wtorek, 20 października 2009

O gotowaniu spaghetti

Pewnego jesiennego dnia szewc wrócił ze swego warsztatu nieco wcześniej i zastał Żonę w czasie przygotowywania obiadu.



Postanowił podjąć bezskuteczną walkę z opinią nieroba i zagadał z troską:



- Pomóc Ci w czymś, kochanie?



Żona, doceniając jego dobrą wolę, kazała mu poszukać jakiegoś dużego garnka, który by się nadał do gotowania spaghetti.

Utonął do połowy w szafce z garnkami i przez długą chwilę słuchać było straszliwy rumor i tłumione marudzenie Szewca. Wreszcie z brzękiem rodzącym obawy o całość polewy wydostał z szafki garnek średniej, niestety, wielkości.



- Nie mamy odpowiedniego garnka do spaghetti. – Powiedział z miną eksperta Szewc. – Garnek do makaronu powinien być wysoki. No i nie mamy grubej soli…

- Szewcze – odrzekła Żona – podaj mi ten garnek, jakoś sobie poradzę. Chyba jadłeś coś przed obiadem, bo zaczynasz marudzić. Idź już mi z kuchni. Zawołam cię na obiad. A sprzątnij ten rozgardiasz w szafce, bo drzwiczki się nie domykają!



Bezapelacyjny Nierób z poczuciem klęski wycofał się do swojej gazety i postanowił nie odzywać się aż do obiadu.



Po pewnym czasie Żona woła z kuchni. – Szewcze, chodźże ino – pokażę Ci coś.



No i Szewc widzi, jak Żona, ostrożnie, by nie poparzyć się wrzątkiem, wkłada do garnka spaghetti. Wiązkę po wiązce, jednym końcem do wody, drugi trzymając w dłoni. Czekając, aż zmiękną, by koliście ułożyć je w za płytkim garnku.



- Widzisz? – rzecze Żona – dowiodłam Ci niezawodnie, że NIE POTRZEBUJEMY wysokiego garnka.



- Przeciwnie – odrzekł Szewc. – właśnie udowodniłaś sobie, że GO POTRZEBUJEMY.



Dalej Narrator nie będzie ciągnął tej historii. Oddalił się dyskretnie, by nie być świadkiem starej jak świat sceny małżeńskiej, z której, jeśli mamy szczęście, najlepsze jest zakończenie.



Narrator ma jednak jedną prośbę do czytelników.

Powiedzcie, KTO MIAŁ RACJĘ?

niedziela, 27 września 2009

Gra w farmazona



Czy pamiętacie taką dziecinną grę w „Pomidora”? Może niektórzy nie słyszeli, bo teraz gry w realu nie są modne…
Nie jest wcale taka głupia. Jest dwóch grających: Jeden, „broniący”, ma za wszelką cenę utrzymać powagę i na każde pytanie odpowiadać: Pomidor! Drugi, „atakujący”, ma wysilić swoją pomysłowość i tak zadać pytanie, żeby tę powagę zburzyć. Czyli rozśmieszyć pierwszego. Przez zabawne i inteligentne zestawienie swojego pytania i obowiązkowej odpowiedzi. Na przykład pytanie: Jaka jest twoja ulubiona przytulanka?
Jeśli  bawią się w tę grę dwie dziewczynki, jedna: „atakująca”, lat sześć i druga, „broniąca”, lat osiem, szanse są wyrównane. Pod jednym warunkiem. Że „broniąca” jest normalnym dzieckiem. Nie jakimś ponurym produktem kultury masowej, chowanym na gwiazdę programu telewizyjnego „Mam 8 lat i mam talent”, noszącym buty na wysokim obcasie i malującym paznokcie.
Wtedy jej powtarzający się, jak mantra, „Pomidor” będzie niczym każdorazowe pukanie się w głowę. I może doprowadzić „atakującą” do płaczu. Gra w „Pomidora” ćwiczy pomysłowość i inteligencję, ale wymaga podobnej u obojga wrażliwości i elementarnego poczucia humoru.

Otóż spacerując ostatnio po blogowisku, zaszedłem do pewnego blogera i wdałem się w rozmowę. Właściwie wygłosiłem kilka, wcale nie odkrywczych, jakkolwiek zdecydowanych, zdań. To, co z tego wynikło, znajdzie się w niniejszym tekście. Mianowicie owocem mojego wkręcenia się w kłębowisko bezładnej, kawiarnianej, żeby nie powiedzieć karczemnej, awantury jest odkrycie nowej, wirtualnej gry. Gry w „Farmazona”.
Jest analogią gry w „Pomidora”.  Jednak „broniący” ma trudniejsze zadanie. Oprócz zachowania spokoju, (powaga nie jest kłopotem, bo to gra trochę ponura) musi wygłaszać jakieś kwestie, w miarę mądre i przekonywające. „Atakujący” ma dużo łatwiejsze zadanie. Arbitralnie ocenia, czy wypowiedziana kwestia jest rozsądna i czy adwersarz kwalifikuje się do towarzystwa. Jeśli coś mu się nie spodoba, mówi cokolwiek i kończy słowem „Farmazon”.

To nie koniec gry. Jeszcze „atakujący” nie zwyciężył. O nie. „Broniący” może grać dalej. Może na przykład dodatkowo się wytłumaczyć, że, na przykład, został źle zrozumiany, że źle się wyraził, poszukać nowych argumentów, powołać się na autorytety, dokumenty Kościoła (najlepiej sprzed Soboru Watykańskiego II). „Atakujący” znów ma pełną swobodę oceny tej wypowiedzi. Znów może , ale nie musi argumentować. Może wypowiedzieć sakramentalne „Farmazon” lub wspaniałomyślnie użyć innego słowa np. głąb, heretyk, bigot, szkodnik itp. Sporadycznie, kiedy „broniący” wyjątkowo paskudnie się zbłaźnił padają nawet czasowniki, których w moich czasach chłopaki przynajmniej nie używali przy dziewczynach.

Jednak dopóki „broniący” nie straci zimnej krwi i nie wypowie absolutnie zakazanej kwestii typu „sam jesteś farmazon!”, gra może się toczyć dalej. Jeśli do końca dyskusji „broniący” nie da się sprowokować, uzyskuje remis. Jest wprawdzie całkowicie spalony w społeczności „atakujących”, ale nie przegrał.

Kto decyduje o podziale ról na „broniących” i „atakujących”? Każdy z członków społeczności. Wybiera rolę, która mu odpowiada i stosownie do tego postępuje. Ponieważ „atakujący” sam decyduje o zasadach swego postępowania, jest nieuchwytny dla dalszej analizy. Zajmijmy się więc „broniącym”. Jego zasady są dość proste, jakkolwiek wyjątkowo trudne do konsekwentnego stosowania.

Ja próbuję sił na pozycji „broniącego”. Pytacie, jak mi idzie? Fatalnie, oczywiście. Jestem farmazonem klasycznym. Nie dość, że brakuje mi niezbędnych kwalifikacji merytorycznych, to na domiar złego strasznie szybko wychodzę z roli „broniącego” i przechodzę do ataku. Co ostatecznie mnie pogrąża.

Dlaczego jest tak trudno wytrwać na tej pozycji? To są nieuchwytne dla mnie kwestie psychologiczne. Na przykład ja nie lubię bijatyk. A jednak, kiedy mnie biją nie umiem się powstrzymać, żeby nie oddać. Pocieszam się, że moje ciosy są bardziej eleganckie, ale to tylko mydlenie oczu. Gra w farmazona ma swoje nieubłagane prawa. Albo – albo.

Jest tu kilku mistrzów gry na pozycji „obronnej”. Nie będę ich wymieniał, żeby dodatkowo nie utrudniać im i tak katastrofalnego położenia. Szczególnie jedna komentatorka o mężnym sercu jest dla mnie niedościgłym wzorem.

Z niezmąconym spokojem z każdego, najbardziej chamskiego odezwania „atakującego” wyławia istotę zarzutu i wyjaśnia swoją pozycję. W niczym oczywiście to jej nie pomaga, jeśli chodzi o sposób jej traktowania. Ale właściwie niewiele ją to obchodzi.  Widać, że całkowicie jest pochłonięta tą grą. NIGDY nie wygrywa. Nie znam przypadku, żeby „atakujący” uznał swoją porażkę. Ale nigdy też nie przegrała.

