środa, 15 lutego 2012

Zarządzanie absurdem


Świątynia Zeusa w Akragas

Ten wpis dedykuję Romualdowi Bartkowiczowi
Co zostało docenione przez jurorów konkursu na blog Roku 2011

1.      Absurd. Kilka wyjaśnień
Często, ostatnio coraz częściej, stanowczo za często, mam takie uczucie. Uczucie, podkreślam. Uczucie absurdu. I, okazuje się, nie tylko ja.
Absurd. Słownikowo, to niewinna rzecz. Teatr absurdu? Równie niewinna, takie fajne błazny, mówią trochę niezrozumiale i bez sensu, ale jest w tym coś tajemniczo …głębokiego? Dowcipnego? Zdradzają poczucie smaku lub absmaku, wszystko jedno, ale to klasa!
Bohaterowie Pirandella, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza, ci tam… arlekiny od Carné… niebieskie ptaki od Felliniego… safandułowate łotry od Starszych Panów…
(…)
Przypominam encyklopedyczne wyjaśnienie: zostają w nim odwrócone tradycyjne role przypisane tragizmowi i komizmowi – tragizm staje się nośnikiem treści komicznych, a komizm – tragicznych.

Kwestia zamiany ról tragizmu i komizmu prowadzi nas do Katastrofy Smoleńskiej.
I nie do jednej, ogólnie przyjętej wspólnoty wrażliwości na absurd. Ale co najmniej kilku. Jednej nieoficjalnej, oszołomskiej, nieprzyzwoitej i niespodzianka: kilku oficjalnych!

(…)
2.      Pierwsza oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd
 (…)
Jaka była jedyna prawda, przyjęta od pierwszych minut po katastrofie?
Z powtarzającym się początkiem: „A dla mnie sprawa jest prosta”:

Wersja I historyjki 
dla Oficjalnej Wspólnoty Wrażliwości Na Absurd
 (OWWNA)
Bałagan w wojsku, brak szkolenia. 
Piloci, rozbisurmanieni, jak dziadowskie bicze, 
naciskani przez pijanego (to na deser, później, po przygotowaniu artyleryjskim) dowódcę, 
chcącego się przypodobać Prezydentowi, dopięli swego. Wylądowali. 
A i jeszcze brzoza.

Tak pamiętam. A może mi się śniło?

Największa siła tego motywu, że zawierała elementy prawdy. Niektóre bezsporne, ale tak ogólne, że nikogo nie obciążały, co najwyżej, jak się wyraził pewien frondowy bloger, - „nas – Polaków”, inne nieżyjących, którzy nie mogli się bronić.
Ja to kupowałem. Bo alternatywą mogło być, coś, co nie mieściło się w głowie. Żeby „Ruskie” odważyli się posunąć do „takiego czynu”. Absurd.
(…)
Teraz całe to wyjaśnienie wali się w gruzy. Znów nie wiemy, na czym polegał błąd. Nie istnieje żaden element opowieści. Ani brzozy, ani generała, trzeźwego, czy pijanego, nawet błędnej wysokości. NIC.
Jakie są dziś „bezsporne okoliczności”?  Nie ma. Po prostu. Trzeba zbudować nową, oficjalną wspólnotę wrażliwości na absurd. Inaczej ta konkurencyjna stanie się niebezpiecznie mało absurdalna.
  
3.      Budowanie nowej, drugiej oficjalnej wspólnoty wrażliwości na absurd

(…)
Co więc robić? Jaka jest historia na dziś?

(…) Ale konkretnie, co mamy myśleć? Nic?
(…)
Jestem zdania, że były dwie istotne przyczyny katastrofy. Pierwsza: ten samolot nie powinien wystartować z Warszawy; po drugie - nie powinien lądować na lotnisku w Smoleńsku. Warunki atmosferyczne nie zezwalały na jedno i drugie.
Rozumiecie głupki? To są właśnie „bezsporne okoliczności”!

Wersja II historyjki 
dla Oficjalnej Wspólnoty Wrażliwości Na Absurd
 (OWWNA)
                                             Skoro okazało się, że piloci nie lądowali w Smoleńsku, 
                                              Błasika w kokpicie nie było 
                                              a z brzozą też chyba się nie  dało ściemnić, to … 
                                              nieważne!

A kto chce tu mieć jakieś pytania, ten kiep i musicie znów go zatupać, zapluć a nawet, jak trzeba, obsikać. Tylko na wesoło! Howg. Czy jakoś tak. Powiedział Czerwony.
To była część opisowa. Teraz teoria.

4.     Twierdzenie
                 
             Zasada rosnącego absurdu
                 Zarządzanie psychologią tłumu 
                 przy pomocy absurdu 
                 w celu wytworzenia odpowiedniego przekonania 
                 wymaga ciągłego zwiększania 
                                                                          ... tegoż absurdu.

