wtorek, 22 lutego 2011

Trzech tenorów prawicy


W sobotnim wydaniu „Naszego Dziennika”  ogłoszenie o debacie w poniedziałek pod tytułem: „Jaka przyszłość czeka Polskę?”

Organizator Dr Artur Górski, poseł PiS oraz Komitet PiS Praga Południe. Z udziałem redaktorów Stanisława Michalkiewicza, Jerzego Roberta Nowaka i Rafała Ziemkiewicza.

Co do „Naszego Dziennika”: Kupuję go coraz częściej i czytam z coraz większym zainteresowaniem. To przykład rzetelnie rozwijającej się gazety. Od „walczącego” i „ryczącego” pisemka, z nieco sekciarskim zabarwieniem, jest teraz w drodze, powtarzam, w  d r o d z e, do pozycji poważnego, opiniotwórczego dziennika.

Wrogowie społeczeństwa myślącego, zwolennicy „otwartego społeczeństwa lemingów” (na manipulację i suflowane mody), jeszcze chyba się nie zorientowali, jaki konkurent im rośnie.

Rzetelny, wytrwały „Biuletyn Smoleński”. Codziennie jakaś ważna wiadomość w tej sprawie. Roczniki dziennika będą może kiedyś bezcennym świadectwem historycznym. Nawet nietrafionych hipotez.

Forum wymiany myśli bardziej konserwatywnej, mniej „otwarte” na lewiznę niż w Rzepie.
Felietoniści ciekawi i wybitni. Publicyści – tęgie pióra Kościoła i najlepszych polskich uczelni.

Usłużne forum inicjatyw obywatelskich. Listy w obronie prawdy.
Przytulisko sponiewieranej opozycji, prawie bezkrytycznie popieranej przez Redaktorów. Ale to ich święte prawo.

No i wreszcie matecznik promocji dzieł Ojca T. T jak Tytana. A co!
Ja, konserwatywny liberał, czytam to z coraz większym zainteresowaniem. Wobec rozproszenia i słabości ciągle „mojej”, ale już nieco podstarzałej „pepiniery” myśli prawicowej i konserwatywnej, skupionej wokół Janusza Korwina Mikkego i jej nielicznych młodych następców, rozmach tego społecznego ruchu imponuje i raduje serce.

Jego zdolność „bojowa” została właśnie pokazana w ostatni poniedziałek, podczas występu trzech tenorów prawicy.
W dużej sali gimnastycznej szkoły przy Cyrklowej na warszawskiej Pradze zgromadzili się czytelnicy „Naszego Dziennika”.



Kto jest na bieżąco z twórczością tych wybitnych prawicowych publicystów, nie usłyszał nic nowego.

Wiadomo przecież nie od dziś, co zauważył Rafał Ziemkiewicz, jak ograniczyć wydatki budżetowe i zlikwidować deficyt. Jak przestać okradać nasze dzieci. Tak, jak wiadomo dokładnie, co trzeba zrobić, żeby schudnąć i zacząć wyglądać jak człowiek, a nie, jak opasły potwór.

Ale trzeba mieć silną wolę. Co to za określenie? Czy ktoś go jeszcze pamięta? I nie myli mu się z wolą polityczną? Czyli czymś w rodzaju demokracji socjalistycznej lub krzesła elektrycznego?

Jest wysoce prawdopodobne, jak to zauważył Stanisław Michalkiewicz, że wiele można by zrobić dla poprawy międzynarodowej pozycji Polski, ale nie jest to możliwe wobec przeżarcia elit rządzących obcą agenturą. Ten, kto zna historię osiemnastowieczną, a chociażby czytał „Wieszanie” Rymkiewicza, nie będzie powtarzał mantry o „głupich teoriach spiskowych”.
Jest raczej pewne, że Jan Tomasz Gross – to skorumpowany bajarz wysługujący się międzynarodowym aferzystom, jak stwierdzili zgodnie panowie Michalkiewicz i Jerzy Robert Nowak.


Ale, żeby to wiedzieć, nie trzeba było tłoczyć się w straszliwym ścisku na Cyrklowej. Ryzykować zadeptaniem, złamaniem nogi lub omdleniem z powodu gorąca. Na dworze było minus piętnaście. Wszyscy w paltach i kurtkach. Ja w puchowej.