O co więc idzie ta gra? Dlaczego jest takie ważne, żeby nie przegrać? Dlaczego u licha jej zazdroszczę? Po co komu te burdy, w których doznaje się upokorzeń i przemawia na puszczy?

Długo tego nie rozumiałem, dopiero ten ostatni incydent, kiedy ostatecznie zostałem farmazonem trochę mnie oświecił.

Przecież sam napisałem w jednym ze swoich pierwszych wpisów ( Nie, nie jestem fundamentalistą ) , że żadna dyskusja nie spowoduje zmiany poglądów. Poglądy dorosłego człowieka to nie balonik na sznurku, który sobie puszczamy, kiedy coś nam się nie spodoba i kupujemy nowy. Jeśli już, to pancerny, ogromny zeppelin, przymocowany do nas tysiącem nitek a czasem grubych cum. Przerwanie jednej nici nie spowoduje odfrunięcia balonu.

Może jednak przesunąć trochę jego położenie. Można go dopompować lub odwrotnie upuścić trochę złego powietrza. Całkowite zerwanie tego potężnego ładunku z uwięzi groziłoby zresztą nieobliczalnymi konsekwencjami. Tylko księża wiedzą trochę na ten temat, ci cisi felczerzy dusz ludzkich w służbie Naczelnego Lekarza.

Jeśli mamy coś do przekazania bliźniemu, coś w jego interesie, nie możemy liczyć na łatwe sukcesy. Możemy tylko cierpliwie mówić naszą prawdę. Nic więcej.

Gra w farmazona nie jest jeszcze ewangelizacją. Jest okazją do zaproponowania okrucha ze swego chleba. Okazją do oświetlenia swoim światłem starych prawd. Dodaniem naszej prawdy do jego prawdy. Jedna prawda jest u Boga. Każdy z nas ma tylko jej malutki kawałek. Zmieszany z jakimiś brudami, śmieciami, odpadkami, które nam cudownie błyszczą. Więc to jest okazja to spojrzenia na naszą prawdę oświetloną przez bliźniego. Również „atakującego”.

Kiedyś pewien felietonista, Marek Skwarnicki porządkował książki w swojej bibliotece, jedna z nich spadła z półki i uderzyła go w głowę. Zainteresowało go, co ONA MIAŁA MU DO POWIEDZENIA.

Jest kilku ewangelizatorów na tym forum. To już powołanie. Szukać tematów, tłumaczyć z obcych języków, myśleć, opracowywać, pisać. Potem czytać, czasem wredne, czasem głupie komentarze. I cierpliwie odpowiadać. Dziękować za poświęcony czas „atakującym”, wyjaśniać. I nie zwracać uwagi na formę. Odnosić się do meritum. Jakie to proste. I jakie trudne.

Czy Fronda jest dobrym forum do tak rozumianej „gry w farmazona”? I do wyższej formy – do ewangelizacji? Po ponad miesięcznym pobycie tutaj, odpowiadam z pełnym przekonaniem. Tak!
Poznałem tylu cudownych ludzi i odbyłem fascynujące rozmowy. To jest wspaniałe, ale … jakbym przeczuwał, że nie to jest najważniejsze. Zauważyłem, że nie wszystkich interesują nasze rozważania. Nie wszystkich, spośród „broniących”. Oni mają misję. Chcą przebywać wśród tych, którzy się źle mają.

Ja się nie nadaję. Nie mam kwalifikacji ani cierpliwości. Jeszcze na pewno gdzieś zajrzę do tych „świętych karczm”. Choćby, żeby posłuchać, co mi miał do powiedzenia, brat, który uderza w głowę. Nie obiecuję jednak, że potrafię zremisować w farmazona. Więc będę uprawiał swoje poletko. I przyjmował gości, którzy zechcą przyjść. No i wspierał, tak jak umiem, „broniących”. Niech im Pan Bóg da cierpliwość i zdrowie. Na razie pozdrawiam jednego „atakujacego”, któremu zawdzięczam ten wpis. I jedną „broniącą” o sercu lwa. No i jednego anielskiej dobroci ewangelizatora.
Kto potrzebuje ewangelizacji? Wszyscy.
Kościół nie jest wspólnotą ludzi świętych, lecz grzeszników dążących do świętości. (ks. Jan Twardowski)

poniedziałek, 21 września 2009

Szewca ostatni dzień lata

W poniedziałek, w pierwszy jesienny poranek, kiedy jeszcze mgła nie opadła i jesienne słońce nie przegoniło niecierpliwych chłodów, zaszedłem do mojego szewca. Właściwie nic od niego nie potrzebowałem, a może już nie pamiętam, po co wpadłem do jego warsztatu na Starym Mieście, przy Szewskiej. Szewc przywitał mnie, jak zawsze, uprzejmie, ale zauważyłem, że mimo tego zimnego i mglistego ranka, jest jakiś dziwnie pogodny i rozmarzony.



- Udał się Panu, Panie Kaziu, weekend, widzę.



Szewc spojrzał na mnie nieco zdziwiony i uśmiechnął się do swoich rozpierzchłych nagle myśli.



- Panie szanowny, widzę, że nigdzie się panu nie śpieszy, jeśli ma pan czas na takie obserwacje. Klienci w taki ziąb jeszcze nie przyjdą. Zapraszam za kontuar, kawa właśnie się parzy, zostało mi trochę ciasta. No proszę, bez krępacji!



Rozsiedliśmy się na szewskich zydlach, na uprzątniętym naprędce stoliku dymiły szklanki z kawą po turecku, ciasto okazało się domowej roboty, z jabłkami, posypane cukrem pudrem, pulchne, ale nie puszyste jak dymane pieczywo. Nie było zbyt słodkie, ale mdłe też nie, rozpływało się w ustach. Na pewno nigdzie go nie mógł kupić. Tylko doświadczona gospodyni potrafi takie ciasto upiec. I to tylko dla kogoś bliskiego. Nie na zamówienie.



- Taki pan spostrzegawczy, że korci mnie opowiedzieć mu, jak mi zeszła ta ostatnia, tak słoneczna i ciepła sobota.



Przełykałem właśnie duży kęs Domowego Poematu, więc tylko skinąłem skwapliwie i przysunąłem nieco zydel do ściany, żeby oprzeć się wygodniej.



- Kilka dni gryzłem się czymś, – zaczął szewc, kiedy popił ostrożnie trochę zbyt gorącej jeszcze kawy - najgorzej było w zeszły piątek. Nie będę o tym gadać.. co tam… Ma pan oko! Puściło. Sobota była zbawienna, jakby po Tajemnicach Bolesnych, przyszły do mnie Tajemnice Radosne..



- Wie pan, ja jeżdżę konno..

- Pan?! – Nie wytrzymałem i o mało nie wylałem kawy.



Uśmiechnął się wyrozumiale, wcale nieurażony.

- Sam się czasem dziwię… Wie pan, moja córka była strasznie zawzięta na konie, to co, miałem stać za płotem i przestępować z nogi na nogę? Wolałem jeździć z nią. Teraz ona już dorosła, mieszka daleko, nie możemy jeździć razem. Jakaś instruktorka, kiedy jeszcze nawet nie brałem tego do siebie, mówiła, że jazdę konną można uprawiać do późnej starości, pod warunkiem ogólnej sprawności. To staram się być ogólnej sprawności i jeżdżę. Moja, mój syn zaczynają się martwić. Jacyś starzy aktorzy ciągle spadają w gazetach i telewizorach, poważnie się tłuką, no i moi zaczynają mi wygadywać. Wie pan…



- W piątek tak mnie wzięło, że zapowiedziałem Mojej: jeśli ze mną na konie nie pojedzie, to się do niej przestanę odzywać. Najpierw próbowała ze mną po swojemu, ale się uparłem. Umówiłem się ze swoją starą instruktorką, która zaczęła na własny rachunek urządzać stajnię i chciałem ją odwiedzić. Ale samemu jakoś nie wypadało…



- Sobota wstała jakaś zupełnie inna, jeszcze ranek chłodny, ale słoneczko, niebo, już obiecują, że będzie weselej…



- Do stajni daleko, oj daleko, pod Skierniewicami, a my zza Wisły, ze wschodniego brzegu, to będzie prawie sto kilometrów. Ze dwie godziny jazdy. Dla mnie to, co tam. Ale moja kobita to przecież jedzie tylko na wycieczkę. To się boję cały czas, żeby nie zaczęła marudzić. Faktycznie, jak by mnie wzięła gdzieś w swoich sprawach, to może bym i zaczął nosem kręcić. Zabawiałem ją rozmową, aby dawać jej coś z mojego nastroju. Po drodze mijaliśmy okolice, o których mogliśmy uciąć sobie wspomnieniową pogawędkę i jakoś dojechaliśmy. Mój szrot też był bez zarzutu, nawet ciszej niż zwykle chodził. A może nie cisnąłem go tak, jak to czasem potrafię.



