitycznie. 

Jest reakcją na krótki wpis – link blogerki verre, Teraz on nie działa. Ale usuwanie kolejnych linków nic nie da, Panowie, Dbający, Żeby Nic Się Nie Stało!
Szybko znalazłem nowy (przyp. 10.5.2013)

Link do poruszającego wykładu Thomasa Schumana (Jurija Bezmienowa), filipińczyka, zbiega z ZSRR, byłego pracownika agencji Novosti, specjalisty od agresji ideologicznej.

Nie wiem, kto zauważył i kto potraktuje poważnie ten link. Postanowiłem go promować na swój sposób.
I nie tylko ten. Ale o tym potem. Na razie wstęp. Na zachętę.



Można ten youtubowy serial zadedykować wszystkim „rozsądnym” przeciwnikom teorii spiskowych. Ale pomińmy to. Ja skupię się na wątku, który wiąże ze sobą aspekt „polityczny” z aspektem „apolitycznym”.

Wystąpienie Schumanna, jak każdy solidny przegląd spójnej wiedzy, ma wiele aspektów. Każdy może sobie go przemyśleć. To czterdziestominutowy zapis  fragmentu (podsumowania?) wykładu z zakresu strategii wojny ideologicznej, poparty konkretnymi przykładami z historii XX wieku. 

Wojny, która w atakowanym kraju, w końcowym efekcie, prowadzi do przejęcia władzy przez marionetkę Kremla.
Kończy się zaskakującymi, ale tylko dla tego, kto nie wysłuchał go uważnie, „religianckimi” wnioskami.
Jak zapobiec fatalnemu następstwu etapów agresji ideologicznej, kończącej się złowrogą „Normalizacją” pod egidą Kremla, której przykładem jest rok 68-my w Czechosłowacji?

Pamiętam. Sam krzyczałem wtedy: Polska czeka na swego Dubczeka! Nie doczekała się. Za to Czechosłowacja doczekała się rychło swojego Husaka.

Klasyczny proces „agresji małych kroków” sformułowanych przez chińskiego filozofa Sun Tzu wygląda na schemacie następująco:

Demoralizacja ->; Destabilizacja ->; Kryzys ->; Normalizacja


Afganistan, Nikaragua, Bangladesh, Liban, Czarna Afryka – wiele przykładów opisanych również przez naszego genialnego, szalejącego reportera, Ryszarda Kapuścińskiego, który dziwnym trafem był zawsze tam, gdzie wybuchały rewolucje marksistowskie.

Schuman odwołuje się do postaci i ich dalszych losów, po spełnieniu roli (często dopełnionych przy akompaniamencie odgłosu strzału rewolwerowego).

Można zresztą do tych przykładów dodać Chile (jako przypadek udaremnionego procesu), Kubę, osiemnastowieczną Polskę (procesów "udanych"), oraz jedyny, jaki mi przyszedł do głowy, a z którym prawdopodobnie Kreml nie miał nic wspólnego, osiemnastowieczną Francję.

Nie będę rozważał, jak mnie (lub Wam, drodzy czytelnicy) kojarzy się ten schemat i na którym etapie jest Zachód, na którym zaś „nasz nieszczęśliwy kraj”. Nie piszę o polityce.

Według prelegenta, na każdym etapie ten proces można powstrzymać. Najłatwiej jednak to zrobić, zgodnie zresztą z ogólną zasadą techniczną, na początku. A więc, podczas trwania pierwszego etapu – Demoralizacji.

Od siebie dodam, że niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w sowiecki/rosyjski spisek, czy nie, zastanawiający ciąg etapów od demoralizacji do destabilizacji widać jak na dłoni we wszystkich krajach „Zachodu”, łącznie z naszym.

A ostatnio – w krajach północnej Afryki.
Ja nie wiem, czy to jest spisek. Jeśli spisek, to i tak potrzebna jest dla niego społeczna gleba. Właśnie dla demoralizacji. Ale ta tendencja jest bardzo niepokojąca.

Prelegent podał również przykłady państw, po których zostało tylko blade wspomnienie: Mohendżo-Daro, Egipt, Majowie, Inkowie, Babilon.

Wszystkie te państwa upadły, zdaniem Schumana, gdy utraciły swoją religię.

Cytuję z pamięci:
„Nie spotkałem nigdy człowieka, który gotów by oddać życie za taką bezdyskusyjną prawdę, jak 2+2=4. 

Ale miliony oddały majątek, wolność, życie, wszystko, za Boga, za Jezusa Chrystusa.

To jest coś, co spaja społeczeństwo. Nie trzeba strzelać do sowieckich/rosyjskich agentów, nie trzeba uderzać rakietami na siedzibę władców Kremla.

Uderzać trzeba mocą swojej mocy duchowej i wyższości moralnej.

Aby przetrwać, jako społeczeństwo, jako państwo, trzeba mieć WIARĘ.

Jeśli nie ma w nas tej mocy, to czas najwyższy, aby zacząć nad tym pracować.

Jak na wykład z zakresu strategii wojny, zaskakujący wniosek, nieprawdaż?

Na koniec, dwie refleksje.

Pierwsza.

Wspomnienie, z lat siedemdziesiątych.
Spędziłem wówczas wieczór u jakiegoś znajomego. W towarzystwie bynajmniej nie opozycjonistów, po prostu kilku normalnych ludzi po trzydziestce, którzy zasiedzieli się po zbyt krótkiej prywatce. 

Ktoś wyciągnął niewielką książeczkę agencji Nowosti z propagandowymi grepsami. Nigdy by mi nie przyszło do głowy brać tego świństwa do ręki.

Spędziliśmy na wspólnej, głośnej lekturze resztę wieczoru. Nie pamiętam, kiedy jeszcze tak się uśmiałem. Po pewnym czasie śmieliśmy się nawet z najniewinniejszych zdań.

Pamiętam jedno, zapadło mi na całe życie:
Kto to są dysydenci? Jest to garstka odszczepieńców.

Młodym ludziom, którzy nie kojarzą, wyjaśniam: chodziło o „wyjaśnienie” sowieckiego punktu widzenia na  rolę rzeczywiście garstki opozycjonistów w Związku Radzieckim, o których działalności dochodziły nas słuchy. Wówczas działali tam tacy „odszczepieńcy”, jak Andrzej Sacharow, Anatol Szczarański, Włodzimierz Bukowski.

Mało śmieszne? A pokładaliśmy się po podłodze. Zwykli peerlowscy inteligenci, nie czytający jeszcze żadnej bibuły, słuchający pewnie trochę Wolnej Europy. Nie pamiętam dokładnie, ale było to chyba jeszcze przed wyborem papieża Jana Pawła II – giego.

Mieliśmy jakiś wbudowany filtr, który nas nie tylko impregnował na tę propagandę, ale wobec bezczelnej hucpy, nie mającej nawet świadomości swojej kompromitacji, wyzwalał naturalny odruch, .

Ten śmiech nas wówczas połączył mocniej niż gdybyśmy mieli za sobą wiele wspólnych formacyjnych, opozycyjnych, antykomunistycznych, nielegalnych zebrań. Kilka lat później nie trzeba było zbyt wielu słów, żeby wspólnie zakładać jedno z pierwszych w Regionie Mazowsze kół, nie żadnego „związku zawodowego”. Po prostu Związku Wolnych Ludzi.

Wyczucie absurdu i poczucie humoru – to, być może, pierwszy warunek oparcia się agresji ideologicznej, tego specyficznego oblicza demoralizacji: rozbrojenia ideowego.
Ale nie tylko niewystarczający, lecz i zwodniczy.

Skoro bowiem osławiona Agencja wydawała miliony dolarów na „taką śmieszną” propagandę, widocznie byli tacy, którzy gotowi byli w to uwierzyć. Świat nie kończy się na Polsce, a Polska nie kończy się na wesołym zebraniu paru inżynierów i prawników, w tym jednego prokuratora. Ani nawet na cichych, porządnych, pracowitych chłopach spod Rzeszowa, czy choćby spod Ostrołęki.

Bo przecież i w Polsce do dzisiaj sprzedaje się koszulki z nadrukiem „wielkiego” Che. Istnieją portale komunistyczne, ba, nawet wydawnictwa.

