poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Pochwała głupoty



Czyli, jak oczekiwać przełomu

Wiosenne przesilenie

Tygodnik Uwarzam Rze, który należy zaliczyć, bez urazy, do papierowych mediów głównego nurtu, przechodzi do sekty smoleńskiej! Zamach - to już słowo zwyczajne.

Ciekawe są te „delikatne” korekty linii redakcyjnej.
Wydawnictwo, które publikuje dziennik Rzeczpospolita wraz z tygodniowym dodatkiem Plus Minus i tygodnik Uwarzam Rze, przechodziło nieraz metamorfozę. Nie mam zamiaru robić jakiejś napuszonej, prasoznawczej analizy, ale pozwól, zabłąkany tu czytelniku, na kilka spostrzeżeń walczącego ze zmiennym szczęściem z uzależnieniami „homo politicus” blogera, którego dusza wyrywa się do innych, „wyższych” tematów. Jeszcze nie teraz. Ale  już ostatni raz. Może.

Geneza dziennika ginie w mrokach stanu wojennego, kiedy Ślepiec postanowił grać na nucie państwowotwórczej. Wznowił pismo o przedwojennych korzeniach zimą ‘82 – go, umieścił w winiecie orła podobnego nieco do sępa i nadał mu linię, niby świecką odmianę Paxu.

Długo by opisywać krętą i czasem dramatyczną drogę dziennika w „wolnej Polsce”, po godnej szacunku, zgodnej z europejskimi standardami, decyzji premiera Mazowieckiego, oznaczającej względną niezależność redakcji od państwowego właściciela.

Odnotujmy tylko symptomatyczny fakt śmierci „na posterunku”, chociaż z przyczyn naturalnych, dwóch redaktorów naczelnych: Dariusza Fikusa i Macieja Łukaszewicza. Kadencje Aleksandrowicza i Gaudena nie należą do szczególnie znaczących, ale faktem jest, że pismo powoli, ale konsekwentnie przesuwało się na prawo i nigdy nie obniżyło lotów do poziomu, który Gazeta Wyborcza, czy Dziennik osiągały w tydzień.

Sukces na prawicy

Jednak czas świetności dziennika Rzeczpospolita nadszedł dopiero z chwilą, gdy padło ostatnie pismo codzienne o linii radykalnie konserwatywnej, Życie „z kropką” (2002) i kiedy zamknięto katolicki tygodnik Ozon (2006).
W 2006 roku, pod rządami „strrrasznych Kaczorów”, trwała już w najlepsze wojna polsko-polska. A Platforma Obywatelska z partii bliskiej ideowo PiS, autorki marzenia o IV RP i specjalistki od gospodarki, rozsądku i umiaru przeradzała się w demagogiczną, wrzaskliwą zgraję sfrustrowanych, dyszących żądzą władzy polityków, przedstawianych w mediach głównego nurtu, jako rozsądną alternatywę dla kartofeln.
W tej wrzawie Rzeczpospolita zachowywała umiar, przyzwoitość i zmysł taktyczny. Nie dała się zepchnąć na „prawicowy margines”, przechodziła obronną ręką przez różne burze, omijała rafy. Zwiększała wpływy i nakład.

Nie uniknęła wpadek. A może wyrzucała „murzyniątka” np. pod postacią Bronisława Wildstena, z szalupy, broniąc się przez najgorszym?
Ale ewenementem na polską, (a może nie tylko?) skalę był sukces Rzepy pod wodzą prawicowego, ultrakatolickiego naczelnego, Pawła Lisickiego.

Pracował on tam ponad dwadzieścia lat, bez rozgłosu, cierpliwie, na różnych stanowiskach, aż do stanowiska zastępcy redaktora naczelnego. Ale znany był głównie, jako niszowy eseista, roztrząsający hobbystycznie kardynalne problemy natury Boga i człowieka. Oraz niuanse i meandry ortodoksji w Kościele Katolickim pod wodzą kolejno - polskiego zbyt łagodnego gołąbka i niemieckiego panzer-kardynała.
I ten człowiek stał się nagle rekinem medialnego biznesu. 

O jego klasie intelektualnej i zmyśle medialnym świadczy prowokacja, jakiej się dopuścił na swoim blogu na jesieni 2007 roku. Prześmiewczą „spowiedź agenta Tomka” medialni kretyni dyszący żądzą krwi Kaczorów potraktowali poważnie, kompromitując się w sposób niezawodnie przewidywalny. Lisicki jednak dowiódł wówczas całkiem czego innego. Dowiódł istnienia teflonowej powłoki, jaką posiadają protegowani wpływowego środowiska medialnego.

To był jednak czas zwykły. Czas walki politycznej. Czas gierek demokratycznych. I bezkrwawych gier operacyjnych.
No może niezupełnie bezkrwawych.
Czasem wprawdzie ktoś chciał popełnić samobójstwo. Ale go odratowali. Czasem kogoś zabili nieznani sprawcy, ale to pewnie jacyś kryminaliści. Albo syn niespełna rozumu. Kogoś przejechała ciężarówka ze żwirem, ale wypadki chodzą po ludziach.

To był czas zwykły. Kiedy trudno odróżnić agenta wpływu od głupca i pożytecznego idioty od członka lobby, które sobie może kupić za 3 miliony ustawę sejmową.
Jednym słowem można uprawiać normalną publicystykę, ale nie należy ulegać manii teorii spiskowych. Chronić image człowieka rozsądnego, którego zapraszają do telewizji.
Nadszedł jednak czas próby

Katastrofa Smoleńska

Ten splamiony krwią najlepszych synów Polski papierek lakmusowy przyzwoitości, odwagi i pryncypialności. Patriotyzmu i miłości prawdy.
Najdroższy z możliwych papierek lakmusowy wrażliwości na jeszcze jeden przejaw, ku zniecierpliwieniu większości,  odwiecznego, tragicznego losu narodu.
Papierek lakmusowy wrażliwości na Znak, który był dany.
Wigilia Miłosierdzia Bożego, na nieludzkiej ziemi.
Jeszcze jeden katyński wagon, czy absurdalna katastrofa, przejaw polskiego nieudacznictwa, naburmuszonego uporu i pchania się, gdzie nas nie chcą i gdzie nas nie wysyłają?
Ludzie rozsądni są, na szczęście, po obu stronach politycznej sceny obrotowej, wiedzą, jak się zachować.

Spokojnie, to tylko zwykła katastrofa. Nie ulegajmy paranoi.
Dajmy im szansę.
Dajmy szansę Putinowi, żeby okazał się przyzwoitym człowiekiem.
Dajmy szansę Tuskowi, żeby okazał się twardym, polskim premierem. Chytrym, jak lis i mądrym, jak sowa. Nieustępliwym, jak osioł.
Dajmy szansę prokuraturze, specjalistom lotniczym, odpowiedzialnym ministrom, dowództwu Biura, które ma chronić naszych rządzących. I zastępcom dowódców, którzy zginęli.
Niech się Państwo sprawdzi.
Niestety.