- Dojeżdżamy, okolica piękna, resztki sosnowej Puszczy Mariańskiej, stajnia pod lasem ale jeszcze w rozsypce, plac budowy, rozkopana. Kobita znacząco milczy, gdzieś ty mnie przywiózł, dwie godziny jazdy…



- Nic. Okazuje się, że nikogo oprócz mnie nie będzie, więc mam jazdę indywidualną. Małgosia daje swój instruktorski koncert. Ćwiczę różne chody i tempa, wyginania na zewnątrz, kawaletki, kłus zebrany, galop z luźnymi wodzami. Wreszcie małe skoki z utrudnieniami, zmianą nóg i kierunku, z ciasnego zakrętu. Patrzę, a tu Moja swoją cyfrówką nawet zaczyna mi zdjęcia robić, zaciekawiona. Gadają sobie z Małgosią w najlepszej komitywie, trochę ze mnie żartując.



- Po jeździe Małgosia zaprasza na kawę z ciastem. Siedzimy sobie na powietrzu, schronieni przed całkiem już rozdokazywanym słońcem, pod sosenką – galaczkiem. Małgosia, zapalona, jak bożonarodzeniowa świeca, snuje plany na zorganizowanie swojej stajni. Dużo dzieci z okolicy dojeżdża. Ciasto było wprawdzie kupne, ale to właśnie te dzieciaki Małgosi przywiozły. Jak któreś spadło – taki jeździecki zwyczaj. A starzy klienci nawet z Warszawy ściągają.



- Dla mnie to za daleko, ale cieszę się, że ktoś i w Skierniewicach będzie miał gdzie na koniku pojeździć.



- Kłopotów z budową nie brakuje, robotnicy są … wiadomo, a nawet jedna firma z tradycjami z 19-tego wieku też przysłała nygusów i trzeba im było powiedzieć do słuchu.

- No i godzinka nam przy tej pogawędce zleciała, a i żona miała swoje plany na sobotę. Umówiliśmy się z synem i jego rodziną (2+2, jak to mówią) w Pułtusku na obiedzie, żeby potem do szwagra nad Narew wpaść. Wizyta niezapowiedziana. Takie najlepsze. Może to ostatnia okazja, taka pogoda. Ale gdzie ten Pułtusk, znów na wschodni brzeg Wisły, ponad 120 kilometrów przez Leszno. A już po pierwszej.



- Jedziemy, nastrój mamy, jak bym ze dwadzieścia par butów sprzedał. Ale małżonka trochę żałuje, że w taką pogodę my tyle czasu w tym rzęchu musimy spędzać, że od razu trzeba było do Pułtuska jechać. Nic nie gadam, bo przecież widzę, że plan nam wyszedł trochę zawzięty. W Żyrardowie korki, w Błoniu jeszcze większe. W Nowym Dworze błądzimy, bo GPS nie ma widocznie wczytanego objazdu. Albo ja nie mam nowej mapy. Dochodzi 3-cia. Kiedy już nam miny prawie zrzedły, ratuje nas nasza Koronka odmówiona w czasie jazdy. W czasie długich przejazdów często sobie odmawiamy wspólne modlitwy.



- Ostatnio jednego takiego szoferaka z Ameryki poznałem w Internecie, on sobie na tych szerokich jak Rynek Staromiejski drogach, też modlitwy odmawia. To my nie takie ciemne ludzie, żeśmy sami na to wpadli?



- Pułtusk. Na rynku tłum, policja nie wpuszcza, stajemy jakoś, głodni, idziemy coś zjeść do baru na rogu. Ceny mają, jak w barze, karmią lepiej niż w tych lokalach obok, wie pan, a tu ceny 4 razy takie.



- Ja zamawiam schab w migdałach. Kojarzysz pan? Nie wiem, czy ci obok mają go w karcie. W Pułtusku za dziewięć pięćdziesiąt razem z jarzynką do wyboru. Czekamy na syna z rodziną. Wychodzę do nich na rynek, żeby ich przyholować. Wysiada jakiś skwaszony, chyba się poprztykali. Ledwie wysiadł, zaczyna już narzekać, że ta Unia wygląda z każdego okna, gdzie się nie przyjedzie.



- Bo na rynku impreza unijna. Przyjechał mer francuskiego miasta siostrzanego. Gadał coś po francusku, ale tłumaczyli, że podziwia Polaków. Katyń, wojna, bohaterstwo itd. A na rynku po drugiej stronie jest dom, gdzie Napoleon nocował w drodze na Moskwę. To chociaż Francuzik sobie odrobił lekcję, że Polacy zawsze byli wiernymi przyjaciółmi. I nie zdradzali w walce. Syn mi opowiadał, że przeczytał u Łysiaka, jak jedynymi oddziałami Kaprala, które wycofywały się z Rosji w porządku i nawet partyzanci Kutuzowa bali się ich zaczepiać, były oddziały polskie. A nawet Francuziki przebierały się w nasze mundury, żeby odstraszać. A jak oni się tego dowiedzą? Czy Łysiaka tłumaczą na francuski? Nie wie Pan? Zresztą, co tam Francuzy, nasi mędrcy też takich rzeczy nie wiedzą, kręcą jakieś kretyńskie sceny z oficerem – nędzarzem, idącym przez śnieżycę z laską – szablą. Ja taką scenę całe życie pamiętałem. Jak cierń jakiś w sercu. Dopiero mój chłopak mi go wyjął.



- Może i za drogo nas ta lekcja dla Francuza kosztowała, ale kto to wie, może on jednak sam za nią zapłacił?



- Dlatego synowi powiedziałem, że dzisiaj mam dobry humor i jak mi go zepsuje, dostanie po łbie. Chciał coś margać, że on myślał, że mnie to on może takie rzeczy mówić, ale zobaczył mój wzrok i odpuścił.



- Powiedziałem mu jeszcze, że malkontenctwa to ostatnio miałem tyle, że uszami mi wychodzi, zwłaszcza „święte”, prawicowe i nasze rodzinne, oszołomskie też, więc chcę dzisiaj sobie oglądać jasną stronę księżyca. Widzę, że patrzy na mnie podejrzliwie, ale guzik mnie to obeszło. Oni jedli, a ja z wnukiem, oglądaliśmy sobie paradę harleyów, którzy zjechali się z całej Polski. Hałas był niemożebny, a dzieciak o mało nie wyskoczył ze skóry.

- A jeszcze potem ksiądz pobłogosławił tych harleyowców. Przy tym Francuzie! Każdy ma takie parady, na jakie sobie zasłużył. Niech popatrzy. To też w cenie, więc już i tak lepiej.



- Jedziemy nad Narew do szwagra. Teraz już w konwoju. Mój rzęch i charakterna terenówka, trochę przechodzona i kapryśna, jak ciotka angielskiego lorda, ale mieszcząca czteroosobową rodzinę i majdan na biwak, w tym dwumiejscowy wózek dziecinny. Dojeżdżamy. Szwagier siedzi sobie z żonką, szwagierką, nad tą Narwią. Na wzgórzu, z widokiem na rzekę. Perła Mazowsza. Późno już, po piątej, ale jeszcze sobie pospacerujemy łąką z widokiem na drugi brzeg. Niespodziewana wizyta. A oni, jak by ich nawiedzili Trzej Królowie. Tak się ucieszyli.