Organizatorzy stali się ofiarami własnego, nieoczekiwanego sukcesu. Pan Ziemkiewicz, który zrobił sobie zbyt mały zapas czasu i przyszedł bezpośrednio przed spotkaniem, ryzykował, że nie weźmie w nim udziału. Pan poseł bezskutecznie prosił tłoczących się na korytarzu ludzi o pójście do domu. „Będą inne spotkania”.




A ludzie stali cierpliwie, bez skargi, wspierając się, pomagając sobie zdejmować w ścisku ubrania, aby uniknąć przegrzania. Nawet tam, gdzie prawie nie było nic słychać. Ja spróbowałem zrobić kilka zdjęć, które publikuję. W tym celu uniosłem ręce do góry. Miałem potem trudności z ich opuszczeniem.

Kto przyszedł i dlaczego? Trzeba spekulować. Ja mam swoją teorię.
Nie jest entuzjastyczna. Ale zawiera w sobie nutę nostalgii i beznadziejnego optymizmu.  

To taki mój oksymoron.  Pan Michalkiewicz, odpowiadając na zbyt śmiałe marzenia swoich dwóch bardziej optymistycznych partnerów dyskusji, elegancko, żeby ich nie urazić, powołując się na Cata, przywołał par excellence polski oksymoron: „marzenie ściętej głowy”.



Co się stało?
Zwróćcie Państwo uwagę na zaproszenie w „Naszym Dzienniku”: „Jaka przyszłość  czeka Polskę?”.Debata! I nazwiska panelistów.

Larum grają! Zbiegli się głównie posiwiali nieco albo i lepiej, dzieci Jana Pawła i uczestnicy Festiwalu Wolności Roku Pamiętnego.

Niektórzy, jak ja, wprawdzie nie z synowcem, tylko z synem i nie na przedzie, ale w korytarzu. 

Ale przylecieli.  Ludzie chorzy na Polskę. Jak stary artyleryjski koń, który usłyszał trąbkę na zbiórkę.
A młodzi, wykształceni z wielkich miast, którzy teraz nie skrzyknęli się SMS – ami?

Rafał Ziemkiewicz twierdzi, że właśnie oni, ofiary zawiedzionych nadziei na cud Tuska, rozsadzą niezadługo system zablokowanych szans, ów „neoliberalizm”, jak on go nazywa (czyli „wypaczenie liberalizmu”), lub „kapitalizm kompradorski”, jak nazywa go Stanisław Michalkiewicz (czyli „wypaczenie kapitalizmu”).
Im prędzej, tym lepiej. Albo raczej im później, tym groźniej.

Falstart? Pewnie. Ale jeszcze tli się w tych ludziach nadzieja. Przyjechali nawet z Otwocka, jak ten pan, któremu poseł proponował, żeby przyszedł na następne spotkanie.
To jest źródło mojego beznadziejnego optymizmu. To jest moje „marzenie ściętej głowy”. Innego nie mam. A Wy, Drodzy Czytelnicy?

czwartek, 9 grudnia 2010

Jedno Życie

Jerzykowi,
Kris

Jak grom z jasnego nieba…


Żeby ten listopad już się skończył, marudziła Szewcowa. Bo w naszej rodzinie często w listopadzie jakiś pogrzeb się trafia, oj, za często. I jakiś sen miała. A na początku grudnia rocznica śmierci Ojca. Aby do Bożego Narodzenia doczekać. Adwent jest dla nas taki wymagający!

No i wykrakała, bo teraz Szewc ma prawdziwe zmartwienie, nie jakieś tam listopadowe smuteczki, jak przed rokiem.
Jak grom z jasnego nieba. Jasnego. Jak On. Jego szwagier. I kto by się spodziewał!  Przecież to nie on był pierwszy w kolejce. Najmłodszy zza ściany był. Ostatni z chłopaków, z tego pokolenia po tamtej stronie chałupy.

Nagle. Stary był? Żarty! Młodszy od Szewca o całe dwa miesiące. Z szewcowej półki już dawno biorą, ale Jego? Taki starowny. Taki akuratny.
Całe życie uczciwie pracował. Ale szanował się. Miał zawsze wszystkie badania, brał wszystkie leki, jak pan doktor kazał.
Na spacery chodził. Ryby łowił. Lubił. Spokojny i pogodny. Taki ….Jasny.
Ostatnio był na jakichś badaniach. Nic poważnego. W tym wieku każdy na coś się leczy. Jak nie na nerki to na serce, jak nie na cukrzycę to na miażdżycę. Niektórzy latami się leczą i żyją.