Było pełno głupców. Którzy od początku wiedzieli swoje. Jak to głupcy. Czuli, że coś tu śmierdzi. Od początku.
Od kiedy na podstawie doniesień z telewizji, wykazując się zdecydowaniem marszałek sejmu orzekał o śmierci prezydenta i przejmował władzę. Od momentu, kiedy pruto kasy pancerne w Kancelarii, bo nie było kluczy. Wykazując się stanowczością.
Od kiedy pierwszym zamiarem nowego prezydenta było usunięcia niestosownego i nieestetycznego Krzyża Smoleńskiego. A najważniejszą sprawą prezydenta Warszawy, było zlikwidowanie idiotycznej manifestacji paranoicznej rozpaczy. Nareszcie nastali odpowiedni następcy. Zdecydowani i stanowczy. Przeciwieństwo archaicznego, politycznego nieporozumienia, na dodatek - niskiego wzrostu.

Rzepa pod presją

W tej nowej sytuacji, kiedy wszystkie demony polskiego piekła harcowały, jak podpici balangowicze zwołani przez fejsbuka, Rzepa w zasadzie się sprawdziła.
Zastosowała sprawdzoną metodę umiaru, rozsądku i powściągliwości. Ze wstrętem odcinała się od kompromitujących ekscesów w prasie i na Krakowskim.

Jednocześnie z taktem, mądrą miną i elegancko zatykając nos, dystansowała się od głupców.
Teorie spiskowe, to nie jest rzecz dla ludzi z lepszego towarzystwa. Zamach to słowo nieeleganckie.
Wybitny może, ale niezbyt mądry, (a może nawet głupi, ale bądźmy miłosierni) pisarz publikuje jakieś niewczesne bzdury, niewyważone wiersze, służalcze wobec Tragicznego ale Przegrywającego Na Własne 

Życzenie Polityka. Poeta ten patronuje grupce młodych poetów, którym szkodzi, a w każdym razie nie potrafi ich uchronić przed kiczem nekrofilii.
Marnuje swój talent na idiotyczne eseje historyczne, w których podważa właściwie podstawy naszej cywilizacji.

Zrobimy mu kocówę w kilku numerach i komentarzach naczelnego?
Żyjemy w normalnym państwie, mamy wielkie osiągnięcia a to wydziwianie tradycjonalnej inteligencji i jej samozwańczego guru to dowód jej niedostosowania i nieudacznictwa. Z żywymi naprzód iść!
Obserwowałem te próby z bólem ale i ze zrozumieniem. Trochę Ziemkiewicza, Wildsteina i Masłonia. I dla równowagi trochę Horubały, Skwiecińskiego i Warzechy. Pluralizm. Dyskusja różnych punktów widzenia. Umiar. Utrzymać się w głównym nurcie rozsądku za wszelką cenę. W jego prawej części.

Czasami czytając ten dziennik przypominała się anegdota o kameleonie, opowiedziana przez Jonasza Koftę.
Jak to on umiał okrywać się powłoką bardzo … sophisticated. Nie tam jakieś różne kolory. To żenada. W taką drobną pepitkę.
Nie do końca się udało się. Wykupili wydawnictwo. Szurnęli najlepszego redaktora.
Kameleon i tak się przekręcił.

Na szczęście udało się w ostatnim momencie, zamiast wyrzucać z szalupy najczarniejsze „murzyniatka”, zbudować solidną krypę i przesiąść się na nią.
Mamy więc Uważam Rze. Kolejny sukces medialny. Cieszmy się wszyscy. Czym by był rynek bez tego synka Rzepy, enfant terrible głównego nurtu?
Kiedy jego mamusię właśnie pomału przerabiają na zwykłą papierową wyrobniczkę z prawicową odchyłką ala późny Wołek?

Ale konkurencja nie śpi.  Trzeba uprawiać tajemną mieszankę rozsądku i umiaru oraz niezbędnej przytomności umysłu. Bo sytuacja jest dynamiczna.
Gazeta Polska i jej dziennik – to wprawdzie oszołomy, które szkodzą sprawie. Od początku bezwstydnie żerowali na Katastrofie, nie uważali na nuty, otwarcie, coraz bardziej zdecydowanie brali pod uwagę wątek zamachu. Przed wyborami 2011 ogłosili wprost tezę o zamachu. Co za głupota! Co za nekrofilia polityczna!

Zwycięstwo głupoty

I te oszołomy, do kłótliwej spółki z „biznesmenem z Torunia” spowodowały cud.
Kretyńska teza o zamachu, smoleńska religia zaczyna być na tyle silna, że trzeba się z nią liczyć. Nie można zostać, jak głupi(jak głupi? Co jest do licha, przecież byliśmy cały czas rozsądni!) w tym głównym nurcie, który pomału, faktycznie!, co za odkrycie, zaczyna śmierdzieć, jak brudny ściek.

Rozsądne towarzystwo zaczyna więc zdradzać nerwowość.

Sakiewicz był oklaskiwany na wiecu politycznym!
No i Mazurek odnotował to z niesmakiem i zagroził, że więcej pod pałac nie pójdzie.

                - Mazurek! Weź się chłopie ogarnij! Przytomność umysłu jest ważniejsza od umiaru.
                - Umiar teraz znaczy coś innego, niż wczoraj!

Do przykładania oszołomom z GP został wyznaczony teraz mistrz Łysiak.

                   - Mistrz trochę się powtarza. Niby przyłożył po mistrzowsku, ale nie zauważył, 
                   że taka poetyka już została zajęta przez Niesiołowskiego i Palikota. 

                   - Ja wiem, że mistrz był pierwszy i jak kiedyś Ojca Rydzyka potraktował, 
                     to ręce i szczęka opadały. 
                     Wtedy to też było chamskie i płaskie, ale przynajmniej świeże i oryginalne. 
                     Teraz to już żenada i palikotyzm. Buuuuu!

Zakończenie

Nie jestem pisiorem. A byłem na wiecu. Faktycznie czasem nie chciało mi się klaskać, wtedy, kiedy wszystkim się chciało. Czytam Uważam Rze i Gazetę Polską. Czytam Łysiaka i Wencla. Lisickiego i Sakiewicza.

Nawet czasem śmieję się z dowcipów Mazurka. Ale jeśli chodzi o te pięknoduchowskie rozważania Mazurka, który okazał przynajmniej tyle wyczucia, że nie umieścił tego w swojej rubryce „Z życia opozycji”, to  uważam, rze to … rzenada. Ma dwie córki a marze się, jak dziewczynka. Ę i ą.

Co do zaś rozważań Mistrza, to cóż. Nic nie powiem. Mistrz to mistrz. Ma z czego tracić. To czasem … traci. Zdarzyło mu się już co najmniej  drugi raz. O ile ja pamiętam.
A ja mogę tylko powiedzieć, jak ambasador radziecki na przyjęciu u angielskiej, starej Królowej Matki. „Biorę to na siebie.”
To nie dowcip. To aluzja do dowcipu. Nie znacie? Trudno, świetnie, niezbyt elegancki.

piątek, 13 kwietnia 2012

Tak Amerykanie przygotowują się do kampanii wyborczej

Ameryka jeszcze nie zginęła a Murzynek Bambo wróci na karty książek dziecięcych.

Ameryka ma siły, żeby odwojować: Prawdę, Prawo, Sprawiedliwość i Wolność.

Jak będzie w listopadzie?
Zobaczymy.
Ale niech to nam doda otuchy, że i Polska jeszcze nie zginęła.
Taki mam dzisiaj nastrój.