                  Wzór: Ilość absurdu w wersji I dla OWWNA  <  Ilość absurdu wersji II dla OWWNA

Inaczej przedsięwzięcie się zawali. Prawdopodobnie to niczego nie gwarantuje i przedsięwzięcie i tak się zawali, ale później i z większym hukiem. Ale co sobie pożyjemy to nasze. A i tak spadniemy na cztery łapy.

 Epilog
W piątym wieku przed Chrystusem żył sobie w Akragas na południowym wybrzeżu Sycylii poeta i filozof Empedokles, myśliciel, który na dziesięć wieków przed Św. Augustynem i dwadzieścia dwa wieki przed Kartezjuszem był filozofem – pluralistą, a dwadzieścia pięć wieków przed Einsteinem zakładał skończoność prędkości światła. Otóż tenże grecki filozof głosił w czterech słowach prostą zasadę:

Rzecz słuszną należy powtarzać.


Jeśli Katastrofa Smoleńska już się Wam znudziła, wiedzcie, że „im” właśnie o to chodziło.
Cała strategia tajnej frakcji powiększania, stosownie do potrzeb,  absurdu -TFP(sdp)A - polega na zmęczeniu szarego człowieka i wyrobieniu w nim przekonania, w zależności od jego wrażliwości, że:
Albo  „to do niczego nie prowadzi”,
Albo „nigdy się nie dowiemy”
Albo „tym się zajmują tylko oszołomy zbijający kapitał polityczny na nieszczęśliwym wypadku, w którym zginęło paru pisiorów i niestety, tylko jedna kaczka”.
I oni to powtarzają, gdzie się da. A ja powtarzam, to, co uważam, za słuszne!

PS
Jest to skrócona wersja wpisu pod tym samym tytułem zamieszczonego na Fronda.pl i Radiownet.pl
Postanowiłem sprawdzić, czy potrafię być lakoniczny.
Lakoniczny? To chyba przesada, ale zawsze 3 razy krótszy :)
A oryginały można porównać :)

sobota, 11 lutego 2012

Zarządzanie absurdem (wersja pełna)

Absurdalny rozsądek, rozsądny absurd


Świątynia Zeusa w Akragas

Ten wpis dedykuję Romualdowi Bartkowiczowi
który robi właściwy użytek z poczucia absurdu
Co zostało docenione przez jurorów konkursu na blog Roku 2011

1.      To nie jest tekst o Katastrofie. 

Ale zaczynamy od rozważań na jej temat.
Często, ostatnio coraz częściej, stanowczo za często, mam takie uczucie. Uczucie, podkreślam. Uczucie absurdu. I, okazuje się, nie tylko ja.

Absurd. Słownikowo, to niewinna rzecz. Teatr absurdu? Równie niewinna, takie fajne błazny, mówią trochę niezrozumiale i bez sensu, ale jest w tym coś tajemniczo …głębokiego? Dowcipnego? Zdradzają poczucie smaku lub absmaku, wszystko jedno, ale to klasa!

Bohaterowie Pirandella, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza, ci tam… arlekiny od Carné… niebieskie ptaki od Felliniego… safandułowate łotry od Starszych Panów…

Ilu tam jeszcze, już pozapominałem, mógłbym odtworzyć dawne fascynacje. Ale nie… wystarczy, że zrobiłem aluzję do całej tej cyganerii, tej niepozbawionej talentu i prawdziwych osiągnięć międzynarodowej bohemy, która chciała imponować bezkompromisowością i łamaniem skostniałych reguł a stała się zwolna …klasyką, pomnikową galerią i przedmiotem zazdrosnych westchnień pogardzanych snobów, którzy mieli być prześladowcami a okazali się akolitami.

No właśnie, snoby…
Może to jest właściwy klucz do zrozumienia zasady tej formy wyrazu?

Wspólnota wrażliwości na absurd?
Czy jest nam dana z natury, czy też wykształcona w toku przebywania we właściwym towarzystwie?
Oskard Wilde twierdził, że droga do prawdziwej kultury prowadzi przez królestwo absurdu (ups…o pardon), snobizmu.

Czyżby?

A może to tylko genialne przeczucie prawa psychologii społecznej, które głosi, że dziesiąty obserwator, który widzi krótszą kreskę ale słyszy od poprzedników, że kreska jest dłuższa, obserwuje i zeznaje, że faktycznie, jak się przyjrzeć, to kreska – dłuższa?

Jak to się stało, że oglądamy klasyczny teatr absurdu w życiu realnym?

Przypominam encyklopedyczne wyjaśnienie: 
zostają w nim odwrócone tradycyjne role przypisane tragizmowi i komizmowi – tragizm staje się nośnikiem treści komicznych, a komizm – tragicznych.

Kwestia zamiany ról tragizmu i komizmu prowadzi nas do Katastrofy Smoleńskiej.
I nie do jednej, ogólnie przyjętej wspólnoty wrażliwości na absurd. Ale co najmniej dwóch.
Ale po kolei.