- Szwagier akurat rybki oprawiał, to siostrze je od razu ofiarował, żeby dla wnuczków coś przyrządziła. Jadł pan kiedy rybki prosto z Narwi? Mnie teściowie zastawiali stół rybkami wiele lat temu, zięciowi z miasta . Przypomniałem sobie wtedy, jak smakuje ryba z czystej wody. W dzieciństwie, w Górach Sowich, gdzie się chowałem, szkolny kolega łapał w strumieniu pstrągi ręką, pod kamieniami. Mieszkał nad samą Białką, z domu mógł boso wylecieć na połów. Kiedyś zaprosił mnie po szkole. Nigdy potem czegoś tak rajskiego nie miałem w ustach.

- Żadne Hiltony, japońskie, chińskie restauracje, nie mówiąc o amerykańskich nie potrafią. Świeże ostrygi smakują przy tym, jak źle przyrządzona galaretka z nóżek. Trzeba cytryny! Cytryny, uważasz pan? To jest elegancja, Francja. A do pieczonego w kominku, na blasze, z masełkiem, pstrąga chyba nawet soli nie musi pan dodawać. I nawet pan nie zauważysz. W Narwi pstrągów nie ma, ale szwagrowskie płotki wolę nawet od pstrągów podawanych w tych przydrożnych chatach staropolskich.

- No i posiedzieliśmy, szwagierka herbatki zaparzyła i ciasta nakroiła. Nieboga, na cały tydzień sobie i swojemu napiekła, ale powiedziała, że przecież ma czas, to sobie jeszcze napiecze. I na drogę pół prodiża, co jeszcze zostało, nam oddała. Toć mąkę ma, a w sadzie jabłka jeszcze opadają. A ciasto – pycha!



- O, właśnie, jeszcze trochę zostało. Jak, smakuje? Może szanowny pan zje jeszcze kawałek?

Nie znalazłem odpowiednich słów, żeby podziękować staremu za poczęstunek i opowieść o ostatniej letniej sobocie. Zrobiło się późno. Słońce rozgoniło jesienne mgły i chłody. Pojawił się klient. Szewc skinął mi przepraszająco i wrócił do swojego szewskiego zajęcia. Ja zaś obudziłem się z jakiegoś cudownego snu i oprzytomniałem.



Trzeba wracać do rzeczywistości. Rzeczywistości? A tamto, co to było? Staremu w głowie się miesza, może tak tylko sobie marzy. Może w ogóle przesiedział z babą w domu, naburmuszony, przecież widziałem go w  piątek, jak chmurę gradową. I chciał się tylko tak pochwalić.



Konie? Francuz w Pułtusku, harleye? Schab z migdałami w barze na rogu? Ciasto? Nie, no już przesadził. Nie nabierze mnie! No tak, ale ciasto rzeczywiście pyszne. Ciasta nie wymyślił. No i skąd by wiedział o tych partyzantach?

Swoją drogą, pierwszy taki mój poniedziałek… A to dziwak!

wtorek, 15 września 2009

Historia pewnej dyskusji (opowiedziana przez szewca)


(Ten tekst ma wartość historyczną. To inauguracja postaci Szewca. Od tego momentu czasem ja odwiedzam jego, czasem on mnie. Nigdy nie wiem, kiedy to nastąpi. Co ciekawsze, pojawiają się również inne postaci. Ot, życie literackie dzikich...)

W tych dniach spotkałem pewnego szewca, którego zawsze uważałem za straszliwego oszołoma-prawicowca. Spytałem, dlaczego jest taki czerwony. Po kilku piwach, kiedy go apopleksja trochę puściła powiedział, że bliski przyjaciel zaciągnął go w zeszłą sobotę na dyskusję teologiczną. 

Ten przyjaciel bardzo szewca lubi i zabiera go w różne fajne miejsca. Szewc poszedł niechętnie, ale przez wzgląd na przyjaciela zgodził się posłuchać, co mówią specjaliści teologowie (To pobożny, tradycyjnie wychowany, choć trochę pomylony szewc „z przeszłością”).

Dyskusja trwała już od piątku i dyskutanci trochę gonili w piętkę, więc szewc zerkał niecierpliwie na przyjaciela, kiedy już wyjdą, bo końca nie było widać.

Kiedy jednak referent ogłosił, że to jest ostatnia szansa (w tę sobotę!) i zaraz mają ukraść Boga, nie wytrzymał, palnął jakąś mówkę, pokazał kombatanckie blizny, trzasnął drzwiami i wyszedł.

- No dobrze, ale to przecież było już tydzień temu? Zapytałem. I jeszcze Panu nie przeszło?
- Przeszło, ale Panie, tak się zdenerwowałem, że mi Boga ukradną, że do 2-giej w nocy nie mogłem pacierza skończyć i moja stara w końcu mnie dyscypliną do łóżka zagoniła. 

W niedzielę na Mszy Świętej cały czas podejrzliwie na księdza patrzyłem, czy nie oszukuje, ale wszystko odbyło się jak należy, więc się trochę uspokoiłem. Ale ciągle myślałem, czy czasem ci złodzieje dla niepoznaki po niedzieli przyjdą.

- A wczoraj sprawdziłem, co oni tam uradzili. Bo na takimś ichnim głogu, czy czymś tam ogłaszają. I przepisałem sobie, o!

Szewc podał mi kilka zmiętolonych kartek. Widać bardzo się starał, bo rzeczywiście dokładnie przepisał podsumowanie dyskusji oraz główne, najbardziej spektakularne tezy referenta.

Referent ten miał szczęście, bo znalazł się pewien dyskutant, spośród owych przebrzydłych stronników złodziei, który przetłumaczył jego tezy na język polski:
Belisso: (…)
- Ty uważasz, że NOM zrywa z dotychczasową Tradycją Kościoła, jest spreparowany w dziwnych okolicznościach, wypacza sens i cel Eucharystii itd.; argumentujesz to różnymi badaniami, opiniami wielu osób, w tym wielu zacnych biskupów i kardynałów;

A oto, jakie słowa streścił Belisso, po całej dyskusji na sto kilkadziesiąt komentarzy, gdzie wypowiadało się wielu obrońców aktualnie obowiązującego rytu, czyli NOM:
Jedyną rzeczywistością pozostanie wtedy drugoplanowy teatr liturgii składającej się z pustych słów i symbolicznych gestów(…)Tak właśnie wygląda droga do nikąd, której pierwszym krokiem jest lekceważenie liturgii. Dlatego ostrzegam was, nieszczęśników tkwiących w oparach modernistycznego lekceważenia: nie dajcie sobie i swoim dzieciom ukraść Boga!(podkreślenie moje) Nie będziecie mieli drugiej szansy(???pytanie moje) (…).
Dla osłupiałych czytelników: To jest spekulacja referenta na temat przyszłości Świętego Kościoła Katolickiego, jeśli przebrzydli zwolennicy złodziei się nie opamiętają.

A oto podsumowanie stanowiska nieszczęśników, popierających zło, pogrążających się w "modernistycznym lekceważeniu liturgii” dokonane przez tegoż cierpliwego i wyrozumiałego do końca, komentatora Belisso:
- ja uważam, że NOM wyrasta z dotychczasowej Tradycji Kościoła, wpisuje się w nią i stanowi o jej rozwoju; poza tym, sięga do elementów, które ta Tradycja w ciągu wieków "zgubiła"; tak naucza Kościół.  Sądziłem, że ucieszy Cię nazwanie "Tridentiny" szlachetnymi korzeniami… ;)
To jest również moja opinia. 

Szewca nie pytałem. Powiedział, żebym go więcej nie wyzywał od oszołomów i prawicowców, bo się zapisze do..(wyciąłem, żeby nie robić reklamy partii na tym szacownym forum).Wypił piwo i chwiejąc się na nogach, bynajmniej nie z nadużycia alkoholu, bo głowę ma mocną, odszedł.

Poczuwam się do obowiązku podkreślić, że rzetelne i odchwaszczające streszczenie wpisu blogera, przynosi zaszczyt  streszczającemu –  Belisso.

Włożył wiele cierpliwości i użył całej swojej kompetencji, pokory i pobożności.
Z poetyki wieszczącej katastrofę Kościoła Katolickiego, lekceważącej paru papieży, oficjalne dokumenty Kościoła i miliony katolików na całym świecie, uczestniczących pokornie i pobożnie w Mszy Świętej wyłowił kilka zdań, z których wynika, że nie wszystko jest w porządku na tym najlepszym ze światów.