Sursum Corda!


czwartek, 12 kwietnia 2012

Refleksje wokół jednego żartobliwego zdania

Motto
Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)
Mój korespondent




Dostałem list od kolegi. Na neutralny, biznesowy temat.
Kolega jest człowiekiem rozsądnym, fachowcem dobrym, a nawet wybitnym. O poglądach politycznych nie rozmawiamy. Ze znajomymi, z którymi nie jest się zbyt blisko, można rozmawiać o dzieciach, o samochodach, o wakacjach, o …pogodzie.

O tym, że są idiotyczne przepisy. Bez zbytniego wnikania, kto je uchwalił.
O zbyt dużej emeryturze agenta Tomka. Bez wyjaśniania, że go wywalili z pracy za skuteczność.
O terminach zapisów do neurologa na jesień. Bez żadnych aluzji do pana/pani minister.

No i o pracy. Tak, o pracy to możemy rozmawiać wiele godzin. To jest nasz żywioł.
Do dziedziny, którą się zajmuje mój kolega nie dotarła jeszcze polityka współczesna. Ta z łam gazet. Bo do niektórych naukowców, czy ogólniej - fachowców - już tak.

Profesor Andrzej Zybertowicz opowiedział, co się wydarzyło podczas prelekcji pewnego naukowca. Wystąpienie, wobec kolegów z branży, skupiało się warunkach eliminacji korupcji. Nagle, jeden ze słuchaczy, szeptem rzucił do sąsiada:
                - To pewnie jakiś pie….ny pisior!
Profesor Zybertowicz potraktował ten incydent, jako przyczynek do swoich socjologicznych teorii. Ja mam mniejsze ambicje. Stosownie do swoich socjologicznych kwalifikacji. Ograniczam się więc tylko do odnotowania, że nie wszyscy mają takie szczęście, jak ja. 

Nie wszyscy mogą zajmować się dziedziną, w której nie będą kwalifikowani z racji swoich merytorycznych poglądów, jako pisiory. Ściśle mówiąc, excusez le mot, jako pie….one pisory, dalej w tekście, pp.
Mamy już pp socjologię, ba, pp aerodynamikę.
Mamy oczywiście pp ekspertów, immanentnych ignorantów, na których używają sobie blogerzy salonu24.

Mamy (od dawna) pp dziennikarzy, pp pisarzy i pp poetów.
Mamy pp agentów służb, których się wywala za skuteczność. Ich patronem już po wsze czasy nie pozostanie polski James Bond, Marian Zacharski. Który za złapanie za guzik paru agentów rosyjskich, kiedy guzik się urwał, musiał wyjechać z kraju.
I nawet nie super szeryf Mariusz Kamiński, któremu wybito z głowy propaństwowość i współpracę z premierem z wrogiego obozu. 

Zostanie nim skromny agent Tomek, z za dużą emeryturą.
Strach pomyśleć, co to będzie, gdyby pp wygrały wybory! Będziemy mieli pp rząd i pp sejm. Porządni ludzie już się boją.
Na razie cieszmy się więc, że nam to jest oszczędzone i wracajmy do naszego motta, autorstwa bezpartyjnego fachowca.

Takie zdanko… Żart. Ale … czy to żart piętrowy czy płaski?
Sarkazm, czy persyflaż? Subtelny dowcip, czy sygnał pogardliwego lekceważenia?
Zdanie za krótkie, żeby sobie wyrobić pogląd. Takie czasy. Wieloznaczność jest dobra w ściśle zdefiniowanym kontekście. Niejednoznaczna wypowiedź w niejednoznacznym kontekście - to labirynt możliwości. Źródło nieporozumień.
Postanowiłem sprawdzić.

List pierwszy
Drogi,
Dwa wybuchy w helu na podmienionym horyzoncie? ;)
Dokładnie DWA, słownie dwa.
To oczywiście nie przesądza jeszcze tezy o zamachu. Mógł np. wybuchnąć bimber, którym się upił generał Błasik. Nie ma wprawdzie dowodu, że go wiózł. Ale nie ma też dowodu, że go nie wiózł.
No dobrze, żart za żart. A teraz żarty na bok.
Notabene, nie wiem, czy wiesz, że wybuchy zostały odkryte na podstawie wykresów przytoczonych przez Anodinę. Tylko Anodina ich nie skomentowała. Zrządzeniem losu, opublikowała dość dokładne, w dobrej rozdzielczości, z podaniem skali czasowej, zapisy parametrów lotu. I zajęła się analizą psychologii II pilota oraz wpływu na nią dwóch kluczowych czynników: pancernej brzozy i pijanego generała.
Miller próbował poprawić po Anodinie. Wykres zepsuł, schował skalę i w ogóle, zachował się. Ale zupa się wylała.
A może miała się wylać?
W końcu „wszyscy” i tak dawno wiedzą, co się stało. Tylko udają, że nie wiedzą (rzą).
Nie mamy pewności na 100%, że to zamach, ale wykrycie wybuchu tę tezę uprawdopodabnia.
Rozumiem, że dopóki nie podadzą tego w TVN, nie uwierzysz?
A teraz zagadka:
„Gdy już republikanie dojdą do władzy, Murzynek Bambo Obama zostanie ogłoszony najgorszym prezydentem od czasów Roosevelta, może się zdarzyć, że jego jakiś doradca zostanie skazany, jako szpieg Sowietów.
Bo np. będzie nowa zimna wojna i Amerykanie uznają, że trzeba … Ruskim  pokazać ruski miesiąc.
Ogłoszone zostaną taśmy z przebiegiem i rozszyfrowane rozmowy z „lotem nr 1”. Podjętych zostanie wiele innych spektakularnych akcji, od których zatrzęsie się cala mainstreamowa prasa światowa.”

Czy to jest pp rozumowanie?
PP?  OK.

No to weźmy rozsądne rozumowanie (RR):
Adam Michnik uważa, że JEDYNĄ przyczyną katastrofy jest WYLOT samolotu nr 101 z Okęcia. Koniec. Kropka. 10 kwietnia 2010 trzeba było nie lecieć.

To jest najmniej absurdalna opinia, jaką znam. Jest po prostu absurdem zmieszanym z hucpą. Nie wiem, czy więcej hucpy, dlatego znam bardziej absurdalne.

Np. Hypki, do spóły z blogerką salonu24,  o wdzięcznym nicku Lilou, twierdzi, że Binienda i Nowaczyk to jacyś nieznający się na rzeczy ignoranci. Skompromitowali się. Jako argument blogerka podała … Małysza. I miała setki komentarzy, większość ją popierających.

Ale, jeśli chodzi o Michnika, to: Prawda, czy fałsz?
I czy to Ci wystarcza?
Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski.
OK. Baw się dobrze.

Co z zagadką?
Jak myślisz, czyjego jest autorstwa ten oszołomski tekst o przyszłych wypadkach ze światowej polityki?  
Dla ułatwienia: NIE MÓJ. Tzn. trochę go podkręciłem, żeby zyskał na wyrazistości, a Ty, żebyś  nie mógł zapytać wujka G. Bo facet jednak uważa na nuty. Jest mainstreamowy. Ale sens był prawie dokładnie taki.
To trawestacja wypowiedzi znanego eksperta spraw międzynarodowych. Bez nazwisk.
„No i jeżdżą ciężarówki ze żwirem”. Znasz to powiedzenie? Pochodzi z książki pewnego pp dziennikarza. Wojciech Sumliński, „Z mocy bezprawia”. Został aresztowany na podstawie pomówienia funkcjonariusza WSI. Mimo braku innych dowodów, jego proces ciągnie się od czterech lat.