Katastrofa. Wydarzenie historyczne, nieporównywalne z żadnym innym.
Po pierwsze - Bezprecedensowa liczba ofiar z najwyższych kręgów władzy i elit niepodległościowych. Zdekapitowano Państwo Polskie.

Po drugie - Rozpętana wokół niej orgia kłamstwa, manipulacji, nienawiści, podłości, „zdrady i zaprzaństwa”. I po prostu: zwykłego pętactwa. Ostra polaryzacja społeczna. Na świadomą mniejszość i na usypianą i słodko śpiącą większość.

Po trzecie - Swoisty, najdroższy, jaki można sobie wyobrazić, papierek lakmusowy.
Ujawnia charaktery, stopień mądrości/głupoty, męstwa/tchórzostwa, szlachetności/podłości polityków, publicystów i ekspertów, prawdziwych i fałszywych przyjaciół zagranicznych.
Pokazuje, jak na dłoni, mechanizmy polityki; wewnętrznej i zagranicznej. Rzeczywistą pozycję Polski. Demaskuje stopień degrengolady duchowej poszczególnych ludzi i całych grup społecznych.
No i rezerwy ducha narodu, pokłady moralnej energii. Determinację, zdolność organizacji, pomysłowość. Wytrwałość i talent, miłość prawdy i empatię dla „zdradzonych o świcie”.

Studia nad tym aspektem Katastrofy nie zakończą się wraz wyjaśnieniem jej przyczyn. Historycy, socjologowie, publicyści, filozofowie a może nawet teologowie będą pisać doktoraty i prace habilitacyjne. 

Już piszą!

Tak, tak, drodzy chłopcy od podawania piłek, to nie jest wypadeczek, który się wam wypsnął i który da się zamazać, zatupać, zapomnieć. Żeby wszystko wróciło do normy i było, „jak dawniej”.

Bo wiadomo, marzycie, żeby tego nie było. Zupełnie, jak mały chłopiec, który spalił dom, bo bawił się zapałkami.

Oj mamo! Żeby znów nas kochali i podziwiali, jacy to europejscy jesteśmy. Jacy przystojni, jak świetnie się prezentujemy w telewizorze!

To nie jest odchodzący w niepamięć incydent. To zbrodnia wołająca o pomstę do nieba. I mściciel nieubłaganie przyjdzie.

Boicie się pojedynku z Komandorem? Bo Don Juan był łajdakiem, ale miał swój łajdacki honor i konsekwencję. I zapłacił najwyższą cenę strącenia do piekła. Was - strącą do piekła, jako durnych jak pasożyty  zdrajców i zaprzańców.

To obśmiejemy. Jak zwykle. Nasi chłopcy się rzucą i załatwią. Komandor? Absurd. Wykreujemy kolejną wersję absurdu. Po to się przecież zatrudnia fachowców!

2.      Pierwsza oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd

Zanim pokażę oficjalną, niejako urzędową wspólnotę wrażliwości na absurd, pokażę, jako obserwator uczestniczący, wrażliwość własną.
Na początek wypowiedź profesora Andrzeja Zybertowicza.

„W Polsce po roku 2005 nasiliła się rozbieżność politycznych wyobrażeń świata. Szczególnie nasiliła się w odniesieniu do katastrofy smoleńskiej. Po obu głównych stronach sporu występuje niezdolność do rzeczowego patrzenia na katastrofę. Na czym takie rzeczowe spojrzenie miałoby polegać? (…)”

Dalej profesor przypomina, że muszą istnieć „okoliczności bezsporne” – tj. niezaprzeczone przez strony sporu. Bez takiej minimalnej zgody nie można dojść do żadnych wiążących ustaleń.
Cały wywód w Gazecie „Codziennie” - 14-15 stycznia 2012.

Zastanówmy się nad tym, kto, w okresie po 10 kwietnia pamiętnego roku, próbował budować przestrzeń uznawanych przez wszystkich „okoliczności bezspornych”. 

I jaki absurd kreowano.
Wywołajmy do tablicy jednego eksperta i dwóch mężów stanu: 

Bardzo szybki ekspertBardzo odpowiedzialny minister od zagranicyrównie odpowiedzialny - od wojska

Obecnie po wygranych w cuglach wyborach na senatora królewskiego miasta Krakowa.
Krakowianie, nie chcieliście przenosić sobie stolicy? Bardzo słusznie. Teraz macie stolicę absurdu… Ale mniejsza z tym.

Jaka była jedyna prawda, przyjęta od pierwszych minut po katastrofie? Taki, zastanawiająco często powtarzający się motyw zaczynający się od słów: „A dla mnie sprawa jest prosta”:

Piloci usiłowali lądować na siłę. Byli pod presją prezydenta. Naciskał ich dowódca. 
W domyśle: polski b..ałagan skrzyżowany z ruskim bardakiem. Razem dał katastrofalny wynik.

