poniedziałek, 14 listopada 2011

Pyrrusowe zwycięstwo prowokacji

tekst opublikowany najpierw na Frondzie
Polecam ten link ze względu na "historyczną" dyskusję o postmodernizmie, której pierwszą część opublikowałem również tutaj.
Jej pierwotna publikacja została opublikowana w czasopiśmie Humanistyka, który zginął z Internetu.

11 listopada 2011 roku. Przejdzie do historii, jako dzień - cezura.

Jako dzień zarysowania się wspólnoty…

Jak to się stało?

Rok temu wydawało się niektórym, zwłaszcza młodym, niedouczonym z wielkich miast, bliskim organizatorom blokady, że stoją naprzeciw siebie „antyfaszyści”, poruszeni impulsem moralnym, młodzi oburzeni.
Z drugiej strony,  „faszyści”, ekstremistyczna grupa. Niezbyt liczna, ale jednak, na tyle, że poczucie zagrożenia i bicie na alarm o niebezpieczeństwie odradzania się przedwojennych upiorów „faszyzmu” jest usprawiedliwione.

W tym roku, dzięki doświadczeniu z roku poprzedniego i dłuższemu przygotowaniu się strony „antyfaszystowskiej”, „osiągnięto więcej”. Do akcji ściągnięto posiłki spośród pożytecznych idiotów z kraju oraz zaprawionych bojówkarzy z Niemiec. 

Zapewniono logistykę, bazy wypadowe, fachową konsultację prawną, przygotowano staranniejszy scenariusz i narrację. I zameldowano się w Ratuszu z wnioskiem z miesięcznym, maksymalnie dozwolonym wyprzedzeniem. Sukces organizacyjny.

Najprawdopodobniej przygotowano również prowokację z podpaleniem wozu transmisyjnego -przesłaniem dla zagranicy. Stosownie do europejskich standardów, zadyma, którą warto pokazać w telewizji,  zaczyna się dopiero wtedy, gdy coś się porządnie pali. Zabawy w berka z policją na ulicach, to jakaś żenada. A tu musi być mocny przekaz: w Polsce odradza się faszyzm!
No to trzeba było im to dać.

Zwróćmy uwagę: Minęło wiele dni i nie słychać jakoś o sprawcach tego oburzającego wybryku.
Senator Zbigniew Romaszewski pisze w Naszym Dzienniku:

„Jak na placu, na którym było zgromadzonych już co najmniej 200 policjantów, kilku, najwyżej kilkunastu  s z c z e n i a k ó w (podkreślenie moje) mogło dokonać podpalenia samochodu? W odległości 20-30 m od samochodu stał oddział 20-30 policjantów prewencji i co? I nic. Czekano na straż pożarną.”
Koniec cytatu.

Ja bym tu podstawił inne słowo. Na literę p. Jedno z najstarszych słów świata. Prowokator.

Pamiętam pierwsze miesiące stanu wojennego.
Gazety i czasopisma pod ścisła kontrolą. Wychodzą jakieś całkowicie apolityczne i niegroźne dla władzy. „Niewidomy spółdzielca”. „Mówią wieki”.  Takie się kupowało w kiosku.

W „Mówią wieki” duże, historyczne opracowanie o prowokatorach. Każdy mógł czytać między wierszami.
Mieliśmy wówczas w pamięci działających podczas nielegalnych demonstracji prowokatorów. Tych obecnych i tych dawniejszych.

Z demonstracji pod Politechniką Warszawską w marcu 68 –mego. Nawołujących: Idziemy pod KC!
Albo aranżujących „dyskusję” pod płotem. Na szczęście tak nieudolnie, że ludzie szybko się od nich odsuwali. Śmierdziało ubecją na kilometr.

Teraz ktoś widział na stacji Metro Centrum policjantów w cywilu zorganizowanych w tajną grupę uderzeniową. W momencie ujawnienia się jakichś lewackich zadymiarzy, szybko założyli kamizelki odblaskowe z napisem „Policja” i spacyfikowali zadymiarzy. Działali profesjonalnie i pro publico bono. A więc można.

Podobna grupa jest sfilmowana komórką na którejś z uliczek Śródmieścia. Tyle, że atakuje spokojnie idących ludzi. zmierzających w stronę Marszu Niepodległości. Jeden z atakujących, ten, który „nie zdążył” założyć kamizelki, pryska gazem w twarz nie stawiającego oporu młodego człowieka. Każe mu się położyć na ziemię, po czym kopie kilkakrotnie w twarz. Obok, jego koledzy w kamizelkach. Sprawa staje się głośna. Pobity dostaje 3 miesiące bezwarunkowego aresztu.

Przypadek ze skopanym po twarzy jest podręcznikowy. Z podręcznika prowokatora.
Zofia Romaszewska, kierowniczka Biura Interwencyjnego KOR na szkoleniu dla działaczy Solidarności na jesieni 80-tego tłumaczyła scenariusz zatargu z milicją.

„Jeśli policja kogoś pobije i poszkodowany poskarży się, regułą bezwzględną jest oskarżenie go o pobicie policjanta”.

Używała wówczas uparcie określenia „policja”.  Dzisiaj to określenie stało się prorocze.

Takiej grupy nie było w najbardziej newralgicznym punkcie „faszystowskiej” demonstracji? Ażeby od razu spacyfikować podpalaczy?

W programie u Pospieszalskiego zapytany wprost o incydent z pożarem wozu transmisyjnego rzecznik policji, wyraźnie sprawę zbagatelizował.

- Całe szczęście, że mieliśmy do czynienia tylko ze szkodami materialnymi. Samochód, rzecz nabyta.

Taki był sens wypowiedzi.  Wyraźnie nie chodziło o to, by kogoś konkretnego „wkręcać” w tę aferę. Ta władza jest jednak łagodna. Niewinnych, jak nie musi, nie karze. Wystarczą migawki w telewizji. 

Fajerwerki na ulicach, żeby fotogenicznie wyglądały, muszą trochę kosztować.

Sukces bojówek i prowokatorów być może okaże się zwycięstwem pyrrusowym.

Nawet niektórzy pożyteczni idioci spostrzegli, że coś jest nie tak.

Ale ważniejsze jest to dziwne poczucie wspólnoty.
Zgodnie występują „narodowcy”, „korwinowcy”, „jurki”, „kaczorowcy” i „ziobryści”. Razem z „normalnymi, pragmatycznymi ludźmi”. Niektóre „ostrożne” szacunki sięgają 100 tysięcy manifestantów.
Wyłamują się tylko narodowcy od Paxu. Pan Engelgard. No tak. Narodowcy tak mają. Zawsze muszą coś skrytykować. Albo Powstanie Warszawskie w rocznicę, albo manifestację w Święto Niepodległości, albo demonstrację na Krakowskim w miesięcznicę Tragedii Smoleńskiej. Stosownie do kanapy, na której siedzą.

Ale trzeba oddać im sprawiedliwość. Osaczani przez lewaków i policję zdołali zgromadzić na manifestacji piłsudczyków, monarchistów, solidarnościowców, kibiców i … zwykłych, spokojnych ludzi, których zwykle nic nie rusza. Teraz ruszyło. I zrobiło się kilkadziesiąt tysięcy.
Inne patriotyczne organizacje też organizowały manifestacje. Ale żadna nie cieszyła się takim powodzeniem, jak ta – „faszystowska”.

W jednym szeregu idzie „pisior” z wymyślającym mu od wampirów lub  nekrofili „narodowym” publicystą.

Z tyłu - nieodróżniający dżumy od cholery Janusz Korwin Mikke pod rękę z pewnym profesorem prowincjonalnej uczelni, który nie dostał po gębie za podłe insynuacje od „kaczorysty”.  