Dzisiaj już śmiech zamiera mi czasem na ustach, gdy widzę głoszone mega – absurdy i giga – hucpę.

Dlatego teraz będzie … refleksja drugia:

Warunek konieczny – to oparcie na cnotach właśnie. Ludzie cnotliwi, czyli roztropni, powściągliwi, mężni i sprawiedliwi nie ulegną podszeptom „róbta, co chceta”.

Nie pomylą wolności i odpowiedzialności z samowolą i krzywdą innych, bez odpowiedzialności.
Nie ulegną stadnemu pędowi linczu. Nie pójdą za pierwszym lepszym „wodzem”, obiecującym „ostateczne rozwiązanie” ich problemów i różne cuda.

Będą odporni na manipulację i nie dopuszczą do przejścia do etapu drugiego: destabilizacji.

Zagadka: Dlaczego niektóre agresywne reżimy, oparte na przemocy, tworzą nieubłagany front walki z religią?

Bo jest ona oparciem dla pielęgnowania cnót. A cnota jest wrogiem każdego reżimu, opartego na przemocy a nie na prawie naturalnym.
Idee mają konsekwencje. Jeśli Boga nie ma, to …

I tak doszliśmy do polityki. O nie! Basta!
W tył zwrot.
Ja tylko promuję jedną z inicjatyw pielęgnowania cnót: Wspólnotę Marto. To jest działanie „polityczne”. W najlepszym i pierwotnym tego słowa znaczeniu.
Jaki będzie jej los? Bóg jeden wie, ale ...Niech jej Bóg sprzyja!


Jakie to dziwne…. Teoretyk wojny psychologicznej odkrył ewangeliczną prawdę :
"Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane"
Czy on o tym wie?

poniedziałek, 1 lutego 2010

Medytacja zimowa (2)

Część druga. Późny ranek

Poeci już obrabowali cały świat z barw i melodii,

trudno wysłowić się od nich urodziwiej,

lecz pragnąłbym ten madrygał tak odmłodzić,

abyś się dała choć na chwilę zadziwić.

……………………….Józef Łobodowski - W poszukiwaniu metafor



Nowe życie…

Lekka przesada, ale… po latach jazd na drugą stronę Wisły, hen do Kań, Podkowy, Grodziska nawet, Szewc znalazł, dzięki kontaktom ze spacerów osiedlowych, koniarza wyjątkowego. 20 minut od domu, jazdy indywidualne, na telefon, nawet niedrogo. Cud!

Koniarz, pan Marek ma prawdziwe, ujeżdżeniowe, nie rekreacyjne konie. Na takich Szewc jeszcze nie jeździł. No i okazuje się, że jeździć nie umie. Pan Marek mówi, że jeźdźcy dzielą się na takich, co jeżdżą konno i jeżdżą na koniu.

Ci ostatni po prostu jadą, jak pasażer, ledwie tolerowany. Kierowca z tylnego siedzenia.

Ci pierwsi tworzą z koniem harmonijnie współdziałającą jedność. Ta jedność jest czymś więcej, niż parą koń-jeździec. Jest to jeźdźcokoń albo koniojeździec, twór, który może dokonać czegoś, czego ani sam koń, ani sam jeździec nie jest w stanie osiągnąć.

I Szewc jedzie na jazdę. 20 minut od Olch. 40 minut od Warszawy. Nawet teraz, bo pod prąd się jedzie. Dzień w międzyczasie trochę się obudził i gęba mu się przejaśniła.

40 minut czasu. Radio w samochodzie wyłączone. Od pewnego czasu wcale nie potrzebuje go włączać. Nie musi szukać bezowocnie jakiejś sensownej audycji. Ani nawet włączać audiobooka. Ma o czym myśleć.

Jest godzina ósma dwanaście, czwartek, środek stycznia, bieżącego roku. Czternaście minut temu Lis pożegnał się z córką przed szkołą.

Chwileczkę, jak to ósma? Jak to czwartek, środek stycznia, bieżącego roku? Jak to niedawno Szewc się pożegnał? Przecież, po pierwsze, wpis na ten temat był opublikowany we wtorek, pod koniec stycznia, po drugie, to było tydzień temu!

Sprzeczność czasu opowieści i czasu czytelnika.

Każdy miłośnik literatury to zna.

Wyobraźmy sobie, jak się czuli czytelnicy kolejnych odcinków Lalki, kiedy w maju 1888 Kurier musiał zawiesić na miesiąc druk powieści. A co dopiero działo się od sierpnia do listopada tegoż roku! Czcigodny mistrz wyjechał nagle do Nałęczowa i czas opowieści o Wokulskim zatrzymał się na niepokojąco długo.

Lis pamięta, jak jako 10-cioletni chłopiec, czytał po Bożym Narodzeniu swój najukochańszy prezent – „Klechdy Sezamowe” Leśmiana a mama wysłała go po coś do sąsiadki. Jak on pędził, żeby nie przegapić, co się stanie z Aladynem – czy go ten Dżin zabije, czy nie!

Już jako licealista, zaczął czytać „Zbrodnię i Karę”. Było to we wtorek wieczorem przed snem. Skończył dopiero w środę wieczorem. Biedna matka przestała się do niego odzywać około ósmej rano i poszła zrezygnowana do pracy. Po powrocie nie przyszła na górę.

To jest ten największy sukces autora: zwabienie czytelnika za Starą Szafę, do cudownej, zaśnieżonej krainy Czarownicy czy Lwa, to jeszcze nierozstrzygnięte. I dopóki nierozstrzygnięte, powrót jest taki trudny. Czytelnik wszedł bowiem w czas opowieści, stał się jej uczestnikiem i w nieunikniony sposób naruszył swój własny czas.

Lis od razu chwycił koncept C.S. Lewisa, kiedy ten tłumaczył naturę czasu człowieka i boskiego „punktu widzenia”.

Bóg, według tej genialnej analogii znajduje się w sytuacji autora książki, zaś człowiek – wykreowanego przez Niego bohatera.

Na początku było słowo. Czyż nie tak?

Bóg jest poza czasem, jako jego autor. Bóg – Autor stworzył postać i pozwolił jej działać. I z pozycji autora widzi od razu całą opowieść, razem z czynami swoich bohaterów, na które, w pewnym sensie, nie ma wpływu. Ale wszystkie widzi, bo widzi CAŁĄ opowieść.

Jako Autor Doskonały, Sam, we Własnej Osobie wszedł do swojej opowieści, stał się Bohaterem Prawdziwym, Przykładnym, bo umiłował swoje stworzenie. Dał dowód. Oddał za nie życie.

----
Miasteczko S. Prawie u celu. Z tyłu motocykliści kawalkadą, w czarnych hełmach, niebezpiecznie siedzą na ogonie, bo Szewc jedzie wolno, według przepisów. A z naprzeciwka tiry, całym stadem. Nie mogą wyprzedzić.

Za miasteczkiem, ciągle te tiry z naprzeciwka i motocykliści z tyłu, najpierw w górę na wzniesienie setką, potem w dół, zwalniając, do dolinki rzeczki – dopływu Narwii. Za mostkiem skręt w lewo. Trzeba wcześniej sygnalizować, bo z góry, nawet przy małym oblodzeniu, ktoś może nie zdążyć wyhamować. Lewy kierunkowskaz. Stoimy. Motocykliści też, prawie w bagażniku. Przemykają się pojedynczo z prawej strony.

Z naprzeciwka pędzi z hałasem, od którego rzęch Szewca drży lekko, ogromna ciężarówa. Przez chwilę Szewcowi wydaje się, że to Słoń w swoim trucku. Ale nie, tablica z dwunastoma gwiazdami, jak Szewca, to tylko jakiś Litwin trąbi zawadiacko i błyska światłami na kabinie, pewnie ostrzega Szewca: No! Tera ja jadę!

Nie, to nie Słoń, co ci się majaczy, stary! Słoń to ma trucka z pyskiem na półtora metra a naczepy dwa razy dłuższe, na tej drodze by się ledwie mieścił.