Największa siła tego motywu, że zawiera elementy prawdy

Niektóre bezsporne, ale tak ogólne, że nikogo nie obciążały, co najwyżej, jak się wyraził pewien frondowy bloger, - „nas – Polaków”, inne nieżyjących, którzy nie mogli się bronić.

Ja to kupowałem. Nie mieściło mi się w głowie, żeby „Ruskie” odważyli się posunąć do „takiego czynu”.Absurd.

Czekałem. Wszystko się wyjaśni. Pomijając mistyczny wręcz wymiar niewyobrażalnej katastrofy, szukałem w tym racjonalności, rozsądku. Żałoba, żałobą, ale teraz już państwo porzuci nędzne gierki i zacznie działać.
Przecież to też ludzie zasłużeni w odzyskiwaniu wolności. Jest szansa na zgodę narodową. Uzyskują przecież teraz szansę na wzięcie odpowiedzialności!

NATO, zdjęcia satelitarne, Unia, nareszcie te wszystkie bzdurne przepisy, te serwituty, jako koszt się opłacą, „nasi” się spiszą. Spokojnie!

Po pierwszych czułościach między Putinem i Tuskiem (które też kupiłem w dobrej wierze) państwo „zaczęło się sprawdzać”.

Niczego nie wyjaśniano.

Żadnych faktów. Żadnych ustępstw. Trumien nie otwierać. Sekcje? Co za różnica? Ten, czy nie ten?
Bałagan w wojsku, brak szkolenia. Piloci, rozbisurmanieni, jak dziadowskie bicze, naciskani przez pijanego (to na deser, później, po przygotowaniu artyleryjskim) dowódcę, chcącego się przypodobać Prezydentowi, dopięli swego. Wylądowali.

Taką opowieścią karmiono mnie od pierwszych minut po katastrofie. Pamiętam. A może mi się śniło?
Moja nieufność rosła. I rosło poczucie absurdu. Bez dowodów oskarżać pilotów? Dowódcę? Już wiadomo? Nowe wiadomości służyły wzmacnianiu tej już sformułowanej opowieści.
Jeszcze czekam. Może się jednak okaże. No dobrze, popełnili błędy. Ale JAKIE?
Postępowali zgodnie z zapowiedziami  nagranymi w czarnych skrzynkach. Mieli zejść do 100 m. Dostali pozwolenie.

Na czym polegał KONKRETNY błąd?
Anodina wyjaśniła: brzoza, błędna wysokość.
Opowieść śmierdziała kłamstwem na odległość, ale trzeba było mieć smoleńską obsesję i węch nekrofila.

Zaś oficjalna wspólnota wrażliwości na absurd była oparta na jej przyjęciu, czyli wykazaniu się rozsądkiem i przyzwoitością oraz na poddawaniu się uczuciu absurdu przy napotkaniu każdej wątpliwości w stosunku do jej elementów.

Teraz całe to wyjaśnienie wali się w gruzy. Znów nie wiemy, na czym polegał błąd. Nie istnieje żaden element opowieści. 

Ani brzozy, ani generała, trzeźwego, czy pijanego, nawet błędnej wysokości. NIC.

Jakie są dziś „bezsporne okoliczności”? Mniejsza z tym. Przecież to pojęcie stworzone na użytek pisowkiej propagandy.
No dobrze, ale teraz jaka obowiązuje wersja, panowie?

3.      Budowanie nowej, drugiej oficjalnej wspólnoty wrażliwości na absurd

Teraz trzeba zbudować absurd potężniejszy. Nie ma innego wyjścia. I panowie spod znaku rozsądku, umiaru i przyzwoitości piszą rozsądnie:

A dla mnie sprawa jest prosta

PiotrZW (anonimowy bloger Frondy)
Włączyłem Internet, a tam czytam, że polscy uczeni zbadali, że gen. Błasiak (tak w tekście! Przypis mój)  nie mówił nic w kabinie pilotów, z czego wynika, że musiał to być ruski zamach, w związku z czym trzeba wznowić śledztwo. To podawały, jako czołową wiadomość, wszystkie polskie portale.
Wyłączyłem komputer i zacząłem się zastanawiać, na ile otaczający mnie świat jest absurdalny, a na ile ja po prostu jestem niedostosowany.
16.1.2012

Piotr Stasiński, GW
Zdumiewająca jest jednak sprawność, z jaką wciąga w smoleńską obsesję politycznych oponentów, media, dużą część opinii publicznej. Antoni Macierewicz, autor najbardziej karkołomnych teorii spiskowych (…)
Kłótnie o "bombę" czy wrak tupolewa toczą się w rodzinach. Wuj jest znawcą konstrukcji kokpitu, a kuzyn - fonoskopii. Ojciec czuje psychologię generała, bo kiedyś był w wojsku.Babcia nigdy nie uwierzy ruskim, bo dziadek był na Syberii.
21.1.2012

 Adam Michnik – najstarszy, zgodnie z dobrą regułą pierwszeństwa, wypowiada się na końcu.
… to pokolenie wychodzi na ulice naszych miast w sprawie bezpłatnego i niekontrolowanego internetu, a nie w sprawie wyjaśnienia, kto i kiedy znajdował się w kokpicie samolotu podczas tragicznego lotuReligia smoleńska przeżywa swój zmierzch. Kolejne hipotezy konfliktu rozniecanego wokół katastrofy smoleńskiej - zamach bombowy, sztuczna mgła, obecność w kokpicie osób spoza załogi - przestają budzić emocje. Staje się oczywiste, że nie chodzi tu o ustalenie prawdy materialnej.
3.2.2012

Wszystko jasne?