Obok zwolennik Ziobry, wprowadzający w życie postulat jednoczenia prawicy. W wigilię jej podzielenia.
Wszyscy oni strasznie kręcą nosem na nieelegancję swoich towarzyszy z szeregu, którzy wprawdzie nie mają szalików, ale są „bezbłędnie” identyfikowani, jako „kibole”. 

No i za bardzo plugawią piękną mowę ojczystą. Pięknoduchowie nie pomną, że sami tak mówią, jak są w swoim gronie. Ale tak na ulicy? Nie wypada. J e s z c z e  nie wypada. „Kibole” są po prostu w awangardzie przemian językowych.

Cały ten tłum Polaków świetnie odróżnia renegatów zza kordonu.

Jaka jest najbardziej specyficzna cecha Polaków? MP. To mistrzowie paradoksów.
Oskard Wilde to mały pikuś. Potrzebują poczuć oddech jakichś „antyfaszystów”  na plecach.

Paradoksalna wspólnota. Polski paradoks.
Nic byśmy o tym nie wiedzieli, gdybyśmy mieli polegać na tradycyjnych środkach masowej perswazji. 
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ostro je skrytykowało.

Ale nie z nami te numery, Bruner ... w kominiarce!

W stanie wojennym nic nam Dziennik Telewizyjny nie wmówił, to nam wmówi „Na szkle zaciemniane”? 

Mamy swoje, prywatne, internetowe media. Jeszcze nie Chiny, jeszcze wolne!
 A pani Zofia znów organizuje Biuro Interwencji. Teraz pod egidą PiS. Narodowcy będą też wydziwiać?
Świat się kręci…

PS

Dodatek dla młodych, niedouczonych, z wielkich miast.

Polacy N I G D Y nie walczyli z faszyzmem. Ani z nazizmem. Walczyli z Niemcami i z Sowietami.
Odróżniali „dobrych Niemców” i Niemców. „Dobrych Rosjan” i Sowietów. Zdecydowanie więcej było dobrych Rosjan. Żaden Rosjanin, nawet „niedobry” nie okazywał nam pogardy. Co najwyżej zdradzał kompleks.

„Faszysta” i „Antyfaszysta” – to stalinowski wymysł, właściwie rusycyzm, żeby zakryć podobieństwo dwóch lewicowych, zbrodniczych, szatańskich reżymów.
Moje poprzednie pokolenie, dziadkowie, babcie, ciocie, wujkowie i rodzice, przeżyli wojnę. Na wschodzie i w centralnej Polsce. Znam to z ich opowiadań.

Terminy te mają prawo obywatelstwa we Włoszech, gdzie rządzili faszyści. A walczyli z nimi kawiarniani komuniści - antyfaszyści. Jedni i drudzy przy Niemcach i Sowietach jawili się, jak niegrzeczni chłopcy przy bandytach. Ja to jeszcze pamiętam. Jeszcze zdążyłem poznać Włochów, którzy przeżyli wojnę na froncie wschodnim. I włoskich komunistów.
Pozdrawiam Was, drodzy pożyteczni idioci. Życzę wam szybkiego oprzytomnienia.

środa, 19 października 2011

Opowieść Lisa o cudownym świecie


Dwa i pół tysiąca lat temu w mieście Ateny nad morzem Egejskim, żył wolny obywatel Polis,  ten, co jak myślał, tak i czynił, Sokrates syn Sofroniskosa.
Odkrył głos wewnętrzny, daimonion, któremu zawdzięczamy umiłowanie prawdy.
Po nim było wielu, którzy właśnie wewnątrz człowieka widzieli najważniejsze źródła poznania.

Tomasz Akwinata odkrył prawo naturalne odciśnięte w ludzkiej duszy.

Po drodze Augustyn stwierdził, że prawdę i Boga można spotkać tylko we własnej duszy. I zaświadczył, że dopóki nie pójdziemy za Głosem, „niespokojne jest serce nasze”.

Wreszcie w dwudziestym wieku wszystko to przetłumaczył na współczesny język i ubrał w piękną, prostą metaforykę, genialny Brytyjczyk znad morza Irlandzkiego, urodzony w Belfaście anglikanin, Clive Staple Lewis.

Prawo ludzkiej natury, wyłożone przez autora cudownych baśni, stało się po latach  i moim, Narratora – Lisa, drogim darem.

Ale zawdzięczam docenienie tego daru - świadectwu Leszka, który poczuł w sercu jego głos dzięki owemu księdzu - intelektualiście.

Właśnie to, nie wyrzuty sumienia, nie umiłowanie prawdy, nie tęsknota za Bogiem obudziły serce Leszka.

Spowodowało przełom.
Przemienił się z dziecka, usiłującego zawiązać sznurowadła podczas trwania Czegoś Większego, które zostało zlekceważone i stracone. Na szczęście nie na zawsze.



No i odkrył na swój użytek, że prawo ludzkiej natury, obejmuje nie tylko to, co wyłożył bajkopisarz-poeta.

 - Sumienie, pozwalające odróżniać dobro od zła. Tak. Tak.

 - Przedziwne umiłowanie prawdy, którego nikt na świecie nie zaneguje, co najwyżej skłamie, 
   czyli  u d a, że mówi i miłuje prawdę. To też. Oczywiście.

Ale jeszcze, co za odkrycie! – głęboką, bezinteresowną potrzebę świętowania. Jako ćwiczenie w stawaniu twarzą w twarz z Czymś Większym. Stawanie na Górze Przemienienia.
Uświadomienie sobie, że świętowanie nadaje życiu sens, pozwala wyjść w stronę jakiejś porywającej Tajemnicy i staje się Obietnicą.


A kiedy świętujemy?
Nie nam decydować. Święto jest czymś danym z Góry.

Co to za święto, które sami sobie darowaliśmy? To tak, jak prezent, który sami sobie kupiliśmy. Co to za problem. W dzisiejszych czasach. Jesteśmy tego warci.

Nie!

Święto jest darem. Jest cudem. To sam Bóg przemienia dzień powszedni w Święto.

(1) Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra,
Jakuba i brata jego Jana
i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno.

(2) Tam przemienił się wobec nich:
twarz Jego zajaśniała jak słońce,
odzienie zaś stało się białe jak światło.
Ew. Mateusza 17:1,2


My (my? Ja na pewno) nie byliśmy Tam. Ale ta Scena jest dla mnie jedną z najradośniejszych w Ewangeliach. I moją ulubioną Tajemnicą Światła. „Ktoś tam” się zżymał na te nowe Tajemnice. Dla mnie są wielkim darem. Darem na Radosny Czwartek, dzień powszedni.

Prawdziwa Radość to … sprawa poważna.  Powiedział „ktoś inny”.
My ciągle się cieszymy i … pełzamy. Ale chcemy się wyzwolić z tego stanu robaka posiadającego duszę. Która mu się wyrywa do lotu.
Oskard Wilde stwierdził chytrze, że droga do prawdziwej kultury prowadzi przez królestwo snobizmu. Może droga do Mistyki prowadzi przez przeżycie zwykłej, świeckiej wzniosłości, jakie daje poezja, literatura, muzyka? A także wędrówka po szczytach, podobnych do wzniosłej Góry?