Zdań przesadzonych, ale nie obraźliwych, mieszczących się w normie dyskursu teologicznego. Jestem po jego stronie i jestem z tego dumny.

Być może Belisso odniósł z tego korzyść, bo wytrwale doskonalił się w swoim kunszcie profesjonalnej dyskusji. 

Nasz bloger też by miał korzyść, gdyby zechciał po nią sięgnąć. Dostał darmowe tłumaczenie histerycznego bełkotu na polski.
Ale czy Belisso nie zasłużył przynajmniej na piwo?

Dopisek Lisa (tutaj całkowicie historyczny i niezrozumiały nawet dla mnie, co to za facet?): To była wprawka przed dalszym lotem w śmiertelnym korkociągu, w który wpadłem. Miałem „robić w kulturze” a wplątałem się w wojnę z tradsami. Już bym zdezerterował, ale dołączył do nich naprawdę fajny gość. Chcę z nim gadać, ale z TYM facetem żartów nie będzie. Musiałem trochę poćwiczyć. Udało się: 4916 znaków.
Na razie.

wtorek, 1 września 2009

Twierdzenie Goedla

Inżynier mówi do humanistów

Na początku lat siedemdziesiątych, jako młody inżynier zapisałem się na Kurs Zastosowań Matematyki organizowany przez Instytut Matematyki PAN. Nie zadowalała mnie wiedza wystarczająca w pracy konstruktora samochodów. Szykowałem się podświadomie do innego zawodu, który teraz wykonuję, już od 30 lat.



Wykładowcami byli wybitni matematycy polscy z całej Polski. Metody numeryczne wykładała młoda wówczas (dziś już emerytowana) dr Janina Jankowska z Uniwersytetu Warszawskiego. Jej mąż Michał, był z kolei, nieco później, moim profesorem na studium doktoranckim. Ich podręczniki z metod numerycznych są do dziś klasyką. Informatyki uczyli Andrzej Targowski i Krzysztof Rey. Analizę funkcjonalną z kolei wykładał wrocławski profesor Stanisław Hartman.



Zdawaliśmy normalne egzaminy, jak na studiach. Szkoda, że nie zachowałem indeksu z podpisem profesora Hartmana, ucznia i współpracownika legendarnego, światowej sławy profesora uniwersytetu lwowskiego Hugo Steinhausa. Dostałem piątkę. I nawet, jeśli profesor dał ją trochę „za dobre chęci” (dla nas „wolontariuszy” był wyjątkowo łagodny), to mimo wszystko, cieszy. Jego podręcznik „Wstęp do analizy funkcjonalnej” zawierał motto z „Szewców”. Kiedyś w jakiejś swojej, żałośnie przyczynkarskiej publikacji inżynierskiej użyłem tego samego motta.



Nauczyłem się odtąd darzyć wielkim respektem książki zaczynające się od słowa „Wstęp do …”. Można było szybko zgubić wątek, bo to przeważnie był już wstęp do … zakończenia. Zrozumiałem wtedy, że czcigodny profesor, podobny trochę do najprzystojniejszego z braci Marx nie żartował, kiedy serdecznie nam odradzał kupno swojej książki.



Te dodatkowe zajęcia bardzo rozszerzyły moje horyzonty. Analiza funkcjonalna dała mi nową intuicję przestrzeni. Zobaczyłem, że istnieją jakby inne „światy”, inne, co do natury, ale dające się wywieść ze świata, który jest oczywisty, bo istnieję w nim od urodzenia –świata przestrzeni trójwymiarowej.



Ale i ten zwykły świat zaczął być postrzegany inaczej. Mogłem na niego spojrzeć z dystansu, jak na szczególny przypadek „światów” wymyślonych przez Banacha i Steinhausa w lwowskiej Kawiarni Szkockiej i wyrysowanych kopiowym ołówkiem na marmurowym blacie stolika, serwetkach i w grubym zeszycie prezencie od pani Banachowej. Dziwnymi znakami, niezrozumiałymi dla pana Władzia, czy Tońcia, ulubionego „Pana Starszego” tych dwóch przyjaciół, donoszącego kawę i koniak.



Byłem zafascynowany. Każdy nowy rozdział podręcznika analizy funkcjonalnej (ale nie zaczynającego się od słowa „Wstęp …”) zawierał opis nowego rodzaju przestrzeni, nowej krainy po drugiej stronie lustra.



Jedne mi się podobały mniej inne bardziej.

Przestrzeń Banacha była jakby za bardzo polska, swojska, prawie trywialna. Pamiętam, że trochę byłem rozczarowany, że taka „uboga” przestrzeń nosi polskie nazwisko, podczas gdy przestrzeń Hilberta, innego genialnego matematyka, ale anglosaskiego, miała właściwości bardziej ją predestynujące do porównań z krainą Carrola, zresztą też matematyka.



Królowa angielska bardzo się zdziwiła, kiedy po przeczytaniu „Alicji w krainie czarów”, zażądała wszystkich dzieł tego obiecującego bajkopisarza i przyniesiono jej jakieś „Wstępy do…”



Zacząłem na własną rękę studiować różne zagadnienia matematyczne i „przeczytałem ze zrozumieniem” książeczkę amerykańskich matematyków Nagela i Newmana o twierdzeniu Kurta Gődla. Austriacki matematyk w wieku 25 lat(!) skwapliwie skorzystał również z osiągnięć dwóch polskich przyjaciół i został najwybitniejszym matematykiem XX wieku oraz …platonikem.



Do jego głównego osiągnięcia zaraz dojdziemy, ale chcę skończyć ten platoński wątek.



Otóż Gődel uważał, w duchu realizmu platońskiego, że „byty matematyczne” istnieją i są przez matematyków nie – wymyślane, czy konstruowane, lecz odkrywane w tym sensie,

w jakim Kolumb odkrył Amerykę. Tego już było dla mnie za wiele, doznałem zawrotu głowy i na długo zraziłem się do filozofii. Dzisiaj już by mnie to nie szokowało.



Ale Twierdzenie Gődla wywarło na mnie piorunujące wrażenie, tym bardziej, że dzięki talentowi pisarskiemu amerykańskich autorów chyba wszystko zrozumiałem.



W skrócie chodzi w nim o to, że w systemie aksjomatów i reguł wnioskowania sformułowanym dla liczb naturalnych mamy do czynienia z „diabelską alternatywą”: albo uzyskujemy sprzeczność albo niezupełność sytemu.



Czyli albo mamy „zupełny” system aksjomatów i wówczas możemy dowodzić wszelkich twierdzeń, w tym dwóch wzajemnie sprzecznych, albo mamy system niezupełny, wprawdzie niesprzeczny, ale za to pojawiają się twierdzenia prawdziwe, których w tym systemie nie można udowodnić.

Trzeba wyjść POZA SYSTEM i dopiero wtedy takie twierdzenie da się udowodnić, jako prawdziwe.



Nowy zawrót głowy!



Potem Gődel i następcy odkryli, jak stopniowo poszerzać system w ten sposób, by go stopniowo komplikować i ciągle mieć kontrolę nad problemem zupełności i niesprzeczności.

Można budować systemy dedukcyjne o wiele bardziej skomplikowane niż arytmetyka liczb naturalnych.

W pewnym sensie nic to jednak nie daje. Raz na zawsze została pogrzebana nadzieja na ostateczne sformalizowanie systemów, opartych na zestawie aksjomatów.



Można by powiedzieć, że zza twierdzenia Gődla wychyla się do nas Dobry Bóg i puszcza do nas oko: A mam Cię bratku, chcesz mnie sformalizować? To dawaj!



A dzisiaj informatyka ma z tym zupełnie przyziemny problem. Nic nie jest pewne! Programy działają albo nie. Przeważnie nie. Stąd najpopularniejsze słowo w informatyce to upgrade :)



Jakie wnioski?



W skrócie są dwa:

1) Człowiek, który chce wszystko wziąć „na logikę”, przypomina chłopca, który pewnego dnia powiedział mamie, że postanowił doliczyć do nieskończoności.



2) Nawet proste rozumowanie logiczne nie jest zabawą dla uczniaków i wymaga ostrożności, kompetencji oraz ciągłego posługiwania się weryfikacją wyników - INNĄ METODĄ.