Żaden z nas nie jest expertem. Ani Hybkim, ani wolnym.
Ale jesteśmy wolnymi ludźmi, nie (… tu w liście jest zdanie, które teraz nie przeszło przez cenzurę polityczna, ze względu na ostrożność procesową J przypis.KR ), to możemy jeszcze normalnie pogadać?

Nie wiedziałem, czy dostanę odpowiedź na ten list. Ale dostałem. Korespondent nie odniósł się do mojej analizy. Odrzucił jednak imputowanie mu określonych poglądów. 
Fakt. Nie znam jego poglądów. Drążę więc dalej.

List drugi
(O Twoich poglądach) - nie wiem nic J
Z wyjątkiem:
a)      Że szydzisz z FAKTU o wybuchach
b)      Że, według Twoich własnych słów, jesteś stronnikiem hipotezy „pancernej brzozy”.

W którym miejscu odczytałeś coś więcej?
Chyba, że to:
„Podejrzewam Cię podle właśnie o to: „A niech was wszyscy diabli”, jak powiedział Felicjan Dulski. OK. Baw się dobrze.”

Sens tego zdania – hipotezy jest taki, że Ciebie, być może,  ta sprawa nie interesuje. Masz swoją rodzinę. Swoje środowisko. I swoją pracę.
Nie chce Ci się mieszać do „idiotycznych przepychanek”. To jest właśnie jeden z celów ludzi organizujących przestrzeń publiczną. Jedni mają być nabuzowani na Kaczora i Macierewicza, inni mają mieć wszystkiego „potąd”, być „naczyniem pełnym”, które nie przyjmuje już informacji..

Na podstawie tego „nic”, co wiem o Tobie, traktuję Cię, jako kogoś, z „drugiej strony”, ale nie przeciwnika, albo łotra. Po prostu kogoś, kto daje wiarę tej hucpie, która dla mnie jest po prostu nie do zniesienia.

Nie trafiłem? Ba.
W PRLu, przynajmniej na imieninach u cioci, rozmawiało się o polityce. Były spory, ale MOŻNA było rozmawiać.

A w „wolnej Polsce”?

Wiozłem kiedyś znajomego i na moją jakąś  żartobliwą uwagę, typu, „noooo, w naszej demokracji to typowe, że się coś twierdzi wbrew oczywistości”, odpowiedział ni z gruchy, ni z pietruchy: „a ja i tak będę głosował na Platformę! Czy mam wysiąść?

Żartował. Pojechaliśmy dalej i atmosfera się nie popsuła. Do kwestii „oczywistości” już nie wróciliśmy.
Nasze rozmowy jakby jałowieją. Pewnych tematów się nie porusza. A kolejny temat  może również okazać się zbyt ryzykowny.

Jest i powiększa się jakaś dziwna przepaść.

Kilka lat temu spotkaliśmy się w gronie dawnych członków Solidarności, które trzymało się razem przez cały stan wojenny. Byliśmy jakby „jednego ducha”.
Dotąd nasze spotkania były zawsze okazją do ostrych sporów politycznych. Ostrych, ale z zachowaniem szacunku i przekonaniem, że adwersarz jest człowiekiem dobrej woli.
Było to kilka dni przed wyborami w 2007 roku. Tego dnia w ogóle nie rozmawialiśmy o polityce. I to było nasze ostatnie spotkanie.

 „Nie przyszedłem pana nawracać” Ks.Twardowski.
Kiedyś nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi. Ksiądz? Teraz już rozumiem. Nie da się nawrócić opowiadając „swoją” prawdę. Tak, prawda jest jedna. Ale każdy musi JĄ odkryć sam.

Prawda jest jedna. I każdy musi ją odkryć sam. Dopóki jest otwarty na prawdę, po prostu, bez epitetów, nic nie jest stracone.

piątek, 9 marca 2012

Patrioci i Nosorożce

Ci, którzy rezygnują z Wolności w imię bezpieczeństwa,
nie zasługują na żadne z nich.
Drzewo wolności trzeba podlewać krwią patriotów i tyranów.
Tomasz Jefferson

Pozwoliłem sobie napisać list do znakomitego felietonisty.
Napisał felieton, który stanowi dla mnie rzadkie doświadczenie. Bo w tych dziwnych czasach coraz więcej tzw. normalnych ludzi zaczyna ryczeć, jak nosorożce. Pisałem już o tym, więc kto chce, ten może się poinformować. Dalej, dla ułatwienia, będą linki.

A on, w sprawie oczywistej, zajął oczywiste stanowisko.
Stanął po stronie Żołnierzy Wyklętych, po stronie Szarego, Ognia i Łupaszki.
Po stronie Nila, Inki i Anody. Zamordowanych przez polskich realistów, którzy zrozumieli, że trzeba się sprzymierzyć z silniejszymi.

Stanął po stronie pierwowzoru Maćka w ciemnych okularach, Stanisława Kosickiego.

Prawdziwy bohater "Popiołu i Diamentu", Maciej Chełmicki - to właśnie Stanisław Kosicki, zabójca szemranego typa, agenta sowieckiego skazanego przed wojną na dożywocie za zabójstwo, a nie ideowego komunisty.

Ten pechowy Żołnierz Wyklęty, będąc na służbie, jeszcze w AK, zabił w strzelaninie, w obronie własnej, złapanego na gorącym uczynku rabusia, który okazał się aparatczykiem, osadzonym już przez Sowietów na wysokim stanowisku w Ostrowcu Świętokrzyskim.
I z tej historii talent zaangażowanego pisarza zrobił poetycką opowieść o realizmie politycznym.

Żołnierze Wyklęci nie byli samobójcami. Marzyli o wolnej Polsce. Jej brak wielu z nich mogłoby opłakiwać do końca życia. Po złożeniu broni. Gdyby dano im uczciwą szansę. A nie oszukańczą amnestię, która często oznaczała po prostu oddanie się na łaskę oprawców, tortury, śmierć.

Redaktor Michalkiewicz stanął za nimi wszystkimi a przeciw ludziom rozsądnym i przyzwoitym.  Przynajmniej niektórym. Bo ja wiem? Jestem ostrożny.

A gdyby nie stanął?

Czy można wytłumaczyć komuś ducha Wolnego Polaka? Są jakieś argumenty? Czy można wytłumaczyć wartość niepodległości?
Gdy ktoś pisze, że „żyjemy między Rosją i Niemcami i musimy sobie wybrać protektora” ?

Tu nie ma argumentów. Tak, jak trudno znaleźć argumenty, by być przyzwoitym gdy mamy zapewnioną anonimowość. By nie kraść, gdy jest pewność, że nikt nie złapie. By nie zdradzać żony, jeśli się jest na pięcioletniej delegacji.
By nie donosić, kiedy jest szansa, że się „nie szkodzi”.
By służyć Ojczyźnie, nawet za cenę życia i wbrew poczuciu, że to nic nie da.
To nie kwestia argumentów. To kwestia czucia. To kwestia wychowania. Ktoś jeszcze tak wychowuje dzieci.