Czytał na stojąco w kuchni gazetę, w okularach. Nawet nie jęknął. Żona w pokoju usłyszała tylko łomot, jakby jakaś półka spadła…

Sprzeciw! Absurd! Puste miejsce przy stole. Pusty widok na brzeg rzeki.
Nie tak miało być!

No i teraz co? I dlaczego to takie trudne? Przecież to tylko Szwagier. Jeden z wielu Szwagrów Szewca. Kwiczołowianin.


Wesela z Jasnym


Można by powiedzieć, że się niczym nie wyróżniał. Ale to nie do końca prawda.

- Nie był mrukiem, o nie!

Myśli Szewc i czuje dziwną tęsknotę, jakby spóźnił się na jakiś pociąg do ciepłych krajów.
A wcale nie chciał tam jechać.
A ten Szwagier, wsiadł, w samej koszuli i…pojechał.

Szwagier. Wesoły, dusza towarzystwa, lubił pożartować, pośmiać się.

Przebalowali razem przecież dobre dziesięć rodzinnych wesel przez te trzydzieści lat.

Nie wiadomo kiedy, zrodził się nawet weselny obyczaj.
Nad ranem, kiedy każdy miał już dobrze w czubie, a młodziaki , nie tak wytrzymałe, jak Szewc ze Szwagrem, z „przedwojennego” materiału, ciągle w formie i rozpierani energią, z braku chętnych do tańca, bo żony oganiały się od nich zniecierpliwione… kłaniali się sobie dwornie…

- Można prosić?

… i rozpoczynali tany razem.

Na pierwszym weselu, jakieś dwadzieścia lat temu, przyjęto ich brawami i entuzjazmem.
Jak goście są już zmęczeni, ale nie całkiem, i niezbyt trzeźwi, ale bez przesady, to każdy wygłup przyjmują z pobłażaniem.

Z latami, na kolejnych weselach,  zwolna zwyczaj się utrwalał. Do tego stopnia, że rodzina mówiła:

- O, wesele w lesie, bo Kazik z Jerzykiem jeszcze nie tańczyli...

Ale, jak już taniec się odbył i wesołkowie stawali się naprawdę zbyt natrętni ze swoimi szampańskimi, a właściwie wódczanymi humorami, trzeba było wracać.

Z wesela powinowatej Szewca wracali nawet trochę nieprzepisowo, bo córka w bagażniku. Szewcowi się upiekło, bo bardziej się tam nadawał, ale oburzył się należycie …

- Ojca rodziny do bagażnika!?

… i córka się poddała.
Wszystko było prawie w porządku, syn prowadził, całe wesele w gotowości, ani kropelki, jak karp świąteczny w galarecie.

Szwagier natomiast wracał bez przygód, taksówką, poważny i trzeźwy, a w każdym razie nie dający po sobie nic poznać.  

- Bo pan Sałata trzeźwy, to nie w nastroju do żartów.
- A z jazdą samochodem żartów nie ma.

Samochód?  Miał, miał. Od 8-miu lat, a wyglądał, jak by wczoraj z salonu wyjechał. Do środka człowiek wchodził z taką nieśmiałością, jak do pokoju stołowego.

Pedancik to on trochę był. A Szewc pecha miał … Jak na złość.
 - Kiedyś bordowa fura Szwagra w obejściu rodzinnym w Kwiczołowie pod oborą stała.
Wypolerowana, pachnąca czystością. Odstawiona na bok, w bezpieczne miejsce.
Bo wszyscy parkowali pod płotem, na środku podwórka.
A Szewc się śpieszył do kościoła w niedzielę. I przy cofaniu uderzył zderzakiem w przedni błotnik cacka!

Zmartwiał.
Gramoli się z powrotem z głową zwieszoną, jak na rozprawę. Szwagra obłaskawiać, bo spodziewał się awantury. Kierowca z bombowca, za garnitur szarpany, błotnik z lakierem świecącym, jak bombki choinkowe, wgiął! I to w niedzielę z samego rana, przed kościołem jeszcze!

- Ale ze mnie dureń! – pomyślał.
- Gdzie ja się podzieję?!