Skomentuję tylko środkowy głos „pistoleta średniej wielkości”.

Każdy zwrot z tej błyskotliwej tyrady - to cios w idiotów: w wuja, ojca, babcię (zwłaszcza babcię, moherka jedna!). Jest czymś w rodzaju symbolicznego ciosu w serce absurdu a jednocześnie w serce starego oszołoma, który łaknie i pragnie prawdy i sprawiedliwości. Kiedy będzie nasycony?

Pan pistolet nie pozostawia wątpliwości: NIGDY.

Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji, bo wszyscy bezpośredni świadkowie nie żyją, więc trzeba mozolnie analizować dowody pośrednie. A każdą nową wątpliwość łatwo zamienić w podejrzenie.

Tak! Jeśli pojawi się wątpliwość, nie wolno nabierać podejrzeń! To absurd.
Co więc robić? Jaka jest historia na dziś?
Pora przejść do naszego tematu. Mówiłem: to nie jest tekst o Katastrofie Smoleńskiej.
To naukowa rozprawa z tezą.

4.      Drugie twierdzenie Lisa (pierwsze też było i  się zgubiło. Ale się znajdzie!)

Zasada rosnącego absurdu

Zarządzanie psychologią tłumu przy pomocy absurdu w celu wytworzenia odpowiedniego przekonania wymaga jego ciągłego zwiększania.

 Inaczej przedsięwzięcie się zawali. Prawdopodobnie to niczego nie gwarantuje i przedsięwzięcie i tak się zawali, ale później i z większym hukiem. Ale co sobie pożyjemy to nasze. A i tak spadniemy na cztery łapy.

Dowód.

Przepisuję od pana Pistoleta:
Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji …

I od „Cadyka”:
Religia smoleńska przeżywa swój zmierzch. Kolejne hipotezy konfliktu rozniecanego wokół katastrofy smoleńskiej - zamach bombowy, sztuczna mgła, obecność w kokpicie osób spoza załogi - przestają budzić emocje.

No tak, ale oni tak jakoś ogródkiem piszą. I ludzie rozumni i przyzwoici nie wiedzą, co myśleć.
Jak to przestają budzić emocje? Ale konkretnie, co mamy myśleć? Nic?
Musimy jeszcze poszukać u „cadyka”. Wszystko w porządku:

Jestem zdania, że były dwie istotne przyczyny katastrofy. Pierwsza: ten samolot nie powinien wystartować z Warszawy; po drugie - nie powinien lądować na lotnisku w Smoleńsku. Warunki atmosferyczne nie zezwalały na jedno i drugie.

Rozumiecie głupki? To są właśnie „bezsporne okoliczności”!
Skoro okazało się, że piloci nie lądowali w Smoleńsku, Błasika w kokpicie nie było a z brzozą też chyba się nie dało ściemnić, to … nieważne! A kto chce tu mieć jakieś pytania, ten kiep i musicie znów go zatupać, zapluć a nawet, jak trzeba, obsikać. Tylko na wesoło! Howg. Czy jakoś tak. Powiedział Czerwony.

Jeśli nie widzicie tego rosnącego absurdu, to … ja lepiej nie umiem udowodnić Drugiego Twierdzenia Lisa.

Epilog


W piątym wieku przed Chrystusem żył sobie w Akragas na południowym wybrzeżu Sycylii poeta i filozof Empedokles, myśliciel, który na dziesięć wieków przed Św. Augustynem i dwadzieścia dwa wieki przed Kartezjuszem był filozofem – pluralistą, a dwadzieścia pięć wieków przed Einsteinem zakładał skończoność prędkości światła. Otóż tenże grecki filozof głosił w czterech słowach prostą zasadę:
 Rzecz słuszną należy powtarzać.

Jeśli Katastrofa Smoleńska już się Wam znudziła, wiedzcie, że „im” właśnie o to chodziło.
Cała strategia tajnej frakcji powiększania, stosownie do potrzeb,  absurdu -TFP(sdp)A - polega na zmęczeniu szarego człowieka i wyrobieniu w nim przekonania, w zależności od jego wrażliwości, że:

Albo  „to do niczego nie prowadzi”,
Albo „nigdy się nie dowiemy”
Albo „tym się zajmują tylko oszołomy zbijający kapitał polityczny na nieszczęśliwym wypadku, w którym zginęło paru pisiorów i niestety, tylko jedna kaczka”.