Za mostkiem w lewo, w polną drogę, nad rzeczką, bez drogowskazu. Ale Lis wie, że prowadzi do odległej o dwa kilometry wioski, Źrebełka Małego.

Nie w polną, w śnieżną. Najpierw przez odkrytą, białą przestrzeń łagodnego, gościnnego wzniesienia na południu i pobliską ścianą lasu na północy, płytką brytfanną drogi, zdradzającą gminną troskę o mieszkańców. Troskę, będącą dobrym owocem reform ustrojowych.

- Gdzie ja jestem? – Myśli Lis, jadąc w stronę majestatycznie zbliżającego się zjawiska na zachodzie.

Las zamienił się w uśpioną jeszcze salę balową, cichą, ani wiatru, ani muzyki, wyłożoną aksamitnym, białym pokrowcem. Zarośla i poszycie skryte pod pofałdowaną, puszystą tkaniną nie są nieprzystępne. Las wydaje się zapraszać do spacerów i kontemplacji.

Drzewa pod ciągle świeżym śniegiem, wyglądają, jak mleczne, wygaszone kandelabry wypełniające pałac Szalonego Czarodzieja. Gdzieś tu, w niewidocznych komnatach, śpią jeszcze Krasno, czy Zielono – Ludowie, Cnotliwe a Roztropne Białogłowy w Czepkach, Szlachetni Rycerze i Mądrzy Mentorzy. W podziemiach Jutrznię odprawili już Pobożni Braciszkowie, ale po cichu, żeby nie budzić domowników.

A Lis tu jedzie samochodem z tablicą z dwunastoma gwiazdami. Środkiem tej sali balowej. I żaden halabardnik go nie zatrzymuje. Zimowe opony.

Wyjeżdża z pałacu. Podzamcze. Zasiedlone przez napływowych mieszczan. Niezdecydowanych, czy należą do Zamku, czy do nieodległego Molocha.

Domy współczesne z nawiązaniem do polskiej, zaściankowej tradycji. Widok na wzgórza, jak na Mazurach, tylko horyzont bliższy, bardziej przytulny. Do Narwii około kilometra, na wschód. Idąc jej dopływem, znajomą rzeczką. Od drogi krajowej odgrodzeni pałacem, a może zamkiem Czarodzieja.

Dalsza część, w kierunku na zachód, niewidoczna w tym ustroniu, to domena miejscowych kmieci. Pogranicze.

Pan Marek krząta się przy koniach. Zamarznięta rzeczka ma swoje koryto opodal wybiegu. Na wiosnę, w czasie roztopów omywa niemal podstawy słupków ogrodzenia jednego boku wybiegu dla koni, ale nie zagrozi domowi nawet w czasie powodzi, panującemu nad nią z wysokości paru metrów. Położenie siedziska godne sąsiada Czarodzieja.

Konie poi się lodowatą wodą, nawet pokrytą warstwą lodu. Najwyżej trzeba rozkruszyć wierzchnią warstwę. Podgrzanej nie będą pić.

Szewc nic nie umie. Nic nie wie. Uczy się wszystkiego od nowa: od przygotowania konia do jazdy – do konserwacji rzędu końskiego po jeździe.

Czyszczenie sierści zaczyna się stycznie do powierzchni skóry, delikatnie, aby nie drażnić niepotrzebnie konia. Kopyto przy czyszczeniu należy oprzeć o kolano, a tylną nogę wysunąć koniowi jak najdalej. Tak jest bezpieczniej. Jeśli koń wyrwie nogę, po pierwsze użyje mniejszej siły, a po drugie, co najwyżej przesunie nas do przodu, czyli poza zasięg tylnych kopyt, których uderzenie ma siłę ciężarówki jadącej pełną prędkością. Potrafi przebić człowieka na wylot.

Szewc znał zasadę: „im bliżej konia, tym bezpieczniej”, podobnie, jak w lotnictwie, im „wyżej, tym bezpieczniej”. Ale dopiero pan Marek pokazał jej niuanse.

I tak ze wszystkim: ustawianie ogłowia i dopinanie pasków, uwzględniające szczegóły anatomiczne głowy konia. Trzeba uważać, żeby nie zatkać nachrapnikiem wylotów przewodów nosowych , które są na jednej trzeciej długości głowy, do chrap jeszcze z 10 centymetrów.

Jazda zaczyna się od stępa: ustawiania właściwej postawy, cofania nóg tak, by pięta tułów i głowa tworzyły pionową linię. Pan Marek zwraca uwagę na ustawienie głowy, łokci i dłoni, tułowia i łydek, stopy względem strzemiona i położenia siedzenia w siodle. Wszystko ma znaczenie w utrzymaniu równowagi i oddziaływaniu dosiadem na konia.

Aby skręcić w lewo trzeba działać prawą wodzą, ponieważ koń nie powinien reagować na działanie wędzidła, lecz na lekki nacisk prawego paska na szyję.

Na pierwszych jazdach żadnych galopów, palcat skonfiskowany, używanie wodzy, jako przywilej. Równowaga jeźdźca na koniu bez strzemion, bez wodzy. A koń reaguje na najlżejszy nacisk łydek, można go zatrzymać zmianą dosiadu, tylko trzeba wiedzieć, umieć i wyćwiczyć.

Skupienie, wysiłek, zmęczenie. Im delikatniejszy nacisk, tym lepsza kontrola. Im lepsze sharmonizowanie ruchów jeźdźca i konia, tym skuteczniejsze sterowanie dosiadem, tą niewidoczną dla laików królową pomocy jeździeckich.

Czy te zasady – to nudne szczegóły dla hobbystów, czy życiowa mądrość?

I na koniec nagroda: galop na wzniesienie.

- Ile fabryka dała! – Krzyczy pan Marek, zadowolony, że pilny jeździec, im mniej umie, tym jest cierpliwszy. Prawie tak cierpliwy, jak jego instruktor.

Galop w półsiadzie, z użyciem łydki, pod łagodną górę, po kopnym śniegu – to oddech wolności i dla konia i dla jeźdźca.

Allegrija! – jak wołali w uniesieniu, radośnie, przyjaciele Włosi.

Powrót galopem w pełnym dosiadzie ze zwiększaniem kontroli, żeby nie wylądować na płocie. Pan Marek nic nie mówi na ostre użycie wodzy. Życie ważniejsze, niż wszystkie jeździeckie zasady.

Wreszcie stęp końcowy. Teraz można poćwiczyć „żucie z ręki”. Delikatne, naprzemienne skracanie wodzy powoduje, że Tornado wydłuża stopniowo szyję, by wyciągnąć łeb do samej ziemi. Pan Marek zapowiada, że to trzeba będzie kiedyś zrobić w galopie.

Świat uspokojony, widoczny z wysokości półtora metra, oddech się wyrównuje, podniecenie opada. W tej pozycji można znów pomyśleć. Kris myśli o Lisie, Lis myśli o Frondowisku.

Lis został uwolniony, jako mędrek. Zyskał paru przyjaciół. I ujawnił się, jako znajomy Szewca.

Zaś Szewc – w przystępie bezradności.

Kiedy atmosfera staje się ciężka a gustowne maseczki wykrzywiają się, jak postaci awangardowych grotesek, trzeba się wycofać i opowiedzieć „przypowieść”.

Jeśli ktoś jest zapiekły w swym przekonaniu a nam wydaje się, że błądzi, co możemy poradzić?

Opowiedzieć bajeczkę. Historyjkę. Nie ma co się wpieniać. Albo cię zainteresuje, albo nie. Chcesz o niej porozmawiać? Chcesz wiedzieć, co miałem na myśli? Porozmawiajmy. POROZMAWIAJMY. Nie chcesz rozmawiać? Nie szkodzi. Bajeczki lepiej się pamięta. Może kiedyś wspomnisz.

Czy nie tak postępował Nasz Pan?

Historyjka, powinna być interesująca i prawdziwa, zgodnie z zasadą „jeśli nie wiesz, jaka jest prawda, to przynajmniej nie kłam”.

Żeby była budująca musi być rozpięta na prostych, zawsze ważnych zasadach. Mieć jakieś domyślne motto. Jaka jest PIERWSZA ZASADA?