Szwagra wcale szukać nie musiał, bo mimo wczesnej pory znalazł się on jakimś cudem na podwórku.

Właściciel nadwyrężonego auta, nieco przybladł. Ale może Szewcowi się tylko wydawało? Bo mimo, że z natężeniem wpatrywał się w oblicze wulkanu na sekundę przed wybuchem, wulkan odezwał się do niego z miłym uśmiechem, który wykluczał jakiekolwiek spory i kwasy:

- To nic, tylko małe wgięcie….

Małe to ono może było, ale i wredne.

Tym niemniej Szwagier, któremu po tym pierwszym, kluczowym zdaniu jakby już puściło, nawijał dalej już całkiem naturalnie. Że załatwimy w poniedziałek w PZU, żeby Szewc się nie przejmował i już jechał, bo się do kościoła spóźni.

Szewc myślał, że się pod ziemię zapadnie. I nigdy mu tego pocieszającego uśmiechu nie zapomniał.
Człowieka można naprawdę poznać dopiero, gdy mu się błotnik wegnie, odkrył nowe prawidło życiowe Szewc.

Ostatni raz na weselu córki Szewca sobie zatańczyli, trzy lata temu, budząc pewne, niewielkie zresztą, zaciekawienie amerykańskich gości.

- Aaaa, taki polski obyczaj ….

Na filmie weselnym obowiązkowo zarejestrowane, córka w Stanach ostatnio przypadkowo swemu amerykańskiemu szwagrostwu pokazywała.
A teraz pochlipuje, bo Jasnego Wujka bardzo lubiła.




Jasny i trzech innych, małych Indian, czyli kwiczołowska Tradycja…


Niektóre z weselnych par już się porozwodziły, inne żyją po bożemu, a wesela co jakiś czas się odbywają. Ale oni już nie zatańczą.

Co za myśl!
Weselny wygłup, który już nie będzie kontynuowany.
Szewc nie może jeszcze dojść do siebie. Nie podejrzewał, że on, tylko powinowaty przecież, tak wrósł w tę kwiczołowską rodzinę, że mu te Szwagry takie bliskie.
Może bliższe jemu oni, niż on im. Bo on już sam prawie został, a ich było jeszcze czterech.
A teraz trzech.

Bo wszystkich ich - urwipołciów i rozrabiaków, znanych w całym Kwiczołowie a nawet i w Jaworach i Zamroziu, pięciu było, ale on poznał już tylko czterech. Jeden, Janek mu było, odumarł młodej wdowie i dwójce  dzieciaków.

Rozrabiaki? To mało powiedziane. Zaraz więcej będzie. Co się te matki nadenerwowały, co się mioteł nałamały na grzbietach tych gałganów!

Jak dziewczynom kwiczołowskim dziecinne a potem i bardziej dorosłe psoty sprawiać, to oni najlepiej umieli.
A chłopakom rej wodzić, nauczycielom nadzieję na spokój w szkole odbierać?

Dziewczyny to nawet sobie nie szkodowały, bo chłopaki były, jak malowane i bitne a rycerskie.

Z tych czterech - jeden służył w komandosach, by w końcu osiąść na Ojcowiźnie - Gospodarz, drugi ważną figurą po studiach prawniczych - Szycha, trzeci wielkim chłopem, któremu dobrze z oczu patrzyło, ale źle się wiodło – po prostu – Jędrek a czwarty?

Jasny Szwagier poznał drobną dziewczynę z miasta i … się ustatkował.
A było z czego się statkować.

Zanim to wszystko się stało i jego wielki, jak góra brat, Jędrek młodo umarł, musieli oni wszyscy zostać najlepszymi wędkarzami we wsi.

Bo jabłka Tomasiakowi z sadu podbierać? Na to nie trzeba być takim sprytnym.
Herbowskiemu z węgorni ryby podkradać to już trzeba było się natrudzić i kiepełą ruszyć.




I u chłopaków, nawet przy psotach zwyciężyła Tradycja. Bo Tradycja rybołówstwa była w Kwiczołowie dawna i żywa.

Pradziad chłopaków, Jędrzej, rybak spod Siedlec, kupił od dziedzica kwiczołowskiego, jeszcze w dziewiętnastym wieku, swoje gospodarstwo nad Narwią, wraz z prawem połowu siecią na dużym odcinku rzeki, wzdłuż wsi.