środa, 11 stycznia 2012

Rów Mariański

Czyli między jasełkami a balangą

Panel o postmodernizmie

Rów mariański
Laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Niels Bohr mawiał, że nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobra teoria.
A ja właśnie miałem okazję przysłuchiwać się dyskusji teoretycznej o postmodernizmie.
I nawet pierwsze sprawozdanie opublikowałem. Na forum Kwartalnika „Humanistyka”.

Może będą jeszcze następne. Inni dyskutanci niech się już boją, co uczynię z ich wypowiedziami.
Już nie napiszę o postmodernizmie: „Cokolwiek to znaczy”.  Mam teraz porządną informację: Co do genezy, analogii do innych systemów ideowych, stanów ducha związanych z nim.
Co do cech immanentnych i cech drugorzędnych. Ojcowskich i macierzystych systemów ideologicznych.
Długich i wyczerpujących list charakterystyk. Ojców założycieli. Demaskatorów i diagnostów. Autorów najkrótszych formuł.
Taki dar otrzymałem. Ni z tego ni z owego na dwa tysiące dwunastego. Około Nowego Roku.
Już mi się przydarzały takie dary. Ale pierwszy raz zdobyłem się na opracowanie dyskusji i wtrącenie swoich, niezbyt mądrych uwag.
Dziękuję! Dziękuję, Włóczęgo, Ewagriuszu i Elfi.
No i innym komentatorom. Którzy też brali udział w części bardziej praktycznej.

No właśnie. Praktyka. Dobra teoria jest praktyczna, ale mnie, jak to inżyniera, zaraz korci, jak by tu ją zastosować.
No i… wyobraźcie sobie uzyskałem jeszcze jeden dar. Okaz.
Ale po kolei. Cierpliwości. Tu nie McDonald’s, tu trzeba poczekać. Danie na zamówienie. 20 minut. O czym to ja…
Aha, okaz.
Prawie 3 lata temu byłem na filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Potem przeczytałem notkę - recenzję na pewnym portalu filmowym.
Ani portalowi ani recenzentowi nie zamierzam robić teraz reklamy. Dlatego - celowo – nie będzie żadnych linków. Tym bardziej, że właśnie ów recenzent będzie bohaterem tego tekstu. A nie chcę stawiać go pod pręgierzem. Nie chodzi o niego, ale o pewne zjawisko, które on, w sposób wręcz podręcznikowy, sobą uosabia.
Recenzja budziła mój sprzeciw i ten sprzeciw wyraziłem, odnosząc się merytorycznie do notki, liczącej 3 tys. znaków we wpisie czterokrotnie dłuższym.
Takie są prawa polemiki. Żeby rozprawić się z krótką bzdurą lub kalumnią, trzeba więcej tekstu, niż sama bzdura.
Podobnie, żeby wyciągnąć ciężarówkę z dołu - potrzeba trzydziestotonowego dźwigu. Żeby ją tam wtrącić, nie trzeba nic. Co najwyżej zapomnieć zaciągnąć hamulec.
Tak. Hamulec. Ale teraz przecież jest wielką wartością, nie mieć żadnych hamulców.
Z recenzji zacytuję kilka charakterystycznych zdań. Na jedno, trzy lata temu, nie zwróciłem uwagi. Nie pamiętam dlaczego. Było bowiem chyba najbardziej haniebnym zdaniem z tej notki.  Może chciałem rozpaczliwie nie zauważyć moralnego poziomu recenzenta, nie palić mostów dialogu z nim?
Ale nie uprzedzajmy wypadków. Oto ów akapit:

„Resztki energii wysysa z filmu fuszerka realizatorów – tempo jest bowiem ślamazarne, a napięcie znikome. Aby podkręcić akcję, na ulice zostają wysłane czołgi i zomowcy z gumowymi pałami. Aż boję się pomyśleć, jakich gadżetów używają w sypialni członkowie ekipy filmowej, skoro tyle uwagi poświęcają narodowemu cierpieniu we wszystkich możliwych wydaniach”

Czy to zdanie wymaga komentarza? Wydaje się, że ono mówi samo za siebie. Wydaje się. Ale ja mam już doświadczenie.
Spodziewam się „spokojnych” reakcji. „O co się rozchodzi? Taki żarcik.”