Dzisiaj nie trzeba wielkiej odwagi, żeby stanąć po stronie odważnych i wiernych.
Ochotnicza postawa odrzucająca tę odwagę i tę wierność jest więc tym bardziej wymowna.
W imię realizmu.
Redaktor Michalkiewicz nie tylko stanął przeciw zwalczającym „bohaterszczyznę” realistom, ale i znalazł właściwą formułę, by podjąć próbę przemówienia im do rozumu. Możecie sobie poczytać.

Najważniejszy cytat – podaję niżej.

Realiści. Co to za jedni?
Nie chodzi mi o „onych”. O oficerach wyszkolenia bojowego w środkach masowej perswazji, o sługusach układów, ludziach skorumpowanych, o lewakach, o pożytecznych idiotach cieszących się z przynależności do półinteligenckiej elity, o wszystkich tych ludziach nie wspomnę.
Szkoda czasu i atłasu. Tym bardziej, że atłasu nie mam ani skrawka. Zapomniałem, jak wygląda.
Mówię o ludziach mądrych, konserwatywnych, sprawdzonych w długiej, żmudnej drodze, bez zaszczytów, bez profitów.

Ja mam tu szczególną optykę. Mam niezłą pamięć. Proszę nie mówić mojej żonie. I tak nie uwierzy, bo zapominam, gdzie położyłem klucze. Albo uwierzy i będzie gderać, że mam pamięć wybiórczą.

Może i wybiórczą. Ale pamiętam wiele z interesujących faktów ostatnich kilkudziesięciu lat.
Pamiętam początek nowej drogi grupy jeszcze młodych i jeszcze młodszych ludzi, którzy chcieli mieć swój udział w budowaniu normalnej, wolnej Polski. Tej Wolnej, o której marzyli Żołnierze.

W 1990 roku Gazeta Wyborcza wybierała już swoją drogę do Europy. I odchodziła w siną dal. A ta grupa ludzi zaczęła wydawać pismo związane konserwatywną partią.

We wczesnych latach dziewięćdziesiątych mogłem powiedzieć w rozmowie ze swoim znajomym, związanym ze środowiskiem Unii Demokratycznej o trzech mało znanych publicystach niszowego pisemka: - Zobaczysz, ci trzej publicyści za kilka lat będą należeć do najwybitniejszych w Polsce. Chodziło mi o Janusza Korwina – Mikke, Rafała Ziemkiewicza i właśnie Stanisława Michalkiewicza.

Znajomy uśmiechnął się sceptycznie. I to była uprzejmość. Bo mógł mnie wyśmiać.

Dwóch z nich wytrzymało próbę czasu i stało się rzeczywiście jednymi z najwybitniejszych.
Trzeci, Janusz Korwin-Mikke. No cóż. Ma wielkie zasługi. Jest też wybitny.
Ale należy paradoksalnie, do tych rozsądnych i przyzwoitych. Ma napady nosorożacizny.
W tym środowisku duch realizmu też zagościł. A raczej się rozplenił, niczym…

Więcej nie powiem.
Reszta w liście do redaktora Michalkiewicza.

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,

Piszę ten list (…), po przeczytaniu Pańskiego felietonu w tygodniku „Najwyższy Czas”. Ale nie w piśmie, a na Pana stronie internetowej.
(…)
Przyczyny mojego odejścia od tego zasłużonego tygodnika były dwie:

Ześlizgiwanie się pana Janusza Korwin-Mikkego z pozycji „rektora” konserwatywno-liberalnej pepiniery, której organem był od początku „Najwyższy Czas”, do pozycji błazna, ale w wydaniu nie stańczykowskim tylko raczej hmm… mainstreamowym, postmodernistycznym. Jako jego karykatura. (…)
Jego idiotyczna akcja z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego dopełniła miary goryczy. Już nie będę na niego głosował, jak to robiłem z zaciśniętymi przez dwadzieścia lat, zębami, „marnując głos”.
Ostatnio nawrócił się na antylustrację. Macierewicz, ten kryptokomunista (!),  wszystkiemu winien. Żenada.
(…)
Ale zostawmy czcigodnego pana Janusza, który goni najwyraźniej w piętkę a właściwie goni za uciekającą wizją osiągnięcia sukcesu politycznego.

I zajmijmy się drugim powodem, który ma większy związek z Pana felietonem.
Pisze Pan bardzo dowcipnie i celnie, o wykrytym przez Pana zjawisku dziwnej, zastanawiającej symetrii, między stanowiskiem fejginiatek (z GazWyb) i konserwatywnych narodowców w sprawie Żołnierzy Wyklętych.

Najśmieszniejszy, w najlepszym, Kisielowym stylu, jest fragment:


„ …nie może być tak, by ta zasługa, by ta cnota nadal pozostawała bez nagrody. Skoro już 1 marca ustanowiono ten nieszczęsny „Dzień Żołnierzy Wyklętych” (a bodaj ich...!), to konieczność zachowania symetrii wymaga, by dajmy na to, 1 kwietnia, a więc w Prima Aprilis, ustanowiony został Dzień Realizmu Politycznego,”

Pana stanowisko zajęte wobec tej, kolejnej już orgii nosorożacizny, całkowicie mnie uspokaja, co do busoli ideowej mojego ulubionego felietonisty.
Tyle człowiek ponosi strat wokół siebie. Tyle mniej wydaje na prasę. Na tym wprawdzie zyskuje emerycki budżet ale zyskuje też smutne, emeryckie poczucie osamotnienia…

Wszystko to bardzo pięknie, ale (…) nie mogę się powstrzymać od uwagi, że w tym zasłużonym piśmie, (…) hula od pewnego czasu, pewien Nosorożec.  (…)

Nasz Narodowiec ma już swoje osiągnięcia, w wyśmiewaniu się z wysiłków wyjaśnienia przyczyn Katastrofy, spekulowaniu co do potwornych intencji frankensteina imieniem Jarosław i wiele innych, które być może Pan, jego redakcyjny kolega, zna lepiej ode mnie.
(…)
Zresztą nie wiem, czy on narodowiec, czy monarchista. Mimo, że on profesor i encyklopedysta szacownej, niepoprawnej politycznie encyklopedii, w tradycyjnej monarchii dawno by ktoś obciął mu wąsy. Albo wytarzał w pierzu.

Jeśli o nim wspominam, to tylko przez owo skojarzenie.
Symetria.
Mędrca i Nosorożca. Nie w mainstreamie. W szacownym, jak najbardziej konserwatywnym czasopiśmie.
(…)
Jest post. Ojczyzna jest okupowana przez stada nosorożców. Ale nosorożce hasają też na prawicowych, czcigodnych łamach. Trochę pokory. Bo w naszych szeregach choroba nosorożacizny pleni się, jak rotawirus w przedszkolu.

Zacznijmy od siebie.
Czy Pan zrobił ten krok w swoim świetnym felietonie? Dyplomacja to, czy po prostu solidarność redakcyjna?

Ze smutnym uśmiechem
Serdecznie pozdrawiam.

(…)
Koniec cytatu.