Góra Tabor. Źródło: Wikipedia

Bardziej płaskie i trzy razy wyższe Pilsko? Nie. To nie to. Ja mam w pamięci Pilsko – kopiec.
Wydawało by się więc podobne do Góry Przemienienia.
Ale zdjęcia mówią co innego. Może to jedno, trochę oddaje to, co pamiętam ze swoich wędrówek.
A jednak te zdjęcia różni coś zastanawiającego. Perspektywa. Majestat Góry Tabor (562 m).
I jakaś swojska, prawie domowa melancholia  w pobliżu góry Pilsko (1557 m).
Osobowość fotografa? A może Góra jest jakaś zaczarowana? A może widz ma dziwne okulary?

Człowiek może zachwycać się poezją a nie wiedzieć, co to modlitwa.
Chodzić po górach, nie wiedząc właściwie, po co. Nie zdając sobie sprawy, że górska wędrówka jest symbolem duchowego poszukiwania. Co wynika wprost z Pisma. Wyprawa w góry po Kamienne Tablice. Kazanie na Górze. Góra Przemienienia.




Niedziela.

Przecież jeszcze żyje pamięć niedzieli, jako zwykłego, pierwszego dnia tygodnia.
To Bóg, zmartwychwstając, przemienił ten dzień w największe Święto Ludzkości. Świętowane przez całą ludzkość, bez wyjątku.

Nie wszyscy umieją. Niektórzy świętują, jak Ancymonek. Niektórzy, jak Leszek. To nie zależy to od wyznania, ani od pozycji społecznej. Niektórzy idą na Mszę Święta i siedzą pod ławką zawiązując swoje życiowe sznurowadła do dzisiaj.

Niektórzy? No cóż. To nie spowiedź. To wypracowanie.

Radosnych Świąt. To poważna sprawa.
 Lis

 Fragment rozważań o święcie pt. "Przemieniony dzień powszedni", zamieszczony w numerze jesiennym Humanistyki
(PS: dziękuję Jackowi Krywultowi za łaskawą zgodę na wykorzystanie zdjęcia Pilska)

Opowieść o małym chłopcu

Pewnego jesiennego wieczora, kilka lat po wojnie, w poniemieckiej Jeleniej Górze, czteroletni Ancymonek wybierał się z mamą, ciotką i kuzynami do teatru kukiełkowego.
Mama bardzo chciała, żeby ciotka zabrała ich do tego teatru, bo w miasteczku, gdzie mieszkał Ancymonek z rodziną, teatru nie było.
No i ciotka załatwiła cudem bilety.

Ancymonek był dorastającym chłopcem. Dorastał mianowicie akurat teraz - do zawiązywania sobie własnoręcznie bucików.
Szło mu to jeszcze opornie. Sukces osiągał ze zmiennym szczęściem. A był ambitny.
Synek ciotki, młodszy o rok kuzyn Zbysio nie miał o tym jeszcze pojęcia.
A Ancymonek dostrzegł szansę. Ćwiczył zawzięcie, chociaż czasem niezdarne paluszki zdawały się go wcale nie słuchać.

Jaka cudowna zabawa w przemianę dwóch smętnych końców sznurowadeł ze skuwkami w czarodziejską kokardkę!

O mamo!
  
Mama to umiała. Mama zawsze umie.
Przemienić coś w kokardkę. A kokardka trzyma buciki na nogach. Gdy się pociągnie ten jeden koniec, znika! A na jej miejsce znów są te smętki.
Wtedy można było zdjąć buciki. Lub znów zawiązać kokardkę.

Było późno. Z powodu pośpiechu mama pomogła Ancymonkowi zawiązać buciki. Przyjął to z rezygnacją, nieco urażony, bo Zbysio zdawał się patrzeć na niego kpiąco.

              -  Wcale nie jesteś taki duży, jak się przechwalasz!

Do teatru mieli niedaleko. Piechotą ulicą Wojska Polskiego do pałacyku Domu Kultury, na skrzyżowaniu z Czerwonej Armii, kilka minut drogi. Dzieci dreptały dzielnie.

Zaczęło się przedstawienie. Ancymonek uwielbiał kukiełki. Ale teraz wszystko jakieś niemrawe. Nic się nie dzieje. Nie można się doczekać, aż przestaną śpiewać. Może „coś” się wreszcie wydarzy?

Nie mógł się wciągnąć i „wejść na scenę”.
- Dlaczego przed wyjściem do teatru, kokardka nie chciała się zacisnąć?
- Te końcówki pokazywały swoje skuwki, jak złośliwy kolega język!

Postanowił na chwilę zostawić swoich bohaterów z nogami jak patyki a nosami jak marchewki, którzy śpiewali piosenkę na przywitanie dzieci. I sprawdzić, co to za figle robią mu smętki ze skuwkami.
Zsunął się z krzesła, nie robiąc hałasu z siedzeniem fotela i usiadł na podłodze. Sznurowadła były pięknie zawiązane. Pociągnął za jeden koniec. Kokardka znikła.
Tam na górze co chwilę rozlegały się piski i śmiechy dzieci, czasem oklaski. Akcja rozwinęła się już w najlepsze.

- Co tam się dzieje?
- Ach te sznurrrrowadła!

Bo kokardka już, już, prawie wyczarowana. Ale czary jeszcze za słabe. Paluszki niedostatecznie wyćwiczone. Jeszcze ten raz sprrrróbuję.

- Oj. Znów się rozwiązało. …….Nie rozpłaczę się. Zacisnę zęby.
- Jak to mama zręcznie i szybko robi!

Najpierw – trzymając końce sznurowadeł, skrzyżować i jeden okręcić wokół drugiego.
Potem z prawego zrobić pętelkę i trzymać cała piąstką. Dalej lewy koniec owinąć wokół pętelki drugą rączką, włożyć paluszek wskazujący do utworzonego otworu, złapać za napięty koniec sznurowadła w jego połowie i przewlec przez otwór drugą pętelkę. Teraz chwycić te dwie pętelki i ciągnąć w przeciwne strony tak, żeby kokardka się zacisnęła. Jeśli to zrobimy dobrze, buciki nie spadną, a końce sznurowadeł nie będą podcinać nóżek. Będziemy bardziej dorośli.

Pętelki już są. Ciągniemy!
- Ale dlaczego nie chcą się zacisnąć?! Już było dobrze.

- Mamo!
- Tsss!
-Tak, tak. Cicho. Nic. Nic. Muszę i tak sam.
- Ojej! Tam te kukiełki. Ale jeszcze czas. Zdążę dołączyć do zabawy.
- Kokardka. Jeszcze jedna próba.

I tak Ancymonek prawie całe przedstawienie przesiedział pod teatralnym fotelem. Nie wszedł w świat kukiełkowej bajki. Nie zdążył.
Ale buciki zawiązał. Nauka na całe życie. Trochę mu szkoda, bo podobno piękne przedstawienie, co zgodnie twierdzili – i mama, i ciocia i kuzyni, zaśmiewając się jeszcze po drodze z zabawnych przygód sierotki i jej przyjaciela. Przeleciało mu koło nosa. I do dzisiaj nie wie, o czym było.

Fragment rozważań o święcie pt. "Przemieniony dzień powszedni", zamieszczony w numerze jesiennym Humanistyki

czwartek, 13 października 2011

O sposobach głoszenia prawdy w starciu z Przeciwnikiem

a właściwie o czymś całkiem innym...


Wojciech Cejrowski głosi potrzebę zaostrzenia walki z Przeciwnikiem słowami:


"Dyskurs musi się zaostrzyć. Przecież my chcemy zrobić rewolucję".


Adam Leśnodorski na Frondzie odpowiada:
" ...nie należy dawać się prowokować. Do obserwatorów należy trafiać jedynie z rozsądnymi, bieżącymi komentarzami."