Na wszelki wypadek skomentuję. Kto wie, o co chodzi, może opuścić ten fragment.
W recenzji filmu o męczenniku, nawet „likwidatorskiej”, przyjmijmy na chwilę, że faktycznie film marny, (a moim zdaniem bardzo dobry, jeśli nie wybitny), otóż w takiej recenzji, pan recenzent ma perwersyjne skojarzenia. Przypomina mi przysłowiowego szeregowego, któremu wszystko się kojarzy z d… Maryni.
Dzisiaj to takie modne… Patriotycznie nastawionym, powiedzmy, że zbyt egzaltowanym, niech im będzie, tym czujnym krytykom, a więc, powiedzmy, zbyt egzaltowanym poetom zarzuca się nekrofilię. Zupełnie wbrew właściwemu znaczeniu tego słowa. Prawicowi krytycy też się czasem do tego określenia przyłączają. Oni też nie wiedzą, co ono znaczy?
Historycznie prawdziwe i artystycznie uzasadnione dla pokazania ducha czasu, w którym żył ks. Jerzy, uliczne realia nasz recenzent kojarzy z seksualnymi zboczeniami realizatorów. Taki niewinny żarcik.
Rok przed Katastrofą Smoleńską – mamy wynalazcę tej poetyki. Jeszcze bez słowa - klucza. Szybko pisał, szybko kojarzył. Brak hamulców moralnych. Brak zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.
Koniec komentarza.

Notka utrzymana w tym „szampańskim” nastroju jest ciągle oficjalnym stanowiskiem owego portalu.
Jednak, jakby nie była wredna i głupia, miała ta pożal się Boże recenzja jedną cechę, która ją broniła przed ostatecznym wyrokiem: Do kosza! To był niezależny pogląd wyrażony w nieskrępowany sposób o istniejącym produkcie filmowym. Takie miał zdanie pół anonimowy recenzent. Podpisujący się głupawym nickiem.
Mieliśmy do czynienia z sytuacją, w pewnym sensie tradycyjną: Ktoś nakręcił film. Ktoś wyraził opinię. Ja wyraziłem opinię o opinii.

Co w tej sytuacji jest nietradycyjne? Każdy miał to opublikowane tam, gdzie na to zasługiwał.
 Debata przez Rów Mariański.

Trzeba jednak trafu, że z okazji zbilżającego się Nowego Roku ów portal wysłał mi list. Podpisany przez naszego recenzenta. W tzw. międzyczasie zrobił on na tym portalu karierę i przemienił się z półanonimowego, wojewódzkiego pistoleta w oficjalnego przedstawiciela firmy, mającego nie tylko swoje imię i nazwisko, ale nawet fotkę.
Portal popiera młodych, niedouczonych, z wielkich, zatłoczonych miast i wyludnionych wsi, którzy mają szybkie pióro i właściwe skojarzenia. List krótki i jak zwykle, błyskotliwy. 864 znaki. Facet ciągle robi postępy.
I co ma mi do zaproponowania ów portal w osobie naszego recenzenta?
Zacytujmy kawałek. I skomentujmy. Teraz komentarz będzie konieczny.

„Wielkimi krokami zbliża się osławiony 2012 rok. …. (bla bla bla)….. w glorii chwały powróci Obcy, którego po ponad 30 latach znów spuści ze smyczy sam Ridley Scott. Hobbit wyruszy w "Niezwykłą podróż", a Jamesowi Bondowi niebo spadnie na głowę ("Skyfall"). Nie wspominając już o tym, że Andrzej Wajda przyrządzi nam "Wałęsę" w bogoojczyźnianym sosie własnym (podkreślenie moje). …(bla, bla bla…)… Czego Wam i sobie życzę.”

Recenzent pisze w znajomym tonie. Prawda? Czy okaże się przewidujący?
Ja bym nawet się przychylał do tego przewidywania, oczywiście z zupełnie innych pozycji.
Bądźmy spokojni. Nawet, jeśli Mistrz nakręci gniota, nasz nonkonformista nie odważy się na takie ryzykowne skojarzenia. Ale to nie (non)konformizm docenionego przez portal młodego talentu jest tu istotny.

Mamy nową sytuację: Pisze on o tematyce nieistniejącego jeszcze filmu: „Bogoojczyźniany sos własny”.
Zatrzymajmy się na chwilę nad tym zwrotem. Autor zdradza tu wyraźny absmak w stosunku do tematyki patriotycznej.

Bo przecież nie wiemy do końca, czy Wajda nie nakręci jednak „kolejnego arcydzieła”.
Każdego innego reżysera, Hoffmana, Zanussiego czy horribile dictu, Wieczyńskiego można by podejrzewać o przyrządzanie bogoojczyźnianego sosu, ale Wajdę?
Albo pan recenzent, teraz już oficjalny, nie zna historii kina i dorobku Mistrza, co wykluczam, albo…
Albo nasz bohater wyraża po prostu, z góry,  swój negatywny stosunek do każdego filmu o tematyce patriotycznej. W którym znajdzie się najsłabsza choćby afirmacja polskości, ofiary, walki o wolność...