W Katechizmie uczy nas Kościół:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy" (Mt 7,12). Całe Prawo ewangeliczne sprowadza się do nowego przykazania Jezusa (J 13, 34) byśmy się wzajemnie miłowali, tak jak On nas umiłował.
I w Ewangelii Janowej, w przywołanym ustępie (J 13,34).

Przykazanie NOWE daję wam: Miłujcie się wzajemnie! Jak ja was umiłowałem, tak macie wy także wzajemnie się miłować. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeżeli miłość mieć będziecie jedni ku drugim.
Zbawiciel mówi wyraźnie, że daje NOWE przykazanie. I mówi nie o miłości Boga (to rzecz oczywista, mówi do pobożnych żydów), a o miłości wzajemnej, takiej, jaką On sam nas umiłował. Miłość Boga do nas, jest wzorem, by się miłować WZAJEMNIE.

Mówi to w okolicznościach szczególnych, podczas Ostatniej Wieczerzy, po słowach „Dzieci moje! Niedługo już będę z wami.” Nauki zakończone, misja dobiega końca. Jeszcze coś trzeba powiedzieć. Na pożegnanie. Żeby zapamiętali. Żeby wiedzieli, co dla niego najważniejsze. I mówi WŁAŚNIE TO. Czy mówi to po raz pierwszy? Skąd! Mówi o tym w Kazaniu na Górze (MT 7,12), niejako podsumowując je: „Cokolwiek więc chcecie, aby wam ludzie czynili, czyńcie im także, BO NA TYM POLEGA ZAKON I PROROCY.”

Te słowa Katechizm określa mianem złotej zasady.

A miłość do Boga? Czy jest ważniejsza? Czy też może złota zasada ją pomniejsza?

Ależ nie! Złota zasada – to dobra rada. Po czym poznają ludzie, że kochamy Boga? Miłość Boga, bez miłości do bliźniego może stać się gorszącą dewocją. I epitet „stara dewotka/dewot” ( a może czasem: młody nawiedzony?) odnosi się właśnie do ludzi, z których deklarowanej miłości do Boga nic nie wynika. Bóg zdaje się wówczas mówić: Nie kompromituj mnie! Nie przyznawaj się do mnie!

Lepiej świadcz dobro drugiemu człowiekowi w ukryciu, jako laik. A jak już zapracujesz na opinię człowieka dobrego, życzliwego, wtedy możesz, tytułem nagrody, wyznać: Ja nic z siebie, wszystko, co dobre, uczynił we mnie Chrystus.

- Panie Kaziu! Koniec, niech pan zjeżdża do zagrody!

O, jaka szkoda. Koniec. A tu tak pięknie. Tak cicho. Tak dobrze. W międzyczasie dzionek rozbudził się wreszcie, słoneczko wyszło i rozweseliło świat. Modlitwa Żony została wysłuchana.

- My, ludzie małej wiary, – myśli Szewc – potrzebujemy czasem, żeby Bóg wysłuchał naszych modlitw. I On wysłuchuje. To nasza Tajemnica. Radosna. Prosta.

- Wiesz, Braciszku?

Jeszcze rozsiodłanie i konserwacja rzędu specjalnym, pachnącym przyjemnie olejem. Dłonie niech się też zakonserwują.

Szewc wraca tą samą drogą, prowadzącą przez salę balową. Pora obiadowa, więc Czarodziej kazał pozapalać kandelabry. Zaraz zejdą się jego goście na posiłek.

W czym Las Elfów Lorien jest piękniejszy od tej Leśnej Sali Balowej, gdzie Świerki i Olchy żarzą się teraz, przydając jej ciepłego blasku? Blasku, budzącego słodką tęsknotę…

Tak, teraz muszę postać tu, żeby nie obrazić tego piękna. I zapamiętać. Dopóki nikt nie nadjedzie.

Początek dwudziestego pierwszego wieku, południowy skraj powiatu pułtuskiego, północne Mazowsze, Polska, rozdział w opowieści Boga.

Jeszcze są takie miejsca. Jeszcze jest taka zima. Już trwa dwa tygodnie. Według czasu Lisa i Szewca.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Medytacja zimowa (1)

czyli Jeden dzień Lisa Frondowicza.
(a może Krisa?, Szewca?)

Część pierwsza. Wczesny ranek
Motto:

„…muszę zrobić coś takiego, żeby ten widok na całe życie zapamiętać, a przynajmniej muszę tu trochę postać, żeby tego widoku i tego piękna nie obrazić moją nieuwagą i pośpiechem.”

JM Rymkiewicz



Jest godzina szósta trzydzieści, czwartek, środek stycznia, bieżącego roku.

Mroźny i śnieżny, styczniowy poranek budzi się niechętnie. Bohater Niniejszego Opowiadania wygląda przez okno na ogród, w którym od dwóch tygodni stoją ośnieżone świerki, jak siwi pielgrzymi po kolana w śniegu.

Nie są to owe stare świerki z Burbiszek, wśród których pan Skiłądź urządzał biednym Żydkom amerykańskie wyścigi, żeby wyłonić odbiorcę jego zboża. O nie. Nie osiągnęły jeszcze pełnoletniości, a już siwe! Co za piękny widok i jaka pociecha za mordęgę wstawania o świcie! To pierwszy raz od wielu lat, że cud białego Nowego Roku ciągle utrzymuje się na gałęziach, tworzy puszysty kobierzec zamiast trawnika i wcale się nie nudzi. Rzadki fenomen trwałej świeżości. Lepszy od bożonarodzeniowej choinki po Nowym Roku. A tylko uczucie świeżości gwarantuje bogactwo doznań.



Osiedle Olchy znajduje się osiemnaście, liczonych w porze nocnej, minut drogi od północnej dzielnicy lewobrzeżnej Warszawy. Wliczając w to przejazd przez zdezelowany, pogierkowski, rozkopany o 10 lat za późno most.

Aby dowieźć domowników do pracy i szkoły na 8-mą, Bohater Niniejszego Opowiadania musi jeszcze przed siódmą wyprowadzić psa. Aby wyjechać spod domu dziesięć po siódmej. Jeśli w ogóle się uda wybrać na tę porę marzeń, żeby nie liczyć na korzystny zbieg okoliczności, czyli umiarkowane korki bez żadnych incydentów.

Osiedle jest oszczędnie upchane w pas ziemi między drogę wojewódzką a urokliwy kanałek o dumnej, królewskiej nazwie. Jest zaprojektowane miło, ale przede wszystkim dobrze, że w ogóle.

Czworaki, z ostatnim segmentem Szewca są ułożone ukośnie w stosunku do ulicy. Dzięki temu, stojąc na balkonie, mamy prawie amfiteatralną perspektywę osiedla. Czworaki po drugiej stronie stoją wprawdzie równolegle do osi jezdni, ale dzięki temu, że razem z przeciwległymi tworzą kąt ostry, to teatralne wrażenie jest zachowane.

Aranżacja Rynku w podmiejskiej sypialni niestety nic nie pomogła i rynek jest bezsensownym klombem z dwoma wegetującymi sklepikami, ale i tak jest przyjemniej niż na nowobogackich osiedlach, gdzie pałace wymieszane z landarami rozrzucone są po terenie, jak efekt politycznej debaty, zaś drogi osiedlowe przypominają biedne, wiejskie opłotki. Ten cichy, bezimienny urbanista, który w końcu lat osiemdziesiątych rozrysował plan osiedla, często towarzyszy Bohaterowi w myślach podczas spacerów, jako dobry duch tego miejsca. Facet musiał lubić swoją pracę i ludzi, których sobie wyobrażał, jako mieszkańców tworzonego przez siebie świata.



Teraz jednak Bohater ma dwuznaczny, niechętno-przyjazny stosunek do przymusowego, mającego higieniczne i duchowe walory, porannego spaceru. Idzie się przez pole zarośnięte nieporządnie zeschłymi kwiatostanami wrotyczu, których kikuty pokryte są jak czapeczkami, bawełnianymi płatkami (nawet te płatki się utrzymują, cud!). Kiedyś, za pół roku, to pole wrotyczu, wysokiego nawet na półtora metra, pokaże się w innej krasie. Teraz ma swoje zimowe, ulotne pięć minut. Wygląda, jak jakiś lilipuci, zwichrowany lilipucią wichurą, zimowy, zaśnieżony las.