Otrzymałem uprzejmą odpowiedź od pana Stanisława. Potwierdzenie, że się często nie zgadza z owym nosorożcem. I chwała Bogu. Taka ulga!
Ulubiony felietonista, któremu nie zdarzyło się zaryczeć. Czy to jest świadectwo mądrości? Tak myślę. I cieszę się.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Znak Krzyża

Prolog

Spacer z psem. Późnym, zachmurzonym rankiem. Zmrożonym, jak resztki ostatniego karnawałowego szampana. Szeroki i płytki wąwóz Kanałku wygląda jak niedokończona autostrada, po której powinny już jeździć tiry. A nie jeżdżą. A ona biegnie aż za łagodny zakręt rzędu okalających ją z przeciwległego brzegu sosen, pokryta cienką warstwą śniegu, prześwitująca łysinami dziur i płatów szarego i mokrego asfaltu.



Wędkarzy, dotąd wiercących przeręble w tym metaforycznym asfalcie  – ani śladu. Wczoraj była odwilż i deszcz dawał  się we znaki cały dzień. Lepiej nie ryzykować.
A te ślady butów na drugi brzeg? Dzisiejszy karygodnie lekkomyślny piechur czy przedwczorajszy odważny leń?
A na brzegu? Lekki mróz ściął ślady spacerowiczów w rozmokłym jeszcze wczoraj śniegu na ścieżce wzdłuż brzegu.  Marsz po śliskich wybojach nie jest ani wygodny ani bezpieczny, wymaga koncentracji.

- I jak tu medytować? - pomyślał Szewc, potykając się na wczorajszym odcisku buta, teraz zamarzniętego. Może własnego?

A tydzień temu była wizyta Gościa. Trzeba przystanąć nad tą cichą autostradą alla polacca.

Człowiek z krzyżem na piersiach

Mroźnego lutowego przedpołudnia, na osiedlu Szewca - Osiki, pokrytym z rzadka nieświeżym śniegiem pojawił się Wąsaty Gość, niczym starodawny pielgrzym pod Mstowem, skąd prawie widać wieże częstochowskich kościołów.
Szewc znał go z głoszonych przez niego Apologii Pisma. Proste słowa pouczenia i umocnienia. Mimo to, kiedyś budziły wściekły klangor Motocyklistów zakutych w hełmy z tradycyjnymi nadrukami  -  „Precz z Herezją”. Teraz już Motocyklistom się znudziło i wrzawa ucichła. Z rzadka ktoś kąsa.

I teraz oko w oko. Rankiem Szewc obserwował z boku, jak Wąsacz rozmawia z ludźmi. Z dziennikarzem znanym. Z innym, młodym, zdolnym, na dorobku. Ze znanym politykiem. Z przygodnym rozmówcą.

Zawsze mówił tak samo.

O wrażeniach z pielgrzymki po Starym Kraju. O swoim życiu i pracy.
O rodzinie. O swoim świętym trójkącie małżeńskim: On, Ona i Bóg.
O powrotach z wielkiej drogi i powitaniach w domu. „Noc poślubna”,  ale i ciche dni, zanim nie nauczyli się siebie.
Znajomy ksiądz mówił, że dobieranie się  przed ślubem jest bezcelowe. Od razu daje gwarancję:  n i e  są dobrani. Nie można się dobrać. Trzeba się nauczyć siebie nawzajem. I nauczyć się nie dzielić obowiązkami po połowie. Każde musi się angażować nie na 50%. Zawsze na 100!

O ciężarówkach. O kolegach – kierowcach i ich kolejach losu, o pokusach życia w drodze. Które często prowadzą do rozbicia małżeństw. Takie duże chłopaki, bez nadzoru. Trzeba im przewodnika i starszego brata.
O swoim portalu i zawartych tam znajomościach, które czasem owocują spotkaniami twarzą w twarz. O ewangelizacji podstępem, ale nie przy pomocy głupich horoskopów, jak to robią buddyjscy mnisi. Tu się łowi się na przynętę męskich pasji: dużych, błyszczących ciężarówek mknących po szerokich drogach z górami i lasami. No i drapaczami chmur na horyzoncie.

O swojej Pierwszej i Największej Miłości – Bogu, którego spotkał i nie mógł przestać o nim mówić. Zawsze mówił tak samo. Naturalnie, ciekawie i budująco.

Budująco.
Bo to nieustające świadectwo człowieka zanurzonego całym sobą w zwykłym, barwnym  życiu. Barwnym nie dlatego, że niezwykłe. Barwnym dlatego, że on nie jest daltonistą.
Świadectwo idącego przed Panem, wrażliwego na barwy.

Naturalnie.
Prawdziwy człowiek bez cienia pozy, smakujący życie.

Ciekawie.  
Bo to utalentowany gawędziarz. Pan najchętniej powołuje ciekawych ludzi, wyraźnie nie lubi nudziarzy.

Porywająco, bo przepełnia go pasja, jak Św. Pawła, „Biada mi, gdybym nie głosił…”.
Aby dawać ….

Świadectwo

- Kto to był?  - myśli Szewc stojąc na brzegu cichej zmarzliny, opodal zasuszonego na buro śpiącego krzaka, marzącego o swojej zieleni ukrytej teraz gdzieś bardzo głęboko pod zmierzwionymi jak kołtun gałęziami.
- Kto?  Człowiek. Żywa, trójwymiarowa bryła.

Trzy wymiary
Pierwszy: On i jego rodzina. Stworzenie, korzenie, wspólnota.
Drugi:      Jego świat.  Który trzeba czynić poddanym.

Trzeci Wymiar

Jego Bóg. Ten co jest w Górze, ale głęboko. „Zstąp do głębi…”

Szewc zaczął marznąć. Mrozek wieje uparcie zza Kanałku i zawiewa rzadkimi płatkami . Wracajmy, piesku.
…            Bo człowiek żyje jak gdyby na pokrzywionej powierzchni racjonalności i doczesności.

A dusza … dusza? – na powierzchni racjonalności? No, tak się mówi. Tak mówią nawet ateiści, jak się zapomną. …
Ale dusza mu się wyrywa gdzie poza tę powierzchnię. W trzeci wymiar.

Zaraz po odkryciu swojej świadomości.
Świadomość. Ten dziwny towarzysz podróży, już od czasów dziecinnych zabaw.
Bo odkrywa się go wcześnie.
Skąd trzyletnie dziecko ma wiedzieć, że zdziwienie z powodu oglądania własnych, właśnie  -  w ł a s n y c h  rąk („jak szybko się brudzą!” ) to „Dasein”?
„Dasein” - opisany przez pewnego, byłego, zresztą tylko kilkumiesięcznego nazistę (nigdy mu tego nie darowali!).  No i ten „Dasein”, taki uczony termin, którym można przecież teraz bez obaw błysnąć w towarzystwie, brzmi dotąd jakoś tak twardo i podejrzanie. Ale już pewnie tylko w uszach tego postarzałego dziecka.

Odkrywa się go wcześnie.
Po pierwszej śmierci kogoś z sąsiedztwa.

- Mamo, ja nie chcę umierać!

Naiwna pociecha matki nie jest żadną pociechą, ale ile można płakać. Trzeba wreszcie zasnąć.
Służenie do mszy jako odpowiedź na prawie zapomniane lęki dzieciństwa.