Dobrze wybrał pradziad swoją siedzibę. Okolice Kwiczołowa były nie tylko zasobne w rybę w czystej jak kryształ rzece.  Co prawda, to prawda, kapryśnej, pełnej wirów i przykos, co niejednego nieszczęśnika pochłonęła.  Nawet niedawno sołtysowego syna i sołtysa w jednej osobie. Ale kapryśna to charakterna i groźna , urodziwa i tajemnicza, zawsze taka istota to chłopaków obiekt pożądania.
Ale zaraz, na rzece świat tu się nie kończy.

Rozległe, nadrzeczne łąki, łachy, zagajniki i gęste lasy były ostoją płowej zwierzyny, zajęcy, dzików i bażantów.
Panowie, goście miejscowego dziedzica, polowania tu urządzali. Dziadek Marcin również w nich brał udział. W jakim charakterze, o tym już tradycja rodziny Ziemniackich milczy.
Może był organizatorem nagonek?
W każdym razie szczycił się srebrną papierośnicą, którą podobno, na którymś z polowań, od samego księcia Radziwiłła otrzymał. Grawerunek z dedykacją zawierała. Papierośnicy Szewc nie widział, ale słyszał tę historię kilkakrotnie, podczas rodzinnych zjazdów.

Tak, jak historię kozika z rękojeścią z perłowej masy, rozświetlającego magicznymi błyskami cienistą izbę, który tak urzekł dwóch kilkuletnich urwisów, że po śmierci Marcinowego brata, dziadka Filipa, przeniósł się tajemniczym sposobem z kieszeni zmarłego do rąk pięcioletniego berbecia, Jasnego. Ale podobno był własnością, drugiego berbecia, mlecznego brata, Szychy. Tak ten drugi, młodszy o miesiąc miłośnik błyskających kozików, twierdził. I wszystko się wydało.

A rodzina Ziemniackich znana była nie tylko z takich koneksji na czas polowań.
Brat Marcina, stryj Wincenty był przed wojną księdzem profesorem Łódzkiego Seminarium Duchownego, prałatury się dosłużył i po samej wojnie rekoncyliacji Katedry Łódzkiej dokonał. Niedługo potem umarł, ale fama o Jego Ekscelencji w Kwiczołowie, a zwłaszcza w miłowskiej parafii echem się jeszcze odbijała na lekcjach religii. Szewcowa pamięta, jaka dumna była, bo ksiądz proboszcz się dopytywał.
To pierwszy kwiczołowski obywatel chyba?

No. To teraz i o rzece można podumać. Zapisane w akcie kupna mająteczku prawo połowu długo było dla rodziny Ziemniackich dobrym źródłem dochodu.
W międzywojniu dziadek Marcin utrzymywał na rzece dwie porządne węgornie, przegradzające rzekę od wsiowego brzegu, nieco powyżej wielkiego gromadzkiego pastwiska, Grabówca, do niewielkiej wyspy, Kępy.

Później stopniowo, dorastając, późniejsi ojcowie łobuziaków, Stanisław – Jędrka i Jasnego Jerzyka, oraz Zygmunt – Szychy i Gospodarza, pod surowym okiem dziadka, zgodnie wyławiali tam węgorze.

Dwa szybkie ale wywrotne czółna, wydrążone w pniu olszowym, tylko dla doświadczonego wioślarza a i to tylko w pozycji klęczącej, dowoziły ich migiem do węgorni i wracały z ładunkiem szlachetnej i cennej ryby.

Komuna takich praw nie uznawała.  
Po wojnie ojcowie zajęli się zarabianiem na utrzymanie w inny sposób, jeden – ojciec Jasnego na wsi administratorem majątku został, ale daleko, aż w jakimś Garnku, czy czymś tam, drugi w niedalekim mieście, ciężko i ze żmudnym dojazdem. Ze swego gospodarstwa, ani z tej ciężkiej pracy nie mógł się utrzymać.  No i dwie sroki za ogon ciągnął.
To staśkowe administrowanie jakoś się szybko skończyło i bracia, na swojej ojcowiźnie, zostali sąsiadami przez ścianę i wspólnikami niedużego gospodarstwa.

Tymczasem prawo połowu stało się, prawem kaduka, własnością jakiejś rybackiej spółdzielni, a potem, jakimsi sposobem - starego Herbowskiego.
W tym powojennym zamieszaniu nikomu z Ziemniackich ani w głowie było zajmować się prawem połowu i nikt do starego Herbowskiego nie miał niby żadnych pretensji.