Kurt Gődel czuł się w tej problematyce, jak ryba w wodzie. ON MÓGŁ.



Znana jest historia, gdy jako kandydat na obywatela amerykańskiego, zdawał egzamin ze znajomości konstytucji u sędziego. Mimo rad przyjaciela udowadniał mu, że na jej gruncie można bezzwłocznie zbudować reżym autorytarny podobny do faszystowskiego. Tylko dzięki wielkiemu poczuciu humoru sędziego oraz faktu, że na korytarzu czekał ów przyjaciel adepta, wielki Albert Einstein, co bardzo sędziemu imponowało, największy matematyk XX wieku zdał ten egzamin.



A w systemach o niebo bardziej skomplikowanych niż system liczb naturalnych, na gruncie którego Godel sformułował swe wiekopomne twierdzenie takie zabawy to naprawdę grzebanie przy minie przeciwpiechotnej.



Na przykład w teologii. Przecież mamy tu cały szereg problemów dodatkowych, będących źródłem nowych błędów. Na przykład problemów pojęciowych, znaczeniowych. Wówczas stosunek wynikania albo sprzeczność mogą być pozorne nie z powodu założeń i reguł wnioskowania, lecz ze zwykłego błędu w rozumieniu słowa.



Ale nie chcę wchodzić na obcy dla mnie teren. Mam nadzieję, że PRAWDZIWI filozofowie i teologowie to wiedzą.



Nie jestem jednak pewny, czy niektórzy "humanistyczni logicy”, którzy po swoim odkryciu, że im „winda skosem chodzi”, ogłaszają to, jako prawdę objawioną, zdają sobie sprawę, po jak grząskim gruncie stąpają.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Dr Jekyll i Mr Hyde


Czyli jak prowadzić dysputy…

(dla wyjaśnienia: wtręty dygresyjne dotyczą sytuacji, dla mnie - bulwersującej - obyczajów panujących na pewnym portalu. Mimo pewnej odczuwalnej różnicy in plus czułem się nieco rozczarowany. Stąd ten tekst. 

Ale jak dzisiaj go czytam (jest rok 2013), łapię się za głowę. W moim domku, z kraja, spokój i cisza. No i mam porządnego mauzera, którym potrafiłbym się przeciwstawić hunom, ale na zewnątrz? No comment...)

Zbieram się pomału, żeby wyplątać się z burzliwej dyskusji fundamentalistycznej. Chyba nie ma pośpiechu. Ciągle pojawiają się nowe wpisy „potężnych szermierzy”, między których ostrza było mi dane wejść. 

Zanim się odezwę w tej sprawie drugi raz, chcę się przygotować, przyjrzeć się dokładniej dyskusji i określić lepiej pole swojej kompetencji. Nie jestem przecież żadnym specjalistą – religioznawcą, zresztą, jak podejrzewam, podobnie, jak niektórzy z moich Szanownych a stanowczych w poglądach Adwersarzy.

A przecież wszedłem na blogowisko z zupełnie innymi intencjami. Mam w głowie całkiem inny wpis, a ten potraktujmy jako lead do tego „fundamentalistycznego”. Ładny lead, powiecie,prawie 14 tys znaków No cóż, jaki bloger, taki lead…
Chcę się zastanowić się nad „banalnym” zagadnieniem. A potem dopiero spróbuję zrobić Wam niespodziankę.

Cechy rzetelnej polemiki
Rzetelna polemika, moim zdaniem, powinna cechować się przemożnym dążeniem do prawdy. Dostrzegamy jakieś błędy w czyimś rozumowaniu, nieprawidłowe nastawienie (lekceważenie, pogardę, tendencyjność ocen albo czołobitność, niedostrzeganie zła), złe proporcje i hierarchie. I próbujemy je naprostować.
Zakładamy, że nasz adwersarz głosi i wyznaje błędne mniemania w dobrej wierze i naszym celem jestżeby przyznał nam rację, ulegając nieubłaganej logice naszych argumentów. Ostatnie stwierdzenie wymaga uzupełnienia, ale o tym za chwilę. Jaka taktyka powinna być przyjęta?

Uważam, że powinno się zacząć od najsłabszego, (jeśli innego nie możemy naprawdę znaleźć) światełka prawdy w jego tekście i ostrożnie je rozdmuchując, żeby nam nie zgasło i nie postawiło pod znakiem zapytania naszego przedsięwzięcia, uczynić je osią porozumienia z Nim. 

Ułatwia to życzliwe nastawienie do naszych argumentów ( i tu wspomniane uzupełnienie: goła siła argumentów jest dobra w stosunku do komputera, człowiek jest osobą, która czuje) i zapobiega niepotrzebnym i szkodzącym sprawie sporom prestiżowym.
Następnie próbujemy przedstawić mu swoje wątpliwości przy stosowaniu zasady, że im bardziej przykry jest dla niego wniosek z naszej argumentacji, tym jesteśmy bardziej kurtuazyjni. Sugerujemy przy okazji na przykład, że Adwersarz źle się wyraził, nie uwzględnił z braku miejsca lub uznał za oczywiste.

Wreszcie tak przygotowanego dyskutanta wprowadzamy niepostrzeżenie na (zupełnie lub tylko trochę) inną platformę argumentacji i próbujemy go porwać (to dopiero jest sukces polemiczny!) naszą wizją. Próbujemy się z nim zaprzyjaźnić poprzez obdarowanie go takimi dobrami intelektualnymi, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał.
Jak na to zareagują obserwatorzy polemiki! Oni też zaczynają się entuzjazmować naszymi propozycjami, więc pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu?

Oczywiste jest, że nie zarzucamy Adwersarzowi, iż:
Kłamie, manipuluje, gorszy, grzeszy (chyba, że to jest przedmiotem polemiki, ale to raczej nawracanie, którego się polemiką nie robi). Z kłamcą poza tym się nie polemizuje, kiedyś dawało się po prostu w pysk, ale dzisiaj? Sądy? Chyba żartujesz….

Jest głupi, nieuczciwy, niemoralny,
Szuka taniego poklasku,
Jest bałwochwalcą, lewicowcem,  prawicowcem, fundamentalistą, Żydem, antysemitą, Pisiorem POpłuczyną po …………………, …………………, …………………………. itd. itp.

Moja niedzisiejsza kindersztuba nie pozwala mi kontynuować.

Ciekaw jestem, od którego momentu słuchać buczenie, śmichy – chichy, odgłosy pukania się głowę, trzaskanie drzwiami. A może już jest cisza ? Nikogo nie ma?

Trudno, postukam do ściany, tak dla ćwiczenia zwięzłości.

Stworzyliśmy (?) więc „teorię”. Praktyka jest, jaka jest, zaraz się tym zajmiemy. Pewien fizyk – noblista Niels Bohr jest autorem stwierdzenia, że nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobra teoria.

Nie chcę zbyt „łatwo” wybrnąć z problemu praktyki. Wystarczy wziąć pierwszy z brzegu „dziennik opinii” i przeczytać jakąkolwiek polemikę. 

Nie bawi mnie pastwienie się nad  Gazetą Wyborczą czy którymś z tygodników tej orientacji. Oni sami się skrzywdzili. Przegięli do tego stopnia, że coraz mniej osób, nawet kiedyś wiernych czytelników, traktuje ich poważnie.

Chrześcijańskim zwyczajem zacznijmy od belki w swoim oku, zanim zaczniemy zajmować się „megaźdźbłem” w oku bliźnich „z tamtej strony”.

A „po naszej stronie” ?
Są nieliczne wyjątki. Szkoda, że często rzetelne polemiki są pisane przez ludzi nieco mniejszego formatu. Z mojego punktu widzenia najwięcej grzechów popełniają najbardziej utalentowani.

Wiem, że na FF nie jest tak źle. Ja dodam, jak na dzisiejsze standardy. Powtórzę więc to, co pisałem w komentarzu do swojego wpisu:

PRAWO KOPERNIKA działa i TU. Dobre obyczaje same się nie utrzymają, trzeba o nie dbać. 
Wywieszki „Nie deptać trawników” powinny wisieć, a deptanie powinno podlegać karze.
---------------------------------------------

Napisałem ponad 5000 znaków teorii, ale byłoby to bezużyteczne, jeśli bym nie powiedział wprost, na przykładzie, co mam na myśli. 