Ta wymiana zdań to nie drobny spór "w rodzinie" o sposób działania i styl wypowiedzi..
Stanowi, moim skromnym zdaniem, fundamentalne pęknięcie po stronie zwolenników Dobra, Prawdy i Piękna.
Po stronie odpowiedzialności i sumienia, mądrości i miłości.


Może przyjdzie jeszcze czas na rozwinięcie tego wątku, który jest zresztą właśnie dyskutowany pod różnymi postaciami na wszystkich możliwych forach. I na zanudzanie złapanego za guzik przygodnego czytelnika rozważaniami nad wyższością  Świąt...


Na razie chcę sprawdzić tylko, jak się sprawdzi taki krótki wywód:


Jestem po stronie obydwu panów, bo obydwaj patrzą w tę samą stronę, ramię w ramię. I oglądają tę sama rzecz, każdy pod innym kątem.


Dyskurs musi się zaostrzyć. 


Ale nie w rozumieniu, że mamy głośniej i bardziej brutalnie wyzywać Przeciwnika od najgorszych. 


Powinien ostro oddzielać dobro od zła, prawdę od fałszu, miłość od taniego sentymentalizmu itd. ..


Pamiętajmy o jednym: To - co i jak mówimy - nie jest kamieniem rzuconym w pierś Przeciwnika. 


Jest audycją nadawaną na cały świat. I słuchaną nie tylko przez "kibiców" (ale mu dowalił!!!) 


Jest słuchaną przez "maluczkich", którzy nie bardzo wiedzą, o co chodzi. 




A o nich walczymy przede wszystkim. Bo nas ciągle jakoś mało. A może nawet coraz mniej?
Bo niektórzy zamiast rosnąć, karleją a inni odchodzą smutni?


Dzisiejsze życie publiczne jest w szczególny sposób igrzyskami 

  • prawdy/kłamstwa, 
  • dobra/ pomieszania zła i dobra, 
  • przyzwoitości i sumienia/hucpy i braku odpowiedzialności

Jesteśmy obserwowani. 
Gorszymy lub budujemy poczucie szlachetności, mądrości i powściągliwości.


To jest prawdziwa alternatywa. 


Bo w "zaostrzeniu dyskursu" (nie wiem, czy w rozumieniu Cejrowskiego, ale się trochę obawiam) i tak Przeciwnika nie prześcigniemy.


A "sytuacji rewolucyjnej" - nie dostrzegam, nawet w najbardziej metaforycznym sensie.


Natomiast mamy wielkie rezerwy w: mądrości, szlachetności, powściągliwości, umiłowaniu prawdy.


I nasza przewaga na tym polu nad Przeciwnikiem jest dla maluczkich "jakby" mało widoczna.


Jak ją powiększyć?
Odpowiedź jest trywialnie prosta. 


I jednocześnie, jak to właśnie wynika z pewnych odbywających się powyborczych dyskusji, niewiarygodnie trudna.


Dobra modlitwa. O brakujące nam cnoty. I ich praktykowanie.


A może nawet "meta-modlitwa" do Ducha Świętego? O dar Dobrej Modlitwy?
O rozeznanie, O CO POWINNIŚMY SIĘ MODLIĆ?
O właściwe INTENCJE tej "powszechnej modlitwy ludu"?
Nie o wojnę, ale o odmianę serc?


I to jest odpowiedź w sprawie "strategii". OK. 
Ale i w zakresie najprostszej, najbardziej podstawowej "taktyki". Praktyki dnia codziennego. Nie w sztabach strategów, ale w każdym domu "naszego stronnictwa". Które nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek partią, nawet najbardziej skrzywdzoną i pomniejszoną.


Tak, panowie stratedzy! 



Tu i teraz! 


Nie, za trzysta lat, kiedy "cesarz się nawróci" i będzie nas powoływał na ministrów.
Notabene, czy ktoś w ogóle jest w stanie dzisiaj wyśledzić, kto był ministrem od czegokolwiek, w czasach Św. Augustyna? Albo Św.Tomasza Akwinaty?!



Bez urazy, Ja się nie kłócę. Ja tylko "wyostrzam" na swój sposób. :)
Przyjaciele, patrzymy w tę samą stronę, ramię w ramię, pamiętacie? CS Lewis.


Nikogo nie pouczam. Nikogo nie namawiam do zmiany poglądów. Ani do "lepszego wyboru".
Nikomu nie chcę gasić ducha do działania, do jakiego czuje się powołany.


Tak sobie rozważam. Utopijnie.


I pamiętam, że "ktoś" może słucha trochę uważniej: 


                - Co ten facet wygaduje???
                - Zwariował? 


No i?


To jest początek odmiany serca.


Braterskie uściski. 
Wasz Kris

poniedziałek, 10 października 2011

O oddalających się światach


List do nieznajomego

Drogi X.,
Pytałeś mnie o atmosferze, jaka panuje u Ciebie ? I dlaczego jestem taki ostrożny?

Skoro pytasz….
napiszę coś, co mi ślina przyniesie, bo przecież wiesz, że o atmosferze można nieskończenie ?

Otóż miałem właśnie takie doświadczenie u pewnego znajomego, nazwijmy go, Bobika.

Napisał coś, co było mi wręcz wstrętne (cytowali go z entuzjazmem gdzieś w świecie), ale wszedłem na jego blog i poczułem się, jak u siebie, co za przyjemna niespodzianka!

Ktoś o innej wrażliwości, ale da się gadać, bo kulturalny!

No i potem przyszło rozczarowujące wyjaśnienie: nie ma przeproś. Wychodzi szydło z worka. Zza maski kultury wychodzi ryj „obcego”. Jak w koszmarze. I nie ja go skasowałem – on mnie zbanował!

Zacząłem mu za bardzo marudzić i wpadłem w ton umoralniający!
Wyobrażam sobie, jak on się rozczarował! A też powitał mnie uprzejmie. Jestem wyznawcą teorii dwóch oddalających się światów. Z prędkością 2c. Nie jakiś tam ułamek.

A wiesz, o co poszło? O parę ryzykownych żartów i pewną, pozornie, dla niezorientowanych- niewinną odpowiedź na mój gniewny test: „Co myślisz o reklamie zimnego „Lecha”, widocznej z Wawelu?”

Nie zdradzę Ci, jak się to skończyło. Ale rozumiem teraz lepiej przedwojenny, absurdalny żart – historyjkę.

Pewien oficer siedzi przy stoliku w kawiarnianym ogródku w eleganckim towarzystwie. Wierci się niespokojnie jakiś taki pochmurny. W pewnej chwili podnosi się gwałtownie od stolika, podchodzi do stolika opodal i zwraca się tonem prawie nieuprzejmym:

                - Ty, w Gródku Jagiellońskim, był?
Zagadnięty, zaskoczony i nieco urażony obcesowym pytaniem, odpowiada:

                - Był. A bo co?

Oficer, wykrzyknąwszy tryumfalnie – „Wiedziałem!”, wymierza mu mocny cios, który powala nieszczęsnego rozmówcę na ziemię, po czym zostawia swoją wizytówkę na stole, obrzucając wyzywającym spojrzeniem towarzyszy napadniętego i szukając wyraźnie tylko okazji, żeby wdać się z nimi z podobne stosunki. Nie znalazłszy jednak dostatecznego pretekstu, macha ręką i zrezygnowany wraca do stolika.

Jego towarzysze są równie zaskoczeni co towarzysze gramolącego się właśnie, wyraźnie nic nie rozumiejącego faceta z obolałą szczęką, który zabiera się do czytania zawartości wizytówki, ale wyraźnie nie ma ochoty do wysyłania sekundantów oficerowi – zabijace.

                - Co się wydarzyło w Gródku Jagiellońskim? Gdzie to jest? - dopytują.