Bingo! Oto okaz postmodernisty!
Proszę sobie oglądać, na razie wstęp wolny, w ramach promocji. Jedyny koszt: musicie dalej słuchać mojego marudzenia.
Zawsze marzyłem, żeby zostać przewodnikiem po ZOO.
Proszę o uwagę, Drodzy Zwiedzający!
Opis postmodernizmu w dyskusji moich gości doprowadził do pewnego konsensu:
Określono go (również), jako stan umysłu człowieka, który utracił wiarę w Boga, tę starą, tradycyjną wiarę Ojców, w szczególności, Ojców – Wolnych Polaków, którzy walczyli za Boga, Honor i Ojczyznę i ginęli z Jego imieniem na ustach. I zachowali nadzieję na spotkanie Go. Zachowali honor. Ale utracili Ojczyznę.
A później utracił on, ten biedny człowiek, wiarę drugi raz: wiarę w świetlaną przyszłość, jako realizację lewicowych idei, które okazały się okupionymi strasznymi ofiarami obłąkańczymi marksowskimi mirażami. Mirażami nie na pustyni lecz w wielkim obozie koncentracyjnym, pełnym zbrodni, kłamstwa i upodlenia.
Ci, co się nie nawrócili na Starą Wiarę błądzą teraz po manowcach postmodernizmu.
Och, jak świetnie się mają w tym błądzeniu!  
Och, jak im współczuję!
Objęli rząd dusz nad innymi rozczarowanymi i zepchnęli tych „nawróconych” na margines.
Albo raczej dali objąć rząd dusz tym, co zawsze w historii byli ochotnikami: ludzi gotowych na wszystko, zdolnych, inteligentnych, odważnych, bezwzględnych. Bo żądnych władzy i płynących z tego profitów: pieniędzy i rozrywki.

Rozrywka. Balanga.

To jest wspólny mianownik wszystkich błąkających się bez celu, owiec bez pasterza.
Zagłuszyć strach przed jutrem, przed rozpaczą, przed brakiem nadziei, miłości.
Trzymać się, nie jestem byle śmieciem, jakich widzę na mieście!
Zdyscyplinowana praca ponad siły. Zdyscyplinowana na tyle, żeby się utrzymać w głównym nurcie. Żadnych eksperymentów! Żadnych niepewnych inwestycji. Maksimum 3 tys znaków. Skojarzenia modne i niezbyt głębokie. Bo głębia to już ryzyko samo w sobie.
Szybka kariera.
Zasady? Pewnie. Tak bezpieczniej. Ale bez przesady.
Ryzyko? Tylko ściśle skalkulowane. Każde inne – to zbrodnicza fanfaronada.
Ale potem: balanga!
Używki miękkie lub twarde, najlepiej dozwolone, ale jak nie, to trudno, trzeba coś mieć z życia. Łatwe kobiety (lub mężczyźni, zróbmy tu ukłon w stronę parytetów), głośna muzyka. Żadnych zobowiązań. Bo kariera.
I tak w kółko. Week. Łyk-end. Week. Łyk-end.
Bóg, Honor, Ojczyzna – to przebrzmiałe, śmieszne, nikomu niepotrzebne bredzenie.
Opowieści o Wolnych Polakach? Zbutwiałe, nieczytelne księgi.
Filmy o patriotach, o świętych, o męczennikach „sprawy”? Obciachowe jasełka. Nawet na wagary nie warto iść, żeby je zobaczyć.
Rozrywka! Obcy, Niebo na głowę, w ostateczności Hobbit. Ale żadnych sosów!

Oj, oj, oj.
Ale się rozpędziłem. Skąd mi to???
A wy? Jeszcze jesteście, czy już machnęliście ręką i poszliście sobie?
Dla tych, co zostali, bonus. Rozdaję duże długopisy z napisem BALANGA.
A propos.

Postmodernizm to zbyt szacowne określenie. Postmoderniści mogą być nawet z niego dumni.
A ja bym nie dawał im nawet takiej satysfakcji. Zawziąłem się.
Proponuję inne terminy. Mniej neutralne a bardziej wyjaśniające istotę rzeczy. Nie spodobają się, to proszę zaproponować lepszy. Urządzam konkurs.
Imprezjonizm vel Imprezonizm. To – kierunek filozoficzny. Wyznawcy: imprezoniści.
Balangolizm (zupełnie, jak mongolizm) to stan ducha.

Linki do wypowiedzi Panelu o postmodernizmie:
Włóczęga:

DUCH CZASU, CZYLI O POSTMODERNIZMIE RAZ JESZCZE

Ciekawe rozważanie o naszym bohaterze, czyli imprezjonizmie, na gruncie Królowej Nauk: Teologii.
Muszę przemyśleć. Będę dyskutował. Zapraszam do dyskusji.
Chcący:

MUZYKA REWOLUCJI OBYCZAJOWEJ LAT 60

Kultura lat sześćdziesiątych. Znów może się pokłócę. Ale na razie posiedzę cicho.



Niniejszy tekst ukazał się pierwotnie na portalu Fronda. Wisiał dwa dni na komentarzu dnia oraz pewien czas, jako wizytówka blogowiska, na pierwszym miejscu, na głównej stronie Frondy.
Przepraszam, że się tak przechwalam.