Motto:
Pasażer pierwszy:
Konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy.
Konduktor:
Zawiozę, ale proszę pokazać ten bilet kupiony w Internecie i widoczny na ekranie smartfona. O tutaj, tylko spojrzę...
Piii, pii, (czerwone światełko laseru(?))
Dziękuję uprzejmie.
Pasażer drugi:
(Podaje kartkę papieru z takim samym biletem).
Nie wiedziałem, że nie muszę nawet drukować...
Ale też nie stałem w kolejce.
Konduktor:
O tak! Nawet ze smartfona lepiej wchodzi.
Piii, pii
O, świetnie, weszło!
Dziekuję uprzejmie. Szczęśliwej podróży.
(Ludowe)
Popijam sobie piwo w przedziale I klasy, miło pogadując z pewnym „słoikiem”. To określenie nie moje, tylko jego, co od razu na wstępie zdradza u towarzysza podróży bliską sercu autoironię i inteligencję.
Podróż jest długa, ale bywało gorzej. Wprawdzie trwa ponad sześć godzin, co daje niezbyt imponującą średnią prędkość - osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, ale są i plusy. Miłe towarzystwo (bonus!), przedział z gniazdkami prądowymi 220V ( nie korzystam, próbuję czytać, ale świadomość, że mogę doładować komórkę daje poczucie bezpieczeństwa), regulowana, co do stopnia, klimatyzacja no i ... obsługa hostess oferujących łagodne używki, na których wdzięki (hostess - nie używek) obaj jesteśmy wrażliwi.
Każdy to wyraża na swój sposób. Ja przyjmuję ofertę na wafelek i kawę, chociaż właściwie zostało mi jeszcze kilka łyków piwa w otwartej puszce i mógłbym sobie darować.
To się nazywa profesjonalna perswazja przy pomocy naturalnych atutów. Ale o tym dowiem się dopiero w Warszawie z komentarza do mojej opowieści autorstwa rodzinnego kierowcy w spódnicy.
Na razie do przedziału zagląda barczysty funkcjonariusz SOK w pomarańczowej kamizelce.
SOK – Służba Ochrony Kolei - kopę lat!
Ostatni raz, w latach siedemdziesiątych XX wieku, kojarzyłem ich z granatowymi, sukiennymi mundurami, koalicyjkami, raportówkami na notes oraz pistoletami Walter w kaburze, na niemieckiej licencji z polskiej fabryki „Łucznik”, znanej bardziej z produkcji maszyn do szycia.
Ostatni raz, w latach siedemdziesiątych XX wieku, kojarzyłem ich z granatowymi, sukiennymi mundurami, koalicyjkami, raportówkami na notes oraz pistoletami Walter w kaburze, na niemieckiej licencji z polskiej fabryki „Łucznik”, znanej bardziej z produkcji maszyn do szycia.
SOK kojarzył mi się bardziej z granatową policją niż z milicją. Nigdy jednak nie miałem bezpośredniego kontaktu.
Pomarańczowy Sokista:
Pomarańczowy Sokista:
- Pan schowa to piwo… może pan mieć nieprzyjemności. W pociągu obowiązuje zakaz picia piwa poza wagonem restauracyjnym. – tłumaczy przyjaźnie i prawie przepraszająco. Jest jednym z funkcjonariuszy korytarzowego patrolu, uzbrojonego w pałki, z kajdankami za pasem.
- Matko! To już mamy taki faszyzm?
Wypowiadam tę kwestię, zupełnie naturalnie, tonem głosu i mową ciała okazując, jak mu współczuję a sam się obawiam. Tak, jakby on mnie przestrzegał przed jakąś bandą faszystów grasującą w okolicy.
On podejmuje mój ton i dodaje.
-No… ja tego nie wymyśliłem. Pan wie, że gdyby pan je rozlał i sobie wysiadł, to j a mógłbym
mieć nieprzyjemności. Miałem już taki wypadek. Życzę szczęśliwej podróży.
Pewnie, że dobrze. Raz mnie już okradli i odtąd nie czuję się całkowicie bezpiecznie w pociągu, zwłaszcza, gdy jadę sam. Boję się zasnąć.
Na stronie zaś, snuję refleksję, jakie błogosławione trudności ma efektywne wdrożenie porządnego faszyzmu w Polsce.
Ach ci polscy funkcjonariusze!
Niektórzy, niektórzy. Nie mówię o zdeklarowanych nosorożcach na służbie. Ja mam szczęście i rzadko takich spotykam. Mówię o całej reszcie. Ich polskość emanuje z każdego zdania, wypowiadanego w majestacie swojej pieskiej służby.
Niektórzy, niektórzy. Nie mówię o zdeklarowanych nosorożcach na służbie. Ja mam szczęście i rzadko takich spotykam. Mówię o całej reszcie. Ich polskość emanuje z każdego zdania, wypowiadanego w majestacie swojej pieskiej służby.
Poruszają się w śmierdzącym kisielu zwanym w polskiej konstytucji demokratycznym państwem prawnym. Ale nie urządzają żadnych włoskich strajków, wynalezionych przez i dla funkcjonariuszy na służbie. We Włoszech skromnie zwanych (przez autorów), strajkiem białym. Polegających na dosłownym wykonywaniu wszystkich przepisów. Natychmiast paraliżującym działanie państwa w miejscu strajkowej akcji.
Polak w mundurze nie jest służbistą. Wyraża resztki słabnącego coraz bardziej ducha rozsądku. Wykonuje rozkazy, jakby szukał sprawiedliwości i racji w najbardziej absurdalnym przepisie. I skwapliwie zgadzając się na zastosowanie amnestii od jego litery w odpowiednich wypadkach. Nierzadko stawia bierny opór, gdy te rozkazy są wyjątkowo wredne i głupie.
Taki strajk polski.
Wprawdzie energii zużytej na bierny opór może zabraknąć na coś pożytecznego (na przykład na łapanie bandytów) , ale przynajmniej starszy pan, pasażer ekskluzywnego pociągu Intercity nie jest zbyt często rzucany na podłogę i skuwany kajdankami za picie piwa w przedziale I klasy.