- A dajcie mi spokój! Nie mam pojęcia! Po prostu facet tak mnie irytował, że musiałem mu dać w mordę.
- A co by było, gdyby powiedział, że nie był w Gródku Jagiellońskim?
- To też bym mu dał w mordę. Właśnie za to. Pretekst dobry, jak każdy inny.

Drogi X., nadchodzą takie czasy, że nie wiadomo, ile osób wokół zachowuje się tak, że chciałbyś im dać w mordę a pozornie nie masz powodu.
Cieszę się więc z każdego, który nie daje mi powodu. Ale jestem ostrożny.

Kapujesz?

czwartek, 15 września 2011

Kościół Otwarty, Układ Zamknięty

Z cyklu: Lektury z poczekalni
W formie ”listu otwartego” do pana redaktora Marcina Wojciechowskiego


Jeszcze w okresie urlopowym, w pewnej poczekalni, wpadła mi w ręce „Gazeta Wyborcza”.
Zwrócił moją uwagę reportaż ze Mszy Św. gdzieś na Wybrzeżu. Wakacyjnej Mszy.

Urlopowicz zapewne, redaktor Marcin Wojciechowski (niech to imię będzie zapamiętane na przyszłość, jak facet będzie się rozwijał i jak skończy :) ).
Reportaż, felieton, nieważne.
Spostrzeżenia o urlopowym składzie wiernych w letniskowej parafii. I wakacyjne, jakby niezobowiązujące refleksje.
Dowód na to, że redaktorzy Gazety Wyborczej też sroce spod ogona nie wypadli i drogę do kościoła, nawet na wakacjach, znają.

Refleksje całkowicie przewidywalne, zważywszy miejsce, gdzie się ukazują. Ale jakoś nie wściekłem się od razu. Zamyśliłem się i dałem wciągnąć w rozmowę z autorem.

Stawiana jest "konkurencyjna teza" o "dwóch Kościołach". Konkurencyjna w stosunku do tezy o dwóch Polskach, już właściwie - banału.
Kościół „oczywiście” -  "rydzykowy" i Kościół „oczywiście” "lepszy", który "nie mówi ciągle o aborcji i antykoncepcji". Kościół „otwarty, stanowiący przestrzeń wolności”.

Taaaa.
Ach, ten Kościół otwarty! Jak ja go znam! I jak wspominam z sentymentem!

Może jeszcze ktoś pamięta?

W stanie wojennym, obok księdza, występował ateista Stefan Bratkowski, "dobry chrześcijanin, chociaż niewierzący".
Dzisiaj kończy, jako wrzeszczący staruszek, latający po Powiślu i plujący kioskarkom na nieprawomyślne gazety. Ziejący nienawiścią, miotający oskarżenia o faszyzm na prawo i lewo. Nie on jeden. Jakaś zakaźna choroba…

No cóż.
Nawet katolik nie ma żadnej gwarancji, że grzech nie zepchnie go w czeluście. A co dopiero „dobry chrześcijanin, chociaż niewierzący”.

Piszący ten minireportaż redaktor jest zapewne za młody, by pamiętać ten sojusz tronu z ołtarzem.
„Tronu prawdziwej demokracji”.
Z ołtarzem widzianym z boku, od strony pulpitu do Liturgii słowa, zamienionego na mównicę, albo scenę.

Za młody, aby pamiętać te tłumy chrześcijan przemieszanych ze zwykłymi grzesznikami, zagubionymi i samotnymi, którzy nie mieli dokąd pójść.

„Panie do kogóż pójdziemy?”

I znajdowali tu bezpieczną przystań. Znajdowali ją w tej ostoi ciemnoty i obskurantyzmu, zniewolenia i uzurpacji. W POLSKIM KOŚCIELE.

Gdzie konkretnie?
Wiele by opowiadać. To ja tylko „krótko”.

Kościół parafialny św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej.
I jego niezapomniany proboszcz, ksiądz kanonik Leon Kantorski.
W latach sześćdziesiątych - pierwsza Msza Św. „Beatowa”. Kompozytorka - Kasia Gertner. Czerwono Czarni. Którzy wtedy, pierwszy raz w życiu, musieli śpiewać. Bo dotąd tylko mocno uderzali.

Potem przed Sierpniem głodówka w tym Kościele. „Grzesznicy” głodowali zgodnie z „katolikami”.

W stanie wojennym, „Spotkania z autorem”.
Wtedy właśnie padła ta słynna „zapowiedź” Bratkowskiego, z ust księdza Kantorskiego. Zapowiadał „niewierzącego chrześcijanina”, ale wyraził swoją wiarę w niego. Czy to wielki grzech?

Kościół Miłosierdzia Bożego, dzisiaj dodatkowo Św.Faustyny, na Żytniej w Warszawie
W latach osiemdziesiątych,  właściwie jeszcze zaledwie uprzątnięte ruiny, tworzące prawie powstaniową scenerię …
Występ na dziedzińcu kościoła - Teatru Ósmego Dnia. „Raport z oblężonego miasta”.
Tłumy opozycjonistów. „Greków i Żydów”. Niektórych z nich, ku mojemu osłupieniu, dopiero później dane mi było zidentyfikować, jako Żydów – tout court.

Kiedy mi się przedstawiali.
    - Ja jestem Żydówką. A ty jesteś faszystą.
    - Aaaaale dlaczego? Skąd ten pomysł???
     - Bo mówisz ciągle „czerwoni” i „komuna”. Jesteś opanowany nienawiścią. A ja mam przekonania lewicowe!
Czy pomogło wówczas moje zapewnienie:
    -Ależ Kasiu, ja ciebie też kocham!. A czyż oni nie są czerwoni?

Działo się to jednak już  parę lat później.
Wtedy byliśmy jednak innego ducha. Jeśli znam na pamięć jakieś urywki Herberta, to pewnie dlatego. Że ten dziecinny wózek pali mi się w oczach do dzisiaj.
A ilu przedstawień nie obejrzałem?
Katedra Św.Jana. „Morderstwo w Katedrze”, prorocze, lata przed morderstwem na Błogosławionym Jerzym Popiełuszko.
Z największymi współczesnymi aktorami, którzy bojkotowali Kłamcę Pod Szkłem.
Galeria Porczyńskich. Kościoły Parafialne w całej Polsce.
Trzeba było żyć. Trzeba było pracować. Czasem knuć.

A w Kościele na Żytniej, na zakurzonej „andresoli”, jak na wysokiej, na poziomie pierwszego piętra, operowej scenie, ciągle niewykończonego kościoła - występ pary Gintrowski, Łapiński, pod nieobecność Kaczmarskiego, wygłaszającego swoje natchnione felietony przy gitarze w Radiu Wolna Europa.

Pokazy filmów religijnych (bezpłatne)– wtedy prekursorskie w Polsce, z tłumem widzów. Jezus Z Nazaretu. Maraton 6-cio godzinny.

Kościół Św. Stanisława Kostki, Żoliborz, tyły placu Wilsona
Na warszawskim Żoliborzu - dzielnicy Jacka Kuronia i braci Kaczyńskich, kościół patronalny Huty Warszawa, Seweryna Jaworskiego, przewodniczącego Solidarności Huty.  Środowisko Duszpasterstwa Służby Zdrowia. Msze za Ojczyznę, na które przychodzili nie tylko Polacy. Każdy cudzoziemiec, który był wówczas w Warszawie, obowiązkowo biegł na Żoliborz, żeby zobaczyć, jak Polacy się modlą za Ojczyznę.
I zdumienie. Ciągle to irytujące zdumienie: w tym komunistycznym kraju???