Rudy kundel wyprzedza swego pana, Guliwera na emeryturze, i pędzi jak strzała, pies – olbrzym, szeroką, lilipucią drogą, na ukos do obsadzonego topolami kanałku, wyglądającego teraz jak wielka rynna wypełniona zamarzniętą śmietaną, dziwnie pasującą do ośnieżonych świerków z przeciwległego brzegu.

Na szczęście o tej porze – ani żadnych awantur z samcami – ani niewczesnych zalotów do suczek. Niskie, ale przestronne, ciemne jeszcze niebo, wyłożone gładko, fachowo, chmurami. Bez żadnych szwów. Brunatno-szare na zachodzie i zdradzające przedświt na wschodzie, trwa nieruchomo. Żaden dzwon z płynnego powietrza nie dzwoni. Za ciemno, za zimno, za wcześnie. W odległym o kilometr czterystuletnim kościele zadzwonią na poranną Mszę Św. dopiero za pół godziny.

Cisza. Tylko chrzęst zmrożonego śniegu.

Mało czasu. Za mało, żeby kontemplować tę surową chwilę.

Bohater, w akompaniamencie mroźnego chrzęstu, myśli o pewnym Szewcu i pewnym Lisie. I zaczyna odkrywać, że, zaiste, ekskluzywne, ale przez to wcale nie mniej dolegliwe, kłopoty go dopadły!



Kiedyś, ze sto lat temu, pewien Włoch powołał do życia coś ze sześć postaci. Pirandello. I te postaci zaczęły za nim łazić…

I Lisek – Ancymon, młody i głupi, 40 lat temu czytał to nawet w oryginale, bo wtedy uparł się, żeby się porządnie nauczyć włoskiego. Żeby komunikować się w pracy, robić zakupy i przekomarzać się z towarzystwem. Ale jego pasja – książki, była najważniejsza.

Niewiele rozumiał z tych dziwacznych, eleganckich problemów, jakie trapiły szwendające się po teatrze postaci. Wolał Lampedusę. I tradycyjną, piękną historię o starym, dobrym, ale trochę zepsutym, kończącym się świecie, w krajobrazach śródziemnomorskich, pod lazurowym, włoskim niebem.

To lepsze niż przeintelektualizowana opowieść w zamkniętym pomieszczeniu niechby i włoskiego teatru.



No i kim jest Bohater?

Do stu tysięcy par butów, nie wiadomo! Narrator – Kris, czy Lis, bo chyba nie Szewc?



Masz babo placek! Stary Lis stworzył, niby uczeń czarnoksiężnika, postać Szewca, ledwie szkic, niby standardowy awatar na Frondzie.

A teraz? Czy to Szewc za nim łazi, czy on sam go szuka? Doświadczenie gawędziarza zwiększa wrażliwość literacką? Minęło 40 lat i wydumany problem pewnego zapomnianego pisarza okazuje się życiowy. A realizm platoński w odniesieniu do postaci literackich zaczyna doskwierać, jak tęsknota.



Nagle Ancymon wciął się do rozmowy…

- Wiem, wiem, Ancymonie, nagrody Nobla przed wojną nie dawali jeszcze byle komu. Ale skoro już jesteś, o co chodziło tym sześciu postaciom? Widzisz, mam teraz problem twórczy.

- Nie bardzo rozumiem, na czym on polega – hardo odpowiada Ancymon – ja nic nie napisałem, chociaż myślałem, że potrafię. Ale trzeba było się skupić na zrobieniu projektów. Wtedy tylko pewien włoski pisarz – amator dawał mi swoje próby do oceny. Bardzo mu się podobały moje opinie. Ale zdaje się, że nie byłem zbyt uprzejmy dla jego talentu. A pisał lepiej niż ty o tym Szewcu. Kojarzyłem jego styl opowiadania z Hemingwayem. Chociaż Hemingwayem to on nie był. I powiedziałem mu to. A ty to nawet Stasiukiem nie jesteś.

- Nie mądrzyj się, smarkaczu. Nie o to pytam. Opinie takiego głupka, jak ty, mnie nie interesują. Powiedz po prostu, co zapamiętałeś z tych sześciu postaci?

- A, jakieś bzdury. Kupiłem tę książkę chyba za 600 lirów, tanio, a ja kupowałem wszystko, co się dało. Noblistę kupiłem. Nawet nie pamiętam, czy to porządnie przeczytałem. Tyle tego było…

- Ale z ciebie kretyn. Jaki z ciebie pożytek? I z tych twoich lektur po włosku? Jeszcze z tobą pogadam, na razie nie mam czasu, muszę rodzinę zawieźć.



Zaraz siódma, trzeba wracać. Ścieżką wzdłuż płotu sąsiada, który, szczęściarz, mieszka na końcu osiedla, dokupił sobie drugie tyle od chłopa jeszcze przed Unią, więc tanio i teraz jest niby w segmencie, a tak naprawdę na swoim. Prawie, jak pan Skiłądź z Burbiszek. Też nasadził świerków, ale nie dziewięć, jak Szewc, a z dziewięćdziesiąt. Nie alejka od bramy jak u Skiłądzia, tylko świerkowy żywopłot wokół dużego ogrodu. A świerki wszystkie teraz siwe i dorodne, chociaż jeszcze gołowąsy, jak Szewca.



To Szewc teraz zawiezie rodzinę do Warszawy? Szewc? Ale on ma przeżywać uniesienia krajobrazowe, snuć medytacje filozoficzne. Zaraz będzie, że ma „wysokie metafory”. Szewc – filozof?

No nieeee. Metafory to Lis. Szewc jest postacią, nie Narratorem. Nie zawsze musimy udzielać mu głosu wewnętrznego. Proste? No, nie wiem, a kto szedł na spacer? Jak to, kto? Lis. A Narrator snuł te ryzykowne porównania. No i wychodzi na to, że Szewc będzie teraz bezrobotny. Szkoda. No i ryzyko, uwzględniając jego względną popularność. Dobra, jak się to ogłosi na Frondzie, może znajdą się dobrzy ludzie i podpowiedzą. Się użyje klawisza Edit i się udoskonali.

Nie chodzi o to, żeby na siłę, te metafory. Ale naprawdę ta zima jest niezwykła. Może już ostatnia taka?

Mistrz Rymkiewicz uważa, że porównania, metafory to takie spinacze, które tworzą pary z różnych istnień. Taka para jest jakby mocniejsza i lepiej znosi przeciwności losu. Jeden element świadczy drugiemu usługę odbicia cechy, wspólnej dla pary. Ileż już istnień przepadło i ich blady obraz może istnieć tylko dzięki jego parze z poetyckiego porównania. Mistrz Rymkiewicz pokazuje to na przykładzie Pana Tadeusza. A przecież zdolność porównywania powinna być dostępna nawet Szewcowi! Wystarczy tylko trochę polotu i znajomości konkretnych cech, konkretnych rzeczy.



Trzeba by się wytłumaczyć z tego, niedającego się przezwyciężyć, impulsu, aby opisać to rzadkie zjawisko zimy. Podeprzyjmy się autorytetem Mistrza Rymkiewicza, który tak pisze o Mickiewiczu:

„On musiał chyba strasznie kochać jedyność, niepowtarzalność każdego istnienia. (…) To jest bój przeciwko przemijaniu, marnieniu, rozpadowi. Cytryny, wiewiórki, kapelusze, suknie, grzyby i obłoki idą – prowadzone przez niego – w bój przeciwko nicości.”

I jeszcze to, co zawarłem w Motto, o widoku na pewne suwalskie jezioro.

Następny cytat z Mistrza dotyczy już czego innego:

„I tu pan Mareczek wydaje z siebie straszny, przejmujący jęk: – O Boże, Boże, żebym ja tak umiał pisać. Żebym choć jedną rzecz, jedno istnienie zdołał tak opisać, żebym choć jeden obłok, jeden liść łopucha uratował od nicości”.