Żeby wyczerpać temat, musiałbym napisać książkę. Pewnie nikt by jej nie czytał, ale jeśli by przetrwała, byłaby dokumentem „ducha (pisanego koniecznie z małej litery) naszych czasów”.

Wobec tego jakiś przykład, byle wyrazisty, ilustrujący istotę „teorii” .

I to jest ta niespodzianka.

Zostanę pieskiem, który cieniutko piszcząc, nieśmiało, trwożliwie obsika Czcigodnego Mistrza Waldemara pomnik.

Nie będzie czasu, żeby wrócić razem z tej wycieczki w świat. Dlatego przed wyruszeniem tylko prośba: proszę skonfrontować publicystykę bohatera z „moimi” postulatami, a także wyszukać, jak ja sam stosuję się do głoszonych przez siebie zasad. Przyjemnej lektury.

Przykład
Waldemar Łysiak jest wybitnym pisarzem historycznym.
Zanim zacznę o nim polemicznie (śmieszne, nie?), chcę pokazać, zgodnie z jedną zasad rzetelnej polemiki, patrz wyżej, że mam dla niego niekłamany podziw.

Podam tylko jedno uzasadnienie. Jego „Cesarski poker” może uświadomić, jakim kłamstwem „wizerunkowym” była scena z „Popiołów” Wajdy, w której Daniel Olbrychski, grający polskiego oficera napoleońskiego, przebrany za żebraka, idzie przez zaśnieżony step, ledwie trzymając się na nogach i podpierając szablą. Wraca zbankrutowany i pobity. 

Kiedyś Herbert mnie pocieszył, analizując genialnie tę scenę  i wykazując jej artystyczną nicość. A ta scena, oglądana przez młodego człowieka, żyjącego w jakimś sensie samotnie, wśród komunistycznych skorpionów, była ciężkim brzemieniem. 

Pytanie, czy Wajda nakręcił tę scenę z niewiedzy w roku 1965? Łysiak wydał „Cesarski Poker” w 1978. Może po prostu też miał brzemię?

Brzemieniem, z którego ostatecznie On uwolnił mnie. Czy można go za to nie kochać? 

Dlatego kocham Waldemara Łysiaka.  I polecam wszystkim: jeśli chcecie być dumni z tego, ze jesteście Polakami i mieć do tej dumy solidne podstawy, czytajcie rzetelne książki historyczne.

Jeśli się kogoś kocha, tym bardziej bolą jego niedostatki. Nie powinny cieszyć u wrogów, ale tam do bólu trzeba się zmuszać.

Łysiak jest też fachowcem historii sztuki, autorem pomnikowego dzieła o malarstwie, 
któremu utrudnił prawdopodobnie na jakiś czas drogę na salony (moim zdaniem, zupełnie niepotrzebnie, skórka nie warta wyprawki), niepoprawnym politycznie tytułem. 

Ale to drobiazg. Rynek to wytrzymuje, ceny tomów porażają. Po jego śmierci, kiedy wymrą ostatni pogrobowcy 68-mego roku, a zapanuje jakieś inne szaleństwo, tytuł stanie się niewinny, informujący i dzieci z róznych ASPów i wydziałów architektury będą mogły bez przeszkód go czytać.

Łysiak jest też sprawnym pisarzem beletrystycznym. Słusznie postawił swoją historyczną wiedzę do dyspozycji pisarskiej wyobraźni i spróbował. Ze skutkiem dobrym. Ale chyba nie genialnym. Nie będę tego jednak rozwijał, bo nie to mnie boli najbardziej. Może tylko te „modne” wulgaryzmy…

Wreszcie Waldemar Łysiak jest wybitnym publicystą.
I tu mam najwięcej problemów. Tu się dla mnie całkiem kończy „Mit genialnego mistrza”, żeby użyć poetyki jego najnowszego tomu publicystycznego – „Mitologia świata bez klamek”.

Niedawno jeden z  jego wielbicieli, o poglądach jemu bliskich mówił mi, że coraz bardziej go irytuje jego ton. Ja długo nie przyznawałem się sam przed sobą do tego świętokradztwa, ale w końcu nadszedł czas „wyzwolenia”.

No dobrze, warstwa faktograficzna bez zarzutu, w końcu to Łysiak! Jego publicystykę można bez obawy traktować jak wygodną ściągę w sporach politycznych na wszelkie tematy, porządnie ułożone w grupy tematyczne. Bibliografia, uzasadnienie, kontekst, kompendium uczciwych i rzetelnych autorów itd.

Ale forma?
Właściwie do kogo Łysiak adresuje swoje teksty? Jeśli do mnie, to proszę, trochę ciszej, bez tego świętego, a właściwie nieświętego zapału. Ja wiem, rozumiem, mnie nie trzeba perswadować, chętnie spokojnie wysłucham. Chociaż nie zawsze. Czasem i faktografia zawiedzie i cały tekst.

Np. Łysiak, który zdemaskował Wajdę „Popiołów”, chwali go za „Popiół i Diament”. Nie zauważając, że w innym miejscu sam pisze, iż książka Andrzejewskiego jest oparta na ubeckich dokumentach.

To Krzysztof Kąkolewski, nie nasz Mistrz, ujawnił całą ohydę fałszu zawartego w tej książce a co za tym idzie filmu ją popularyzującego. 

A to jest drugie moje brzemię, które nie Łysiak a właśnie Krzysztof Kąkolewski zdjął. Znacie w ogóle takiego publicystę? Chyba lepszy, szkoda, że zamilkł ostatnio.

Kompromitujący, według mnie, jest natomiast cały rozdział tej książki poświęcony Ojcu Rydzykowi, klasycznemu „czarnemu ludowi” salonu. 

Dobrze jest w tym miejscu zdystansować się od naszego rodzimego Savonaroli. Nie będę się wysilał. Nie chce mi się. Będę chociaż w tym miejscu oryginalny. Więcej nawet. Przyznam się, że wpłaciłem cegiełkę na Stocznię Gdańską, mam z tego guzik i przebolałem. 

Moja śp. Mama kiedyś wpłaciła na Radio Maryja znaczną sumę i, słowo honoru, dam w pysk każdemu, kto powie słowo na ten temat!

Jeszcze oryginalniejsze (być może) będzie moje stanowcze stwierdzenie, że bez tego człowieka, negatywnego bohatera wszystkich (tutti quanti, jak lubi pisać nasz bohater) przestrzeń medialna, kto wie, może byłaby gorszą pustynią, niż mizeria PRLu.

Nie miejsce tu na otwieranie jeszcze jednego wątku, powiem więc tylko tyle, że zestawianie „Mitu świątobliwego grzybka”, którego Szanowny Autor flekował pośpiesznie na trzech stronach druku + wredne komentarze malarskie, z mitem Liska chytruska, o którym miłosiernie zamilczę, a którego uhonorował ponad trzykrotnie dłuższym tekstem jest poniżej poziomu publicystów o wiele mniejszego formatu. 

I jeszcze końcowe zdania, kuriozalne, ale nie w tej monotonnie natarczywej poetyce: „nie chce mi się dłużej grzebać w toruńskim grajdołku,”.  

To chyba już zdradza jakieś osobiste, niezbyt szlachetne powody, które sam autor przed sobą ukrywa!

Sam znalazłbym więcej wpadek Zakonnika z Torunia, może nawet większych i może będzie mi się chciało. A w sprawie Arcybiskupa Wielgusa pisałem do Ojca Rydzyka. 

Gdzie tam mnie, żuczkowi by odpowiedział, więksi tłumaczyli bezskutecznie. A Mistrz? Napisał, starał się o audiencję? Miał tyle kindersztuby, żeby przetłumaczyć z chamskiego na polski swoje zastrzeżenia? 

Miał tyle pokory, żeby znieść brak zrozumienia u równie zacietrzewionego, co On, Wielkiego Polaka? 

I zrozumienia (kłania się św. Bernard!), żeby złagodzić oceny po poznaniu dziwnych powodów postępowania? 
Może, gdyby nie to zaniechanie, sprawy potoczyłyby się całkiem inaczej?

A może to zwykła pycha?