A jeśli naiwne przyjęcie Objawienia nie spełnia rygorów intelektualnych?
Lekarstwem wydaje się „czysta, naukowa filozofia”, jako droga w głąb.

- Psi awanturniku, chodź tu! Pójdziesz na smycz, bo się pokłócisz z tym łaciatym kundlem. Uff, przeszli. Jak tu spacerować, żeby się nie spotkać z twoimi największymi wrogami. Czy wszyscy mają ten sam rozkład spacerów?

Ostatnio Szewc czytał coś o historii filozofii. Uderzyło go, jak wielu filozofów nie miało łaski wiary. A w dwudziestym wieku - to po prostu – epidemia!
Dlaczego tak jest?
Czy to podobne zjawisko, jak fenomen niewidomych muzyków?
Lub ludzi ciężko poszkodowanych fizycznie - mistrzów duchowości ?
Czy też, po prostu, choroba duszy?
Wiara, oczy duszy.

Czy na granicy sensu, racji i transcendencji Bóg wyłącza niektórym filozofom światło, to samo światło, które ujrzała Święta Edyta, a którego nie mógł dojrzeć Wielki Roman, cudowne dziecko polskiej fenomenologii?

Czy niektórzy filozofowie mają być „niewidomi” a On ich użyje w swoim celu? I absolutny słuch doczesnej płaszczyzny wynika ze ślepoty na trzeci wymiar, wymiar głębi?

Kulawa analogia. Człowiek, który posiadł zdolność widzenia wymiaru trzeciego – to człowiek z innej kategorii wagowej. Nieskończenie cięższy. Jak bryła wobec figury geometrycznej. Ale jednocześnie to jakiś dziwny ciężar. Bo im cięższy, tym bliżej zdolności chodzenia po wodzie. „Panie, każ mi przyjść do siebie!”. A im mniej tego wymiaru, tym bardziej potrzebne sztuczne podtrzymanie na wodzie.
Jakaś łódź. Na spokojnej. Bo jak się woda rozhula, to tylko modlitwa. I wtedy największe niedowiarki, zrządzeniem Opatrzności, modlą się jak prawdziwi mistycy. I może im ta modlitwa i ta wiara – zostać!
Bez żadnej zasługi. Bryła życia. Jak rajski owoc. Z mocy łaski.

Co z tym zrobi, to już inna historia.
Bez współpracy z Łaską, owoc szybko zaczyna się kurczyć i zostaje z niego coś w rodzaju spłaszczonej, wysuszonej śliwki. Bez smaku. Biada mu, jeśliby zmarnował Dar!
A Gość?  I spotkanie z nim twarzą w twarz? I ze sobą samym, odbitym w oczach Przybysza?  Jak to było?

Spotkanie

I tak Gość znalazł się w swej pielgrzymce na nowym miejscu. Na terenie Szewca. Ma mało czasu, ale się nie śpieszy. Wie, że Bóg daje nam na wszystko tyle czasu, ile potrzeba. Wszystkie rzeczy ważne dojdą do skutku. A o innych nawet się nie dowiemy.
Szewc, trochę speszony rolą gospodarza, opowiada, jak sam się zachowuje na nowym miejscu.

- Następnego ranka natychmiast wybieram się na spacer po okolicy. Trzeba zobaczyć, gdzie jestem. A o tym można się dowiedzieć tylko na spacerze.

Tak uzasadnione zaproszenie na spacer nie jest odrzucone. Idą przez zeschły zagon wrotyczu, który tego roku nie ma swojej szaty z  mrożonych diamentów. Brązowi się smutno aż do rzędu topoli przerzedzanych systematycznie przez bezkarne, coraz bardziej zbezczelniałe bobry.



Wąsacz posłusznie brnie za nim niewygodną ścieżką aż do sponsorowanej przez gminę teraz zaśnieżonej, latem piaszczystej promenady nad brzegiem Kanałku. Cisza.
Patrzą wspólnie na długi, śpiący pod cienkim lodem, okolony topolami z jednej a sosenkami z drugiej, nieruchomy trakt wodny. Okupowany teraz przez wędkarzy z rzadka porozrzucanych po cichej powierzchni. Wysiadujących krzesełka nad przeręblami niczym czaple podczas łowów, albo medytujący mnisi w swoich zimnych pustelniach.

- Ładnie tu. Ten kanał to … ma jakieś zastosowanie?  -

pyta grzecznie Gość, dając Szewcowi do zrozumienia, że nie nudzi go ta wycieczka po swojskim, zwykłym, jak razowy chleb, krajobrazie.  

- A może też mu się skojarzyło z autostradą i zatęsknił już do niej? - myśli teraz, po tygodniu, Szewc
- Ależ tak! - Opowiada tydzień wcześniej Szewc wchodząc natychmiast w rolę rzecznika wójta - Tramwaje wodne, łodzie, motorówki, regaty wioślarskie. Teraz ci wędkarze nad przeręblami. Ale to pożyteczne zwierzęta, bo dostarczają tlen rybom pod lodem.

Szewc zdążył już pokazać dwa miejscowe kościoły. Jeden – parafialny, nowoczesną modłą, zamknięty. Drugi, zabytkowy, votum dziękczynne za zwycięstwo ze Szwedami, ufundowane przez króla Jana Kazimierza, bardziej tradycyjnie użyczający swego przedsionka dla spragnionych ciszy i modlitwy nawiedzających.
Więcej zwiedzania ani nawiedzania nie będzie. Znaj Szewcze, umiar!
Wracają. Gościa wita lękliwy, jak zając pies, zaskoczony i przestraszony zamorskim zapachem i dziwnym spokojem przybysza.

Śniadanie?
Gość nie odmawia. Siada za stołem, w polarowej bluzie, szczupły okularnik, jakich wiele, krótko i porządnie ostrzyżony, tylko wąsy, jak u suma. Na piersi, zwisający z szyi, wielki krzyż, śmiało i bez tak częstego dzisiaj zawstydzenia i skrępowania, wyznający wiarę właściciela.
Prosi tylko o chleb i wodę. Odprawia nowennę, mówi. Ale zachęca Szewca do towarzyszenia mu przy śniadaniu ze swoim menu.

                - Jestem przyzwyczajony. Byłem nawet na weselu. Post w takich okolicznościach więcej wart.

Zanim weźmie do ręki kromkę chleba, Wąsacz czyni …

Znak Krzyża

Ten gest. Jak błysk światła.
Prosty gest dawania świadectwa: ”Jestem człowiekiem. Nic, co ludzkie nie jest mi obce. Ale mam Pana. Prawdziwego.”
Co się stało? Przecież Szewc zawsze tak czyni przed posiłkiem. Nie zawsze tak było. Dopiero po pierwszej pielgrzymce.
Tam, na tych „wakacjach w niebie”, to było obowiązkowe. Naturalne.
Ale po powrocie? Jakieś krępujące. W świecie takie gesty są znakiem wołającym, któremu sprzeciwiać się będą. Ale „oni” się nie sprzeciwiają. Udają, że nie zauważają. Jakoś tak… krępująco nie patrzą. Nie robią żadnych uwag.
Znak krzyża.
- Bardziej naturalnie i w duchu modlitwy w domu.
- Konsekwentnie i tradycyjnie („w moim wieku!”) w rodzinie dalszej.
- Z pokrywanym skrępowaniem, a czasem, („Boże odpuść!”)  prawie ukradkiem wśród znajomych, podczas biznesowych, rzemieślniczych spotkań.
I zawsze jakoś tak .. trochę … nienaturalnie. „Święte dziwactwo”. A może po prostu, dziwactwo?
Naśladowców mało. Ale są.
I ten gest Wąsacza, gest w płaszczyźnie  trzeciego wymiaru, uczyniony z prostotą, solennie. Jak umocnienie. Jak pouczenie.