Stop, stop. Mistrz, za pośrednictwem podmiotu lirycznego, pana Mareczka, klęczy pokornie przed Bogiem a właściwie – przed Wieszczem. I składa hołd wielorybowi jego talentu. I teraz Kris powinien klęknąć w następnym, a właściwie setnym rzędzie i złożyć hołd delfinowi. Jako rybka-śmieciojad, wyjadająca spośród zębów olbrzymów resztki pożywienia.

I dać głos jako Ryczypisk:

Nie tylko o to chodzi. Nie tylko o spinanie istnień w pary, nie tylko o oddanie hołdu królewskiemu pięknu natury. Chodzi o utrwalenie czegoś tak nieuchwytnego, jak zachwyt. Wewnętrzny, niewyrażalny, jaśniejący ciężar, jaki powstaje w duszy wraz z przeżyciem ulotnego piękna. Ten niepokojący ciężar jest jak przemijające, ale silne zakochanie w pełnokrwistej, pachnącej drzewem sandałowym i ubranej w muśliny, księżniczce z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. I nieodwołalnego blednięcia tej żywej, czarującej istoty, jak źle utrwalonej odbitki fotograficznej.



Wyjeżdżają, mozolnie brnąc zimowymi oponami w niesprzątniętym śniegu przez za wąską uliczkę osiedla. Żona narzeka, że nie lubi zimy. Szewc na to, że przecież taka ładna, że chyba lepiej, niż chlapa i szaruga.

- Wczoraj marzyłaś, żeby było nie 10 stopni mrozu, tylko 5. No i dziś jest pięć. Pan Bóg wysłuchał.

- Mhm, ale tak ciemno i smutno. Żeby chociaż trochę słoneczka.

Jadą. Korek na razie zwyczajny, nie trzeba nawet wykorzystywać awaryjnych objazdów przez Osiki, gdzie już położyli asfalt, a jeszcze nie wszyscy wiedzą. Drogi się trochę nadkłada, ale i tak się opłaca.

Samochody smutno płyną jeden za drugim, puszczając z tyłu białe pióropusze, jak dziwne wieloryby. Szaro, mglisto i ślisko, jak w płytkiej słonej wodzie, ale alleluja i do przodu.



Rymkiewicz to się z tymi swoimi bohaterami wcale nie patyczkuje. Wcale za nim nie łażą. Sam ich na spytki bierze, raz uśmierca, potem cofa zegar i gada z nimi, nawet im wymyśla. No i muszę się przyznać, zanim pewien komentator wykryje, że tę rozmowę z Ancymonem wziąłem od niego. Ot, mistrz!

- Słyszysz, co do ciebie mówię? Znów odpływasz?!

- O przepraszam, myślałem, czy Asia zdąży dzisiaj do szkoły, bo trochę za późno wyjechaliśmy…

- Akurat! Kłamiesz, znów ta Fronda! Możesz chyba pół godziny dla rodziny poświęcić!

- Ale przecież lubisz moje historyjki…

- Lubię, ale ile mnie to kosztuje. Pamiętaj, żebyś zadzwonił do mnie, jak tylko wrócisz z tych koni!

Starsza dziewczyna wysiada, młodsza – drzemie w ociężale podgrzewającym się samochodzie.

Wolna Polska nie zdobyła się jeszcze na odblokowanie tej gigantycznej butelki, do której Lis codziennie musi przeciskać się od strony jej korka.

Najgorszy odcinek – dojazdu do szyjki, kiedy trzeba wytrzymać do ostatniej chwili, aby zmienić pas, przed przewężeniem prowizorki byłego Mostu Syreny ze stanu wojennego, i ulga, kiedy otwiera się amerykańska perspektywa czteropasmowego mostu – spadku po Ojczulku Gierku.



Narrator cicho, żeby nie dekoncentrować Lisa podczas najtrudniejszego odcinka trasy i nie przeszkadzać Drzemiącej, przemawia do Ancymona z pretensją:

- Zobacz, jak przez swoją głupotę zmarnowałeś taką okazję. Szwendałeś się, jak te nieszczęsne postaci Ludwika – Noblisty po całych Włoszech, zwiedziłeś wszystkie większe miasta od Genui do Wenecji, od Bolonii do Rawenny, od Mediolanu do Neapolu. Watykan? Proszę bardzo. Krzywa wieża? Ależ tak, nawet w towarzystwie kolegi, Toskańczyka, który nie tylko zawiózł cię jeszcze do Sieny, ale w samej Pizie potrafił pokazać prosty kościółek, którego surowe piękno można było oglądać w samotności, bez tłumów turystów.

- I co z tego? Mieszkając tyle czasu w Turynie, nie uważałeś za stosowne skorzystać z niepowtarzalnej okazji nawiedzenia Katedry i zobaczenia Całunu! Teraz zaś nawet porozmawiać poważnie o literaturze z tobą nie można!

- Zwiedziłeś Kaplicę Sykstyńską i potrafiłeś siedzieć tam godzinami na zwracając uwagi na panujący tam rejwach, porównywalny tylko z podobnym rejwachem w pewnym zagrabionym, dla celów nieznanych chyba nawet rabusiom, katolickim klasztorze na Ukrainie. Rejwachem uczynionym nie przez amerykańskich, a sowieckich turystów. Ale to już historia nie twoja, tylko Lisa – średniego, Lisa budzącego się powoli, strasznie powoli. Te godziny w Kaplicy cię ratują. Powodują, że nie straciłem do ciebie resztek sympatii. Wychodząc zauważyłeś pewien niepozorny konfesjonał, z przyczepioną, nagryzmoloną kartką: „po polsku”. Mówi ci to coś?

- A daj mi spokój, stary nudziarzu. To była dla mnie tylko ciekawostka, źle się kojarząca, zresztą. – odrzekł czerwony ze złości Ancymon.

- Otóż to. Ciekawostka. To ci wlazło w oczy. Ale powiem ci coś, o czym nawet nie pomyślałeś w swej ignorancji. Otóż na wysokości Neapolu, na przeciwległym, adriatyckim wybrzeżu, w górskiej wiosce, w klasztorze San Giovanni Rotondo, żył jeszcze pewien sędziwy, świątobliwy mnich. I spowiadał nie „po polsku”, ale w języku, którym szczekałeś, jak karabin maszynowy. A ty wolałeś szwendać się po Pompei, Capri i tym podobnych standardowych miejscach, które są dostępne do dzisiaj.

Ancymon naprawdę się wściekł.

- No nie, przestań wreszcie, stara marudo! Ja miałbym do Niego pójść? Przecież pogoniłby mnie chyba gorzej niż pewnego miejscowego notabla. A ja jeszcze gorzej bym się zawziął.

- Chyba masz rację. Widzę, że przynajmniej teraz trochę zmądrzałeś. No dobra, zmykaj. Dojeżdżają.



Szkoła. Rozespana Dziewczyna, znacznie młodsza od Ancymona, ale chyba o niebo mądrzejsza, wysiada. Miejska gra samochodzikowa, dzięki zbiegowi okoliczności słabo poddającemu się analizie, dała wynik pozytywny. Dziewczyna rozpocznie naukę od pierwszej lekcji.

I tej świeżo upieczonej licealistce, Lis zawdzięcza trzecią z rzędu lekturę tej samej książki Jarosława Marka Rymkiewicza „Rozmowy polskie latem roku 1983”. Utrwalony przez Lisa obyczaj bożonarodzeniowego obdarowywania się nawzajem książkami, zaowocował prezentem – ukłonem dla przeszłości taty. Pierwszy raz Lis czytał tę książkę niedługo po jej wydaniu przez podziemną oficynę wydawniczą „Nowa”. Trochę rozczarowany jej pięknoduchostwem i nierozumiejący, „co tam właściwie jest niecenzuralnego”. A wtedy szukało się przede wszystkim niecenzuralnych fragmentów w podziemnie wydanych książkach.

Drugi raz, w końcu lat dziewięćdziesiątych, gdy kupił sobie pozycję typu „cegła” (PIW), myszkując, jak nurek w bezładnych kupach tanich, niechcianych książek.