Oni wszyscy, wielu innych, w tym Adam Michnik, wypuszczeni z internowania, lub po prostu, bez okazji, tam kierowali pierwsze lub codzienne, spacerowe kroki. Bo mogli się spotkać ze swoimi przyjaciółmi, z ludźmi szukającymi prawdy, wolności i sprawiedliwości. Tłumy!

Tam, gdzie Błogosławiony Rycerz Jerzy, ów specjalista od „seansów nienawiści”, jak pisał o nim pewien publicysta, rzecznik, dziś właściciel poczytnego porno-politycznego tygodnika wymarzonej przez Rycerza Wolnej Polski, miał dla każdego wsparcie i modlitwę. Dla przyjaciół herbatę, dla nieznajomych swoje buty, ściągane ukradkiem z nóg, dla ubeków z jego „obstawy” …też herbatę.

Gromadzili się wokół niego różni ludzie.
„Nie było Greka ani Żyda”.
Nie pytał o poglądy, ani o wyznanie. Pytał: Co ci dolega? Albo: Czego się obawiasz?

We wrześniu 1984, z ambony swojego kościoła, Św.Stanisława Kostki na Żoliborzu, gdzie był wikariuszem, na niedzielnej mszy świętej, po wygłoszeniu starannie przygotowanego, jak zawsze, kazania, z cytatami ze Św.Pawła, kardynała Wyszyńskiego i Jana Pawła II –giego, odczytał list pewnego robotnika, szantażowanego przez SB. Aby mu pomóc.

Niedługo potem już nie mógł pomóc nikomu.
Albo…pomagał o wiele bardziej licznym?
Bo na jego pogrzeb przyszło prawie milion ludzi. Tacy, którzy nigdy przedtem, a może i nigdy potem nie wzięli udziału w żadnej „zadymie”. Wówczas, na ten pogrzeb, jak nigdy, zakładali tenisówki. Na wszelki wypadek, gdyby trzeba było uciekać.
To było ich „non possumus”. A niektórzy agencji spośród księży wtedy właśnie zrywali stanowczo i na zawsze współpracę.


Wróćmy do naszego reportażysty. Aby mu poświęcić jeszcze chwilkę.

On jest być może na etapie neofickiego zafascynowania wolnością. Bez krzyża i odpowiedzialności.
Wtedy  - to chrześcijaństwo było "fajne". Bo komuna była obciachowa, prymitywna, tępa i chamska, jak
pała zomowca.

Ale potem, gdy papież przyjechał z Dekalogiem, aby przygotować swój lud, który przeprowadził przez Morze Czerwone, do przejścia przez Pustynię, "wielu odeszło". Nie dojrzało na czas.
 Czy nasz reportażysta dojrzeje do następnego etapu?
 Spór między powracającym do korzeni dzieckiem kapepowców - Adamem Michnikiem, byłym autorytetem moralnym i jego młodymi, „pełnymi dobrej woli” pistoletami, a Ojcem Rydzykiem.
I z coraz większą rzeszą, ciągle nowych oszołomów, z Polski – teraz obciachowej, chociaż tak samo, jak wtedy tęskniącej za prawdą i sprawiedliwością. Korzystającej z wolności, ale (trochę? Pewnie za dużo!) na nią wybrzydzającej.

Spór z nawróconym, dojrzałym, Wolnym Polakiem - Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, poetą, odbywa się w tle tych socjologicznych ruchów.

Ruchów odejścia i ruchów nawracania. Albo też stania w miejscu i międlenia stereotypów zaczerpniętych z zatrutego otoczenia.
Ruchów, w które wpisuje się ten reportaż.
Ile jeszcze ludzi zostanie zaliczonych do tej gorszej Polski, której trzeba „zabrać dowód”?

„To nie Kościół ma stawiać nam warunki. To my mamy stawiać warunki Kościołowi!” zdają się mówić jego krytycy. My wiemy lepiej!



To już koniec.

Ale jeszcze nie odchodzę. Pamiętam o inspiracji tego wpisu. O Panie Marcinie, redaktorze Gazety Wyborczej. Jemu udało się mnie nie zdenerwować. Jak na redaktora tej Gazety, to już niemało. Jesteśmy w jednym kościele. On się w nim czuje dobrze. Pod pewnymi warunkami. Ja też. Pod innymi.
Ale chciałbym uniknąć sekciarskiego zacietrzewienia. Chciałbym uniknąć wywyższania się.

On snuł refleksje wakacyjne. Ja powakacyjne remanenty. Co z tego wyniknie? Może chociaż dalsze nasze refleksje?

Dwie Polski? Tak, to już nieodwracalne.

Dwa Kościoły? O, to już niedopuszczalne!
To już jest herezja, Panie Redaktorze!
Mam nadzieję, że żaden z nas się jej nie dopuści, jakim by nie był grzesznikiem.


Dzisiaj ten sam porno-publicysta, naganiacz w polowaniu na ks. Popiełuszkę wspomina rok 1980-ty: „Demagogiczną dzicz, niszczącą, anarchizującą, z gigantycznymi roszczeniami urągającymi ekonomii”. A działania dzisiejszej opozycji postrzega, jako „przytulanie się do dziczy, jaką są kibice".
Jaki publicysta, taka poetyka. W końcu, skoro wicemarszałek, to cóż on…
Ale, Panie Marcinie, niech Pan chwilę pomyśli:
 … to przecież także dobry znajomy Pana szefa! Towarzysz popijaw, jak słyszę. A może już znów zerwali stosunki, bo nie jestem w kursie?
Nie mogę zapomnieć szoku sprzed dwudziestu lat, gdy Piotr Semka, jako pampers telewizyjny zdemaskował tę bliską przyjaźń giganta opozycji i rzecznika morderców księdza. Od tego czasu jest tylko gorzej!
Ten ześlizg trwa. Niech Pan uważa!

Czy Pan będzie miał mi za złe, że jego wakacyjne refleksje zestawiam z rykami tego nosorożca?
Przepraszam…

Wakacje się skończyły, mamy już wyborczą młóckę w tych samych dekoracjach. Z pustoszejącym składem aktorów.
System się uszczelnia.  Czy dojdzie do ideału?
Czy system się zamknie i zostanie tylko „Kościół otwarty” i jego akolici z Wyborczej?
Czy o to Panu chodziło? Na pewno nie. Bo przeraziłby się Pan swojego marzenia.

Panie Marcinie, pańskie marzenie się nie ziści. Nie ma obawy.
Tu jest Polska.

Dotąd, nigdy się to nie udało. Próżno snuć tę wizję zwodniczej swobody. Która zamienia się, prędzej czy później, w swoje przeciwieństwo.

Pański okazjonalny czytelnik (POC)

PS
Przytoczę Panu rozmowę, jaką miałem z pewnym czytelnikiem, który nie daje Panu tyle kredytu zaufania odnośnie Pańskiej dobrej woli.
Tak mi napisał:
"… ludzie owi piszą zasadniczo w innym celu, niż słowa ich artykułów by na to wskazywać mogły. Takoj uże u nich mientalitiet."

Uważa Pan to za krzywdzące?
Ja tak zakładam.

Wie Pan, jaka jest moja postawa wobec Pana?
Jej zwerbalizowanie zawdzięczam owemu czytelnikowi:

Oto ono:
Nie ma monolitów a ludzkie intencje są niezgłębione. Stopień zakłamania Adama M. pozostawiam jego sumieniu. Mam swoje zdanie, z którym się nie zgadzam z ostrożności procesowej :)

Natomiast nie ma tak dobrze, że można wynająć dowolną liczbę łajdaków i robić sobie dowolnie łajdacką politykę.
Franz Fischer oceniał liczbę łajdaków w Polsce na sto tysięcy.
I dopuszczał nawet możliwość, że trzeba będzie dobierać przed pluton egzekucyjny "z uczciwych".