I tak, trawersując Marksa, czy Hegla, wszystko jedno, forma przeszła w treść i mamy to, co mamy, czyli kupę zrobioną przez Mistrza, na szczęście poza salonem.

Tyle zastrzeżeń merytorycznych. Wracajmy do nieznośnej formy.

Na forach można o Łysiaku poczytać opinie trochę innych niż ja, żuczków, prostodusznych, młodych, niczego nieświadomych ludzi, poszukujących prawdy. Gdzie mają jej szukać? Jeśli przypadkowo wpadnie im jakiś tekst Łysiaka do ręki, czy ich przekona?

Ta forma nadaje się może na wiec wyborczy jakiejś partii, bo teraz wiece zamieniły się w orwellowskie seanse nienawiści. Wyjące tłumy chętnie podchwycą niektóre bon moty.  

Łysiak świetnie wychwytuje te zjawiska, ale czy nie jest ich wiernym zwierciadlanym odbiciem? Czy to takie oryginalne w dzisiejszych czasach bluzgać i obrażać nawet największych wrogów? Czy nie występuje tu niebezpieczeństwo szatańskiej pokusy, żeby człowieka na złej drodze przedstawiać jako szatana, a prawie dobrego, jako złego (CS Lewis) ?

Zwolenników umocni to w zaciekłości i utrudni dojście do prawdy, wątpiących odrzuci, może nawet do przeciwnego obozu. 

A wrogów? Wcale nie pognębi, będą chodzić w chwale. Razy wrogów nobilitują.
Wszystko to pewnie nie skłoniło by mnie do pisania banalnych elaboratów „Jak mały Kazio wyobraża sobie polemikę”, gdybym ze zdumieniem nie zauważył, że Mistrz ma już nie tylko użytkowników swoich klasycznych terminów, jak „salon” ale i swoje duchowe dzieci, które mówią Łysiakiem. 

Nie mają Jego klasy, pracowitości, oryginalności (a może mają, jeszcze wszystko przed nimi).

Ale już są „łysiakoidalni”. I im poświęcam ten tekst. Swoim córkom, kiedy jestem na Nie bardzo zły i chcę być bardzo złośliwy, niech mi Bóg wybaczy, mówię tak: „Nie naśladuj matki! Ona rzeczywiście ma te wady, ale rekompensuje je zaletami, których Ty nie masz!”

Argumenty mogą nawet przekonać, ale nie człowieka zranionego, albo wbitego w pychę. Człowiek nie jest maszyną do analizowania logicznego. Jest osobą rozpaczliwie potrzebującą szacunku i pozbawianą tego dobra na każdym kroku. Wszyscy jesteśmy smutni, ale czy czujemy się wszyscy winni?

A Pan, Mistrzu? Halo Olimp, tu ziemia!!! Nie, nie przepraszam, nic, coś mi się pomyliło….

wtorek, 25 sierpnia 2009

Apologia Apologetyki

czyli expose Wyleniałego Lisa …

Niedawno na pewnym forum rozległo się tęskne wołanie o oryginalność. Było ono wprawdzie wyrażone w częstej dzisiaj formie: mocne słowa i same ogólniki. Gdy zapytałem grzecznie o szczegóły, ofuknięto mnie tak, jak w wojsku dziadek traktuje kota, kiedy ma dobry humor.

Jak by nie było banalne, wołanie to jest zawsze aktualne i zasadniczo słuszne, więc niepokój pozostał.

Postanowiłem wykonać polecenie dziadka i pogłówkować.

Oto wynik:

Apologetyka!

Co dzisiaj jest najbardziej typowe? Nonkonformizm.

Co jest najnudniejsze? Prowokacja.

Co jest monotonne, jak ciężki metal i natarczywe, jak techno? Wulgarność.

Co jest najbardziej usypiające, jak nawała artyleryjska dla wiarusa w okopach? Krzyk.

Co jest klasyczne? Sprzeczność poszukiwaczy klubu, czyli bzdura.

Dzisiaj spotkać można legion wyznawców Kisielewskiego, którym się nie chce napisać porządnego wypracowania szkolnego.

Tradycjonalistów, którzy nie rozumieją dobrze wszystkich przykazań.

Obrońców wiary, gotowych dla tej obrony gorszyć maluczkich, czyli szerzyć niewiarę.

Absolwentów akademii sztuk pięknych, sławiących brzydotę, zło i fałsz (kolejność nieprzypadkowa, bo też odwrotna).

A ja mam czasem wrażenie, że jestem jedyny, który z przerażeniem i smutkiem, to dostrzega. Co do przerażenia, to na szczęście człowiek się przyzwyczaja, że czas umierać, byle miał szansę. Smutek wymaga pocieszenia. I pocieszenie znalazłem.

Po pierwsze wpadłem na pomysł, jak być oryginalnym.

Kiedy większość krzyczy, ja postaram się mówić ciszej. Pełno jest prowokatorów, to ja będę czynił pokój, łagodził.

Na dekonstrukcję przyszłych czy niedoszłych Świętych, mitów, a nawet co bardziej szacownych stereotypów będę reagował cierpliwym zbieraniem skorup, sklejaniem i stawianiem ich z powrotem na piedestał, albo po prostu, na półce z bibelotami.

Zamiast fast-foodu z bon motami zaoferuję gospodę z tradycyjnymi pierogami, z wywieszoną na szyldzie dewizą z francuskich restauracji: „Tu nie McDonnald’s, u nas trzeba poczekać!”.

Zamiast awangardowego łubudu z CD-ROMa puszczę starą, trochę porysowaną płytę z oberkiem, albo z upojnym tangiem.

Jest przecież tylu atakowanych, opluwanych, pogardzanych, obciachowych, których żaden nonkonformista nie odważy się obronić. O nie, no bez przesady. Krzyż, owszem, ale aksamitny.

Przez nieodpowiedzialny atak w nieodpowiednią stronę, albo zbyt nonkonformistyczną obronę, można się nadziać nie na wyrzut w oczach ofiary, tylko na ostrze potężniejszych sił, których lepiej, na wszelki wypadek, nie tykać.

Zamiast sprytnie uważać na granice polemiki, ja raczej będę uważał pod nogi i wokół siebie. Żeby kogoś nie potrącić, żeby nie pognębić już i tak pognębionego, żeby uratować ostatnią szansę idącemu na dno.

Czy ktoś w ogóle pamięta, co to takiego Apologetyka? Autorytet? Wzorzec?

Ja mam taki zwyczaj, kiedy chcę wystąpić jako autorytet przed swoimi dziećmi: Kiedy już spokojnie i bez obawy o utratę tegoż, wytłumaczę się z rzekomego błędu(językowego, merytorycznego, obyczajowego), mówię tak: A na przyszłość, dziecko, zanim zaczniesz kontestować, to CO powiedziałem, pomyśl, PO CO.

To jest postawa apologetyczna.

Staram się wyrabiać ją, jak mogę, w swoich dzieciach, mając świadomość panującego nam niemiłosiernie ducha czasów. Może nie jest ona obowiązkowa w rozmowie ze starym durniem, nawet ojcem, ale na pewno godna polecenia przy sprawach wiary. A ćwiczenia w pokorze są tym łatwiejsze, im bardziej kogoś kochamy, a tym trudniejsze, z im większym durniem mamy do czynienia. Więc takich ćwiczeń nigdy za wiele. A postępy? Maaarne, fakt.

To było po pierwsze.

A po drugie?

Po drugie, ogłaszam uzurpatorsko, że nie jestem już kotem. Żadnej fali, dziadki! Koniec.

Od dzisiaj jestem lisem (a te, jak wiadomo, są z rodziny psów).

Ja też potrafię dać w pysk! I jeśli nie przylutowałem, to wcale nie wynika z mojej misiaczkowatości, tylko wyrozumowanego pomiarkowania. Phi, wielka mi sztuka. Przylutować… Chcecie spróbować?

Co bardziej zapalczywym "Mścicielom Krzyża": Jesteśmy nie tylko Jego świadkami ale i Nadziei. A Wam zdradzę w tajemnicy. Mam nawet przyjaciół „po tamtej stronie”. Nie przyjaźnię sie jednak z ich grzechami. Wiem natomiast, jestem pewny!, że „stamtąd” jest tajemne przejście. Dlatego nie spycham ich przedwcześnie, tam gdzie nie trzeba.