Czytał bez przekonania, jak pozycję archiwalną, dla przypomnienia. Z satysfakcją, że ta bibułowa, offsetowa, wydrukowana zabójczą czcionką, której jego ojciec nie mógł czytać, przekształciła się w porządnie wydaną, normalną pozycję literatury pięknej. Na normalnym poziomie.

Dopiero lektura tego prezentu wybranego z miłością, szacunkiem i znawstwem zobowiązała go do porządnego wczytania się w ulubionego autora.



Dzisiaj to jedyne Lisa ranne obowiązki, potem umówił się ze swoim nowym trenerem konnej jazdy, panem Tadkiem. Droga powrotna, to jak zjazd na nartach ze stoku, na który wspinaliśmy się w czasach, w których nie było wyciągów. Patrzymy na tych wszystkich biednych zmotoryzowanych narciarzy, drepczących jodełką pod górę. I jedziemy na krechę.

Bo Lis zaczął nowe życie. Nowe życie!

środa, 23 grudnia 2009

Szewc - bohater

Świąteczny wpis dla bezradnych



Przedmowa

Parę malkontenckich wpisów trochę mnie zirytowało i nawet dałem temu wyraz w komentarzach. Całe szczęście rozmowa z autorami przekonała mnie, że ta druga frondowa choroba dotyczy sympatycznych, kulturalnych i bynajmniej nie zapiekłych w swej postawie blogerów, co mnie z kolei pocieszyło.

Dlatego z okazji Świąt Bożego Narodzenia postanowiłem ogłosić ten wpis „dla bezradnych”, od których rzekomo „nic nie zależy”.



Nie będę prowadził kolejnej wojny.

Święta, to po pierwsze.











Instalacja tradycyjna. Kompozycja i kierownictwo artystyczne: Gosia
Asysta techniczna (ociosywanie i dokręcanie): Tata,
Konsultacja: Mama











Ale po drugie, ze zniechęceniem walczyć trzeba inną metodą. Pewien bloger rozbroił mnie odpowiedzią na moje gniewne uwagi, że „weekend coś poradzi”. O, to, to!

Szukać lekarstwa.

Oferuję więc takie, jakie mam. Czy zadziała? Zobaczymy…



Lis spotyka Szewca na zakupach

Lubię Święta, ale czas przedświąteczny to czas pracowity. Pewne rzeczy są trudne i ważne, jak wymiecenie duszy lub dobór prezentów dla najbliższych, inne radosne, na przykład wspólne pieczenie pierniczków czy wyprawa po choinkę, niektóre zaś nieznośne, ale niezbędne.



Do tych ostatnich należą zakupy produktów, od których staram się wykręcić, niech mi to nie będzie policzone.

Jednym ze sposobów jest urwanie się jak najszybciej żonie i rozejrzenie za jakąś kafejką. Okolicznością łagodzącą nie może być pospolitość tej metody.



Jak jest rozpowszechniona, przekonałem się pewnej mroźnej soboty, kiedy w gwarnym, zimowym ogródku pewnego francuskiego Skrzyżowania wymawianego, nie wiedzieć czemu z angielska, zmierzałem z filiżanką cappuccino w kierunku ustronnego stolika. Aby zanurzyć się w lekturze najnowszego numeru Frondy.



Ogródek nie był zaciszny, bo znajdował się w pobliżu estrady, na której wynajęty, bliżej nieznany mi aktor, zabawiał dzieci, jak na mój gust cokolwiek za głośno i cokolwiek za wesołkowato. Widocznie biedny, nie ma dzieci i nie wie, że dzieci to zupełnie normalni ludzie i można do nich gadać normalnie, też zrozumieją.

Oczywiście od strony estrady są puste stoliki, ale chyba tylko dla niepełnosprawnych. Dla przygłuchych. Ja jestem przygłuchy, ale niestety nie do tego stopnia, żebym się kwalifikował.

Kieruję się wbrew nadziei na przeciwną stronę, a tu ktoś mnie woła:

- Panie Szanowny! Zapraszam!

Proszę! Znajomy Szewc – szczęśliwiec zajmuje wspaniały stolik z kanapą – narożnikiem w zacisznym, jak na kołchozowe warunki, miejscu.

Z lektury nici, ale nawet lepsza kawa w towarzystwie uroczego gawędziarza.

- Dawno pana nie widziałem! – mówię, kiedy już dokonaliśmy rytuału przywitań i ustaliliśmy wspólny grzech zakupowego eskapizmu oraz braku małżeńskiej solidarności w tej mitrędze.

Odzyskuję dobry humor i nawet ten nieco hałaśliwy rozgardiasz staje się nagle bardziej sympatyczny, a wesołkowatość mniej rażąca.



- Roboty huk, przed Świętami ludzie zamawiają buty do końskiej jazdy na prezenty. Ale wreszcie wyciągnęła mnie Moja na zakupy. A co tam u szanownego pana?



- A wie pan, panie Kaziu, – odparłem skwapliwie – ostatnio śledziłem te blogi, o których kiedyś mi pan opowiadał i zirytowały mnie niektóre. Zamiast radosnego, czujnego, aktywnego oczekiwania, za dużo malkontenctwa, zniechęcenia, bezradności. No niech pan sam powie!

- Chyba napiszę kiedyś książkę pod parafrazowanym tytułem „W poszukiwaniu utraconego ducha czasu”.

- Albo są przemądrzali i agresywni, albo znowu zniechęceni. A wszystkiemu są podobno winni „modern-bigoci”, za głupi, żeby się przeciwstawić papieżowi i dzieci szkolne, które są za głupie, żeby je uczyć.



Szewc uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- Cieszę się, panie szanowny, będę miał jeszcze jednego znajomka pisarza, bo na razie za dużo mam tych nowobogackich, co zaczynają konno jeździć. A z nimi znajomość będzie zaszczytem dopiero za trzysta lat, a i to nie ze wszystkimi.



Spojrzałem na niego niepewnie. Kpi, czy mówi poważnie? Z tym dziwakiem nigdy nic nie wiadomo. Sam narzekam, a czepiam się biednych zniechęconych surferów. Ale szewc z niewinną miną, zamyślony, zdawał się czekać na dalszy ciąg.



- Humor mi tylko popsuli – kontynuowałem trochę niepewnie – ale nie chciałem się kłócić, bo to ich jeszcze bardziej rozwścieczy albo zniechęci.

Podobno czasy są takie, że nic się nie da zrobić. Wszystko przegrane. Nasz Polski Mojżesz, to był modernista i szkodnik, Kościół pogrąża się w modernie, rząd z Prezydentem do kitu, Unia odebrała nam niepodległość, Niemcy z Rosjanami już się dogadali.

Koniec świata! I o co myśmy walczyli? Zostawiliśmy trochę dla dzisiejszej młodzieży, a ona tylko narzeka.

Nic od nich nie zależy? Pamięta Pan, jak w stanie wojennym nie traciliśmy nadziei? Jaki był duch? Jakie kawały opowiadało się nawet nieznajomym?



Tu zamilkłem wreszcie i postanowiłem dalej tego nie ciągnąć, bo zwalczanie malkontenctwa marudzeniem mnie samemu wydało się absurdalne.



Szewc przez chwilę milczał, jakby nie zauważył, że czekam lekko zaniepokojony na jego reakcję. Głupio by było zmienić miłą pogawędkę weekendową w rozmowę dwóch zgorzkniałych ciotek. Już chciałem zmienić temat i zagadać neutralnie, kiedy nagle podjął mój wątek.



- Nic od nich nie zależy? Ech, panie. Chyba nigdy nie zrozumieją, jak człowiek może być bezradny. I nawet wtedy może zostać bohaterem. Coś panu opowiem.



Szewc opowiada, jak zdobył władzę

W stanie wojennym dali mnie mieszkanie w nowym bloku, osiedle „Jasnowłosa” nazywało się. Duży blok, 125 mieszkań, to zaraz skojarzyłem, że to jak duża wieś, na 125 dymów.