No i "oni" musza dobierać z "uczciwych".
To znaczy ludzi mało spostrzegawczych, zajmujących się "czymś innym”, niezbyt odważnych lub za bardzo pokornych. Wszystko jedno.
Ale ci z kolei mają swoją granicę przyzwoitości.
Każdy ma "swoje Westerplatte", swoje "non possumus".
I na to musimy liczyć. Na pomieszanie szyków przeciwnikowi. Wiem coś o tym. Sam byłem w obozie przeciwnika, zanim oprzytomniałem.
Z poważaniem POC

czwartek, 1 września 2011

Mity narodowe i ich wrogowie


Ludziom Solidarności w zapomnianą rocznicę ten tekst poświęcam. Autor

                                  Każdy człowiek na planecie Ziemia zna nazwisko Wałęsa
                                                                                                   Materiały własne
„Szary obywatel” przed wojną „od polityki miał Piłsudskiego”. Dziś, kiedy jeszcze miał złudzenia, naśladował swojego ojca, „mając Lecha”, albo „Korwina”.

I ja przestałem się pasjonować polityką. Miałem inne zainteresowania. Ale Katastrofa Smoleńska spowodowała, że to polityka przemówiła do mnie a raczej … zaczęła zajmować się mną.

Wielu zaczyna się budzić i próbuje „wziąć sprawy w swoje ręce”. Kiedy taki moment następuje? Kiedy zaczyna się dziać coś niesłychanego.
Coś, co nie dotyczy tylko hobbystów, studiujących szczegóły debaty o siódmy aneks do piątego artykułu oraz szanse odrzucenia weta przy nieobecności posła z prowincji, na którego zachowanie zwracają posłowie z tylnych ław.
Coś, co dotyczy każdego. K a ż d e g o. Przeklęte, „ciekawe czasy”.

Onegdaj zaczynało być „ciekawie”, gdy minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej mówił:


„My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę”.


A każda gospodyni domowa wiedziała, że polityka wkracza do jej domu i nawet jej świeżo wykrochmalona bielizna jest zagrożona.

Ten cytat z Becka to głos Wolnego Polaka do Wolnych Polaków z trybuny sejmowej. Zamierzchła przeszłość.
Nieco bliżej nas, był jeszcze ten wzruszający moment, kiedy Lech Dyzmowicz, wtedy jeszcze w poprzednim wcieleniu trybuna ludowego, Lecha Wałęsy, schowany za parawanem aksamitnego głosu tłumacza Jacka Kalabińskiego, perfekcyjnie odczytał przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.  


We, the People!


Jak równy do równych – Wolny Polak do Wolnych Amerykanów.
Dlaczego mogło dojść do tej chwili wspólnego uniesienia? Uniesienia niedostępnego ludziom pewnego pokroju? Bo i on i audytorium byli dziećmi tej samej cywilizacji. Opartej na kilku, starych, jak świat, prostych zasadach.

Szacunek dla zmarłych. Zwłaszcza dla bohaterów, tych co przegrali, tych co wygrali. 

Im należy się również wdzięczność. 
Oni są ŻYWYM zobowiązaniem do nieubłaganej walki o to, za co umarli. 

Z tego wynika więź pokoleń, odpowiedzialność za przeszłość i przyszłość, wspólna świadomość historyczna. Polityka i wojna podlegają ograniczeniom etycznym. Prawo każdego narodu do życia w wolności. Prawo zgodne z moralnością.

Czy ta cywilizacja jeszcze istnieje?


Mamy Wolną Polskę w Zjednoczonej Europie. Chyba, że zostanie nam ogłoszone, że to już nieaktualne. Na razie, póki ciepłej wody w kranie nie brakuje, nie ma się czym przejmować. Później, znów trzeba będzie „szablą odbierać”? Ciepłą wodę?
----------------------------------------------------------------------------
 Aż tu nagle … spada Samolot.
 I wieje znów wiatr historii. Objawiają się ludzie. Rząd pokazuje, na co go naprawdę stać.  Ale nie dla wszystkich. O nie. 
Bo mamy  i „pętaków”. Którym nie trzęsą się portki, bo mają oparcie w elicie i masie. W szkle i w papierze. Ostatnia maska opada. Objawiają się nosorożce, które ryczą i depczą, co popadnie.

 „Naturalne”, ciągle w nowych wariantach i w różnych obszarach tematycznych (religia, kultura, polityka), „wypaczenia” debaty przyjmują postać ostrej choroby.

Z tej choroby już nie zdrowiejemy. Przeszła w stan przewlekły.
Co to za choroba?
Gdyby to chodziło o zwykłe przepychanki, która partia jest bardziej pobożna, albo bardziej przyjazna zwykłym ludziom.
Który polityk to świnia, a który jest ojcem narodu.
Gdyby nawet chodziło o zwykłe dylematy: niepodległość czy służalczość, niezłomność czy zdrada.
To w końcu należy do polskiej tradycji. Nihil novi sub sole. Od Koheleta czy od Łaskiego, wszystko jedno. Nasza cywilizacja skrzypi , śmierdzi, ale działa.
A właściwie dotąd  d z i a ł a ł a.

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Cofnijmy się jeszcze raz do pamiętnego wystąpienia Lecha w Kongresie.

Bez tamtego, od Becka, polskiego bojownika o niepodległość, pułkownika i przedstawiciela niepodległego Państwa Polskiego pochodzącego zdania o „naszym” pojmowaniu pokoju, wygłoszonym w przededniu najcięższej próby dla Narodu, ale również bez jego, nomen omen Lecha, własnej kariery Trybuna, bez jego wspaniałej mowy na pogrzebie błogosławionego księdza Jerzego z niezapomnianym zdaniem

„Solidarność żyje, bo Ty oddałeś za nią życie”, 

..... te słowa byłyby zwykłą bufonadą.

 Z tysiącem, ale przede wszystkim z ostatnimi pięćdziesięcioma latami historii „The Polish People” za plecami, Wałęsa mógł je wygłosić z dumą. 

Nawet, jeśli nie do końca zdawał sobie sprawę, co znaczą słowa, którymi inni nim przemawiali. Ktokolwiek to był, niech mu Bóg błogosławi. Krótka chwila tryumfu idei Wolnej Polski, która rozbrzmiała wielką owacją. Owacją! Nie klaką.

Każdy człowiek na planecie Ziemia, obok Jana Pawła II-giego, zna nazwisko Wałęsa. 
Zna nazwisko Trybuna Wolnych Polaków, którzy pokazali w praktyce, jak można upominać się o wolność i sprawiedliwość a jednocześnie pozostać wiernym swojemu dziedzictwu. 
Dziedzictwu, tak, jak je pojmował Papież – Polak.

Była to ostatnia okazja dla Trybuna, zanim, zgodnie z awangardową, odwróconą, nie - romantyczną tradycją, zamiast Gustaw w Konrada, Trybun zaczął się zwolna, nie nagle, przemieniać w Dyzmowicza. Człowiek przemienił się w Nosorożca.

Minęło dwadzieścia lat „dynamicznego rozwoju”, „historycznych sukcesów”, „rosnącego znaczenia Polski na arenie międzynarodowej”. Zostawmy krytykę tego aspektu rzeczywistości. Tej marksistowskiej „bazy”.
Gdyby nie ta Wielka Kwietniowa Pobudka, wielu Polaków spałoby nadal.