Ale chłopaki, urwipołcie i psotniki, o tej starodawnej własności przecie dobrze wiedzieli.
I Herbowski, zostawiony w spokoju przez starszych, nie miał życia z tymi smarkaczami.

Węgorz, to była zawsze wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj trudno znaleźć opis, jak się węgorze łowi a stary podręcznik zawierający zasady budowy węgorni i inne wskazówki rybołowieckie kosztuje parę setek.
Chłopaki miały swoje sposoby. Bo trzeba było do tego kilku sprytnych chłopaków.

Na długim, grubym powrozie były umocowane sztrągiewki różnej długości z przynętą na haczykach. Węgorzycą. I z tymi sznurkami podpływały w nocy cicho wpław do węgorni.

Z tej strony chałupy - Gospodarz, ale jeszcze mleko pod nosem mający, lat z dziesięć. Szycha jeszcze jako Zielona Szyszka. A z tamtej  Wielki Jędrek i Jasny.

Mocowały je tak, żeby z brzegu nie było widać. U wejścia do węgorni.

Wczesnym rankiem, zanim stary Herbowski przychodził sprawdzić żak, one zabierały swoje sznurki ze zdobyczą. Wcześnie trza było wstać.

A jak zdobyczy było mało to sobie może i uzupełniały rybą, która uwięzła już w żaku.
Bo Herbowski po pewnym czasie wywęszył, co się święci.
Zakapior był!
Zbudował szałas na wyspie opodal węgorni i tam nocował, pilnując żaka przed uprzykrzonymi złodziejaszkami. Czujnie spał.
No i kiedyś …taki dziwny przypadek… szałas się spalił. 
Herbowski wypadł zaspany, w bród do brzegu, nawet łódkę zostawił.

- Pali się, paaaaali!
Wszystkie chałupy na górce obudził, sensacja była, ale nie taka wielka. W końcu nikomu nic się nie stało. A szałas? Szkoda splunąć…
Nie wiadomo, co się stało. Do dzisiaj.

I tak trwała ta ciągła, podjazdowa wojna z upartym rybakiem i zajadłymi a nieuznanymi spadkobiercami prawa połowu. Których nawet ojcowie nie popierali, ale jakoś nigdy do pasa porządnie nie sięgnęli. Serca jakoś nie mieli.
Taka pokręcona, zadawniona afera. I rodzinna historia, ubarwiająca wędkarską tradycję połowu na mniej szlachetne ryby.




Jasna, kapryśna, rybołowna …


Bo to rzeka wyznaczała styl życia w Kwiczołowie. Każdy szanujący się gospodarz znad rzeki swoją pychówkę szykował.
Przydawała się do przewozu, do autobusu, co do wsi, za rzeką kursował.
I do parafialnego kościoła w Miłowie, który przyzywał dzwonem z przeciwległego brzegu, z oddali w dole rzeki.
I do weterynarza, co się osiedlił naprzeciwko chałupy chłopaków, za kępą – wyspą na Narwi, matecznikiem słowików i drozdów.
I do wędkowania.

Czasem parę złotych się zarobiło, przygodnemu wędrowcowi albo gościowi do wsi zmierzającemu, przewozu udzielając.
Ten przeciągły okrzyk.
- Przewooooozu!

Szewc słyszał, nie raz, nie dwa. Sam prosił o niego, jak w nocy przychodził nad brzeg, gdy Swoi już spali. Budził stukaniem gospodarza znad rzeki. I ten, bez wielkiego marudzenia, zwlekał się z pościeli i wiózł w noc, przez rwącą rzekę, dla pięciu złotych. Ale przede wszystkim dla tradycji pomocy wędrowcowi. Kwiczołowska tradycja.

Każdy tu miał swoją wędkę wystruganą z leszczynowego pręta. I znał sposoby zanęcania przy pomocy kaszy.  Miejsca szukania dobrych rosówek na karaska.
Łapało się płocie, krąpie, liny i klenie. I sumki. A czasem szczupaki, zwane tutaj szczubełkami.
Nawet Koźlarzowa, żona miejscowego, nie naszego, szewca, swoje wędki w olszynę nosiła, jak smok papierosiska kurzyła, pochylała nad wodą swój haczykowaty, jak Baba Jaga, nos i łowiła!