Dobrze mi było na Starym Mieście, na Szewskiej, w oficynie, warsztat miałem od frontu. Ale w jednym pokoiku bez łazienki, tylko z jednym kranem, z dwojgiem małych dzieci, ciężko było. A Podziemie wtedy namawiało, żeby wykorzystywać różne nieprzeżarte komuną organy, a nawet dawać się wybierać i próbować z demokracji socjalistycznej robić zwyczajną. Latałem trochę z bibułą po mieście, na jakieś tajne zebrania, liczyłem głosy, żeby komuna nie podawała wyniku 99% i tak dalej, ale i tak nie mogłem wysiedzieć w warsztacie i tylko walić młotkiem w but na kopycie.

Kiedy spółdzielnia ogłosiła zebranie mieszkańców, poszedłem. Przyszło jeszcze trzech. Na 125 mieszkań. No i przedstawiciel spółdzielni, który musiał wyjść z protokółem powołania Rady Mieszkańców Bloku.

Poznałem 3 charakternych ludzi. A wtedy ludzie z biglem nie pytali, co będą z tego mieli, tylko pytali, co trzeba zrobić.

Sprawa była czysta, powstała czteroosobowa Rada, a ja zostałem sołtysem, to znaczy, jak zawsze o sobie później mówiłem, blokowym, czyli kapo.

Władza leżała na ulicy, a raczej na posadzce z brudnoszarej płytki PCV.



Ta władza miała smak używanej, drewnianej szpatułki. A tą szpatułką trzeba było pomalować klatkę schodową albo wykopać dziurę w ziemi i zasadzić drzewko.

Panie, to naprawdę nie było śmieszne, to dopiero teraz śmiesznie się wspomina.

Jak ja byłem w warsztacie, a winda się popsuła, Moja, niczego nie podejrzewając, otwierała drzwi i słyszała zdenerwowany, miarkowany dobrym wychowaniem, więc tylko trochę podniesiony głos:



- Czy jest Pan Przewodniczący? … Nie ma? …To naprawdę skandal! Jego nie ma, a winda nie chodzi!



Winda często się psuła, a blok miał 20 pięter. Całe szczęście, że mieszkaliśmy na 15-tym, więc docierali do żony ci najzawziętsi, z najwyższych pięter.

Tym z niższych nie chciało się włazić tak wysoko, woleli od razu do administracji.

Telefonu nie mieliśmy, automat na dole był często zepsuty.



Po pewnym czasie udało się zdobyć telefon do konserwatora, i sytuacja się unormowała; kto najbardziej nie lubił wchodzić po schodach, na przykład matki z dziećmi w wózkach, dzwonił od razu do niego. Konserwator miał głosowanie audiotele, więc, mimo że też uważał, iż „czy się stoi, czy się leży, 2 tysiące się należy”, nie miał wyjścia: ludzie, którzy mają do domu 12 pięter w górę, stają się dziwnie przekonujący.



Mniej więcej na tym to polegało: mała pomysłowość na poważne kłopoty. Długo by opowiadać, jak zorganizowaliśmy sadzenie drzewek na dziedzińcu podobnym do cegielni po bombardowaniu czy samowolne grodzenie społecznego parkingu.

Godziłem sąsiadów z góry, którzy mieli dużo dzieci i żadnych dywanów, z sąsiadami z dołu, którzy nasłuchiwali twardych stuknięć upadających zydli w bezsenne noce. Zyskiwałem czasem wdzięczność u ludzi, którym okazałem troskę, ale nic nie pomogłem oraz obojętność u tych, którzy coś skorzystali.



- Zanim nas żony wywołają, niech Pan opowie przynajmniej, jak Pan został tym bohaterem – przypomniałem gadule.



- Już, już – odpowiedział pojednawczo Szewc – właśnie mówię. Mała pomysłowość na poważne kłopoty!



Szewc opowiada, jak został bohaterem

W któreś Święta tak się złożyło, że mieliśmy awarię wody. Ciepło było, ale koparka rozwaliła rurę przed samą Wigilią. Akurat byłem w domu i awanturowałem się w Administracji. Wodociągi na to, że to nie ich wina, że to budowlańcy, że Święta i ludzie na urlopach. Ale administrator, którego trochę postraszyłem buntem mieszkańców, zmusił w końcu Wodociągi do wysłania ekipy.

Puścili wodę. I wtedy okazało się, że jednemu z 17-tego piętra leje się woda z sufitu. Jego gapowata sąsiadka z góry, młoda dziewczyna zajmująca kawalerkę, musiała odkręcić kran, gdy nie było wody. Teraz zaś woda zalewała podłogę. Oczywiście przyleciał do mnie, a ja niestety byłem w domu, zadowolony z udanej interwencji, miałem właśnie mordować karpia, pokazując małemu synkowi, jak się to robi.



Trzeba było zakręcić wodę w jednym pionie: mieszkańcy 30 mieszkań, którzy właśnie ucieszyli się z wody w Wigilię, będą teraz czekać, aż gapowata sąsiadka wróci z pracy.

Powiedziałem wtedy do zalewanego sąsiada, który martwił się tak, jakby to była jego wina:



- Chodźmy, mam pomysł.



Poszliśmy do mieszkania obok Gapowatej. Otworzyła nam młoda, piękna pani, znajoma z windy. Wytłumaczyłem, że sąsiadka obok zostawiła otwarty kran i szukam sposobu, żeby dostać się do jej mieszkania. Czy pozwoli rzucić okiem z loggii? Może tamta jakimś cudem zostawiła otwarte drzwi balkonowe?

Spojrzenie nieco wyniosłe, ale uprzejme, babka z wyższej sfery, jakaś aktorka, żurnalistka czy papuga.



- Ależ proszę, panowie, oczywiście. Wejdźcie!



Mieszkanie wyposażone w drogie, eleganckie, dębowe meble. W kącie wielka jodła ubrana już w cudowne, nieznane mi ze sklepów ozdoby. Z niewidocznych głośników sączy się cicha, kojąca muzyka. Gra jak w filharmonii, żadne tam kołchoźniki czy bambina, wie pan.



Podłoga z klepki dębowej, zasłana perskim dywanem, puszystym, jak angielski trawnik.

Przechodzimy, starając się stąpać na palcach i nie nanieść zbyt wiele piachu z naszego dziedzińca.

Nie do wiary! Z loggii widać wyraźnie, że drzwi balkonowe sąsiadki są otwarte! Oba balkony są oddzielone ścianką działową, ale wystarczy przesadzić poręcz balkonu, obejść ściankę, wejść na sąsiedni balkon i gotowe.

Nawet się nie zastanawiałem, że to 18-te piętro. Chwila moment, wchodzę do zalanego po kostki mieszkania, na podłodze, zamoczona na kilka centymetrów, oparta o ścianę, stoi gitara.



Kładę gitarę na niezasłanym łóżku, wchodzę do łazienki i zakręcam kran. Za chwilę wracam tą samą drogą. Teraz martwię się tylko, jak nie zamoczyć tej wytwornej podłogi i perskiego dywanu. Ale piękna sąsiadka macha tylko lekceważąco ręką i… nie odrywa ode mnie wzroku. Co to był za wzrok! Sięgający do dna duszy. Jakby patrzyła na mnie Moja, gdybym …. no, nie wiem, przyszedł do domu z kilem szynki.

- Pan chyba wspina się po górach? – pyta z podziwem. Ten podziw, to spojrzenie, panie kochany, to były, jak akord na organach, wzięty w kościele, podczas pasterki.

I wie pan? Przez dwa lata piękna sąsiadka kłaniała mi się pierwsza i zawsze mnie zagadywała. Panie Kaziu, co tam słychać? Ach, jak pan przeskoczył przez tę poręcz…



Szewc zamyślił się chwilę.

- Panie, gitary nawet nie uratowałem. Nie liczy się, bo Gitarzystka zaraz przyszła, zwolnili ją wcześniej do domu z okazji Wigilii.

Ale bohaterem dla najpiękniejszej sąsiadki z bloku zostałem. Tyle mojego.



Zadzwoniła moja komórka, żona skończyła zakupy. Pożegnałem się z zamyślonym Szewcem (Wesołych Świąt, panie Kaziu! Wesołych, wesołych, panie szanowny) i poszedłem w swoją stronę. Trzeba wreszcie wziąć się do pomocy kobiecie. Wigilia.



Bezradność. Malkontenctwo. Śmiechu warte.