A tu? Przebudzenie, czyli uświadomienie choroby.
Nosorożacizna

Zdiagnozowane schorzenie, korzystając z prawa odkrywcy, nazywam 
 n o s o r o ż a c i z n ą
Przez skojarzenie z ionescowym nosorożcem i chorobą zwierząt – nosacizną. A może nawet wścieklizną? To choroba naszej cywilizacji. Ta ostatnia już nie działa. Ona choruje. Szwankuje poważnie na zdrowiu!  Ja się zaczynam bać. Jak bohater Ionesco.

Jak je opisać? 
Nauki humanistyczne tym się odróżniają od ścisłych, że w tych ostatnich można coś „wyjaśnić” – „raz na zawsze”. I można „zrozumieć”. W humanistyce o „wyjaśnienie”, zwłaszcza w skomplikowanych przypadkach, jest trudno. Całe tomy. Cegły. Kto to przeczyta? Przecież nie da się opisać „cywilizacji białego człowieka” w jednej, ścisłej definicji.  Nie mówiąc o cywilizacjach wszystkich ludzi.

Waldemar Łysiak, pisarz i znawca malarstwa, napisał wielotomową, białokrukową sagę o „malarstwie białego człowieka”. Czy przez to dotrze do mas z definicją malarstwa światła i głębi? Bo  t a k i  tytuł otworzył by mu drzwi do Europy, opanowywanej przez szaleństwo poprawności.

A tak?  Napisał w języku starej, sarmackiej, potężnej i wolnej Europy, w której było również miejsce nie tylko dla białych ale i czarnych Maurów, jeszcze jedną, fascynującą opowieść.
Czy coś wyjaśnił? Raz na zawsze? Raczej nie. Albo ktoś rozumie, o co chodzi z tym światłem i głębią, a raczej  c z u j e, albo nie.
Albo należy do „cywilizacji białego człowieka”, albo nie.

No to jak tu opisać chorobę naszej cywilizacji, którą zasygnalizował romański awangardowy dramaturg? 
On to zrobił w kategoriach wielkiej metafory, awangardowo wyraził tradycyjne idee. Metafory, która, jakby nie była genialna, dzisiaj prawdopodobnie jest jeszcze trudniejsza w odbiorze.
Kiedyś można ją było odczytywać jako historię zarażenia sowietyzmem, totalitaryzmem. Ewentualnie, w krajach pod sowiecką okupacją, nazizmem lub faszyzmem.

Mogliśmy mieć złudzenia,  że uleczalne. To tylko przemoc i małość, sowietyzm. Nieprawdziwe, narzucone hierarchie. Że to przejściowe.
Ale teraz?

Dwa przykłady. Co jest objawem choroby, a co nim nie jest. 
Pierwszy - "nie na temat".

Homoseksualista, szukający uzasadnień dla „naturalności” swojej przypadłości u Safony, Marlowe’a albo Szekspira nie jest nosorożcem. To członek mojej cywilizacji. Mogę z nim dyskutować. Rozmowa może być ciekawa i jest szansa, że dowiem się czegoś nowego o kulturze albo o literaturze od niego. A przede wszystkim o wielkiej tajemnicy. On z kolei może zrozumie, że jego problem - dla mnie może być obrzydliwością i doceni mój heroizm z jakim podam mu rękę. Jego sytuacja jest właśnie wielką tajemnicą i wymaga wielkiej delikatności i szacunku.

Ale „dumny” homoseksualista żądający ode mnie afirmacji swojej „orientacji” i panoszący się na jakiejś nomen omen - "platformie" po śródmieściu, to klasycznynosorożec. 
Razem ze wszystkimi politykami, którzy tam wsiadają i utwierdzają nieszczęsnych, pogubionych - w tej „dumie” ze swego stanu. 
Podobni są do nosorożców, którzy ryczą jak potępieni a uważają to za śpiew. Ja się boję, że jutro zapukają do moich drzwi z żądaniem wyrażenia obowiązkowego podziwu dla nich. Może nawet będę musiał ich pocałować w rękę? A pojutrze? Pojutrze może być i Sodoma i Gomora. Taka, jak jest przedstawiona w Księdze Rodzaju. Z reportażami, jak z wesołego miasteczka w telewizornii.

Drugi przykład - z dziedziny kultury
Zgraja , tzw. wybitnych, a na pewno za takich się uważających, publicystów (oczywiście „prawicowych”), urządza sobie ustawkę ze znanym pisarzem, jednym z ostatnich, naprawdę wybitnych, z tego odchodzącego pokolenia. Które jeszcze może coś pamiętać z dawnych, jeśli nie przedmodernistycznych to przynajmniej przedsoborowych czasów. Kiedy żyli jeszcze ludzie Wolnej Polski. 
Śladu refleksji i zamyślenia nad jego przesłaniem. Śladu medytacji i intencji przekazania jego twórczego trudu swoim licznym czytelnikom. 
Tylko panoszące się ego krytyka.

Absurdalne zarzuty od których włosy dęba stają na głowie. 
„Bezrozumność” w tytule analizy (Zachód rozumu w Milanówku). Nekrofilia (sic!) jego patronackiej grupy poetyckiej. 
Niszczenie podstaw naszej cywilizacji (sic!). 
Cierpiętnictwo i nieuprawnione pretendowanie do roli lidera duchowego. 
Brak dojrzałości politycznej i brak świadomości uwarunkowań (a gdzie system podatkowy? Balcerowicz niech pisze wiersze! – przyp. mój).
Itd., itp. W mojej ocenie, książkowy przykład aktu przemocy symbolicznej, na wybitnym pisarzu.

Przy pomocy intelektualnego bełkotu, zamiast rzetelnej analizy jego TEKSTÓW. Jeśli lektura, to BEZ ZROZUMIENIA. BEZ CHĘCI, czy BEZ UMIEJĘTNOŚCI. Lektura nie bezinteresowna. Lektura służbowa. W służbie swojej pozycji – publicysty. Oczywiście prawicowego. Z tezą. Z intencją. Gdzie ja znajdę haka?

Szybka twórczość krytyków. Szybko wydany ryk nosorożca. Imperatyw wymądrzania się i wepchnięcia się na scenę przed niego. Jak mali chłopcy. Ja jestem najmądrzejszy!

A ja mam pytanie do tych modernistycznych "analityków kultury".

Czy oprócz Jarosława Marka Rymkiewicza, jest jakikolwiek lepszy kandydat do wyrażenia tego narodowego mitu, któremu na imię "Lech Wałęsa"?

Który ma dość talentu, doświadczenia  a przede wszystkim zanurzenia w polskość?
I który jest tak zakochany w polskości? I tak z niej dumny?

Czy jesteście w stanie, Panowie Prawica, w ogóle sobie wyobrazić te przepastne wyżyny ducha, jakie jeszcze leżą odłogiem, kiedy polscy twórcy babrzą się w jakichś śmierdzących bebechach ... jak się to nazywa ?  Awangarda, modernizm? Nowa powieść? Zostawmy to. 
Niektórzy z Was próbują sił w literaturze. Z całym szacunkiem. Jedyne, co można dobrego o tym powiedzieć: PRÓBUJE. 

Przejdźmy do następnej kwestii.

Czy musicie prowadzić ogień zaporowy skierowany na ostatniego, odchodzącego już Wielkiego polskiej literatury, zanim zdąży napisać dzieło życia?

A może Waldemar Łysiak mógłby opisać polskiego ducha? Hmmm. Święto. Już dosyć utyskiwań....
Ja jednak stawiam na Rymkiewicza.
I dlatego mówię Wam (z całym szacunkiem): Odpieprzcie się od niego!