Gość w dom. Bóg w dom. I umocnienie.

środa, 15 lutego 2012

Zarządzanie absurdem


Świątynia Zeusa w Akragas

Ten wpis dedykuję Romualdowi Bartkowiczowi
Co zostało docenione przez jurorów konkursu na blog Roku 2011

1.      Absurd. Kilka wyjaśnień
Często, ostatnio coraz częściej, stanowczo za często, mam takie uczucie. Uczucie, podkreślam. Uczucie absurdu. I, okazuje się, nie tylko ja.
Absurd. Słownikowo, to niewinna rzecz. Teatr absurdu? Równie niewinna, takie fajne błazny, mówią trochę niezrozumiale i bez sensu, ale jest w tym coś tajemniczo …głębokiego? Dowcipnego? Zdradzają poczucie smaku lub absmaku, wszystko jedno, ale to klasa!
Bohaterowie Pirandella, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza, ci tam… arlekiny od Carné… niebieskie ptaki od Felliniego… safandułowate łotry od Starszych Panów…
(…)
Przypominam encyklopedyczne wyjaśnienie: zostają w nim odwrócone tradycyjne role przypisane tragizmowi i komizmowi – tragizm staje się nośnikiem treści komicznych, a komizm – tragicznych.

Kwestia zamiany ról tragizmu i komizmu prowadzi nas do Katastrofy Smoleńskiej.
I nie do jednej, ogólnie przyjętej wspólnoty wrażliwości na absurd. Ale co najmniej kilku. Jednej nieoficjalnej, oszołomskiej, nieprzyzwoitej i niespodzianka: kilku oficjalnych!

(…)
2.      Pierwsza oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd
 (…)
Jaka była jedyna prawda, przyjęta od pierwszych minut po katastrofie?
Z powtarzającym się początkiem: „A dla mnie sprawa jest prosta”:

Wersja I historyjki 
dla Oficjalnej Wspólnoty Wrażliwości Na Absurd
 (OWWNA)
Bałagan w wojsku, brak szkolenia. 
Piloci, rozbisurmanieni, jak dziadowskie bicze, 
naciskani przez pijanego (to na deser, później, po przygotowaniu artyleryjskim) dowódcę, 
chcącego się przypodobać Prezydentowi, dopięli swego. Wylądowali. 
A i jeszcze brzoza.

Tak pamiętam. A może mi się śniło?

Największa siła tego motywu, że zawierała elementy prawdy. Niektóre bezsporne, ale tak ogólne, że nikogo nie obciążały, co najwyżej, jak się wyraził pewien frondowy bloger, - „nas – Polaków”, inne nieżyjących, którzy nie mogli się bronić.
Ja to kupowałem. Bo alternatywą mogło być, coś, co nie mieściło się w głowie. Żeby „Ruskie” odważyli się posunąć do „takiego czynu”. Absurd.
(…)
Teraz całe to wyjaśnienie wali się w gruzy. Znów nie wiemy, na czym polegał błąd. Nie istnieje żaden element opowieści. Ani brzozy, ani generała, trzeźwego, czy pijanego, nawet błędnej wysokości. NIC.
Jakie są dziś „bezsporne okoliczności”?  Nie ma. Po prostu. Trzeba zbudować nową, oficjalną wspólnotę wrażliwości na absurd. Inaczej ta konkurencyjna stanie się niebezpiecznie mało absurdalna.
  
3.      Budowanie nowej, drugiej oficjalnej wspólnoty wrażliwości na absurd

(…)
Co więc robić? Jaka jest historia na dziś?

(…) Ale konkretnie, co mamy myśleć? Nic?
(…)
Jestem zdania, że były dwie istotne przyczyny katastrofy. Pierwsza: ten samolot nie powinien wystartować z Warszawy; po drugie - nie powinien lądować na lotnisku w Smoleńsku. Warunki atmosferyczne nie zezwalały na jedno i drugie.
Rozumiecie głupki? To są właśnie „bezsporne okoliczności”!

Wersja II historyjki 
dla Oficjalnej Wspólnoty Wrażliwości Na Absurd
 (OWWNA)
                                             Skoro okazało się, że piloci nie lądowali w Smoleńsku, 
                                              Błasika w kokpicie nie było 
                                              a z brzozą też chyba się nie  dało ściemnić, to … 
                                              nieważne!

A kto chce tu mieć jakieś pytania, ten kiep i musicie znów go zatupać, zapluć a nawet, jak trzeba, obsikać. Tylko na wesoło! Howg. Czy jakoś tak. Powiedział Czerwony.
To była część opisowa. Teraz teoria.

4.     Twierdzenie
                 
             Zasada rosnącego absurdu
                 Zarządzanie psychologią tłumu 
                 przy pomocy absurdu 
                 w celu wytworzenia odpowiedniego przekonania 
                 wymaga ciągłego zwiększania 
                                                                          ... tegoż absurdu.

                  Wzór: Ilość absurdu w wersji I dla OWWNA  <  Ilość absurdu wersji II dla OWWNA

Inaczej przedsięwzięcie się zawali. Prawdopodobnie to niczego nie gwarantuje i przedsięwzięcie i tak się zawali, ale później i z większym hukiem. Ale co sobie pożyjemy to nasze. A i tak spadniemy na cztery łapy.

 Epilog
W piątym wieku przed Chrystusem żył sobie w Akragas na południowym wybrzeżu Sycylii poeta i filozof Empedokles, myśliciel, który na dziesięć wieków przed Św. Augustynem i dwadzieścia dwa wieki przed Kartezjuszem był filozofem – pluralistą, a dwadzieścia pięć wieków przed Einsteinem zakładał skończoność prędkości światła. Otóż tenże grecki filozof głosił w czterech słowach prostą zasadę:

Rzecz słuszną należy powtarzać.


Jeśli Katastrofa Smoleńska już się Wam znudziła, wiedzcie, że „im” właśnie o to chodziło.
Cała strategia tajnej frakcji powiększania, stosownie do potrzeb,  absurdu -TFP(sdp)A - polega na zmęczeniu szarego człowieka i wyrobieniu w nim przekonania, w zależności od jego wrażliwości, że:
Albo  „to do niczego nie prowadzi”,
Albo „nigdy się nie dowiemy”
Albo „tym się zajmują tylko oszołomy zbijający kapitał polityczny na nieszczęśliwym wypadku, w którym zginęło paru pisiorów i niestety, tylko jedna kaczka”.
I oni to powtarzają, gdzie się da. A ja powtarzam, to, co uważam, za słuszne!

PS
Jest to skrócona wersja wpisu pod tym samym tytułem zamieszczonego na Fronda.pl i Radiownet.pl
Postanowiłem sprawdzić, czy potrafię być lakoniczny.
Lakoniczny? To chyba przesada, ale zawsze 3 razy krótszy :)
A oryginały można porównać :)