A najlepiej było z łódki, w sobie tylko znanych miejscach, zazdrośnie strzeżonych przed obcymi.

Jeszcze niedawno Szewc słyszał taką oto rozmowę między Szwagrami, braćmi Żony, tym Szychą i Gospodarzem.

               - Siedzę ja sobie z wędziskiem w tym zakolu, 
                 koło Leszczynowej Kępy, wiesz?
               - Wiem, niedawno przecież ładnego sumka tam złowiłem.
               - No widzisz,…. wędzisko mi akurat zaczyna chodzić, 
                 a tu motorówka płynie,
  narobiła fali i szumu, jak potępieniec, a ja zwlekam,
          nie podrywam.
  Czekam spokojnie. Ta…spokojnie, wszystko we mnie się gotuje,
           ale wytrzymałem.
  Przepłynęli, jeszcze się oglądali, jak mi idzie. 
  A ja do nich gębę niewinnie rozdziawiam.
  Ręka mi nie zadrżała. Dopiero, jak zniknęli za wyspą, 
  ja wędkę podrywam i ….
  Tego szczupaczka wyciągam. Wymiarowy!




Ale przy Szewcu mogli swobodnie rozmawiać. Wędki się nie ima. A może, nawet, jakby wędkował, też by nie skąpili? Toć już swój…

Czym to wędkowanie było dla Kwiczołowian?
Luksusową rozrywką, która była darem niebios, w zasięgu ręki?
Miejscowym, szlachetnym sportem, modnym we wsi „konikiem”, czyli po amerykańsku, hobby?
Jeśli nawet, to nikt z wędkarzy i rybaków tak tego nie widział.


Sposobem na życie, to lepsze, gdy się obowiązki mniej przyjemne wypełniło?
Cieplej.
Jednym ze sposobów na zdobycie zdrowego i smacznego  pożywienia?
Jeśli tak, to trzeba powiedzieć: oj, jak smacznego!

Ileż to razy Szewcostwo, wracali do domu z torbą pełną krąpików, szczupaków i płotek. A i sumek czasem się trafił.

- Szczubełki, to dla dzieciaków, świeżutkie, z czystej wody - mawiała teściowa Szewca –
- Płotki dla was.

Zaś Szewc, kiedyś po weekendowej wizycie u Żony, która letniskowała się całe lato z dzieciskami u teściów, zachęcony wspomnieniem nieba w gębie, zobaczył  w sklepie rybnym  „Świeże płotki”.
Chciał sobie przypomnieć smak świeżych pstrągów prosto z górskiej rzeki, łowionych ręką i usmażonych na maśle. Ten sam intensywny, delikatny smak.

Kupił.

Wtedy docenił różnicę.
Jak by dzisiaj jeść szynkę wędzoną w wędzarni za oborą, na górnej łące z widokiem na rzekę.
I potem uwierzyć w reklamę szynki domowej, z supermarketu. Ale kto wtedy marzył o weekendowej atrakcji, supermarketach, do których dzisiaj z całego województwa ściągają?

Te rybki, to była waluta miejscowa. Bo czasem pieniądze, to jakoś tak…nie pasuje. No i ile dać? Można było się odwdzięczyć za pożyczenie piły, za podwiezienie do miasta, za słoik grzybków do świątecznej sałatki.




Jasny i Swój Chłop…


Tymczasem Szewcowi brakowało podstawowych miejscowych umiejętności.
Ani pychówką nie umiał pływać, ani żyta kosić. Ani nawet żyta zbierać. Do zbierania ziemniaków specjalnych kwalifikacji nie trzeba było mieć. Tylko trochę samozaparcia.

I Szwagrom muuuusiał pokazać, że on swój. Bo patrzył nieraz z zazdrością, jak Jasny Jerzyk zręcznie, delikatnie, pychówką powoził. Łódka zanurzona prawie po burty, cztery osoby, ubrane świątecznie, bezpiecznie na drugi brzeg, do autobusu wiozła.

To i on na pychówce pływanie zaczął ćwiczyć. Głupio było, żeby  podczas przewozu kobita przy wiośle stała, a on, jak gamoń jaki, na ławeczce grzecznie siedział. I to upominany surowo, żeby się nie kręcił, bo łódkę wywróci.
Brał od teścia wiosło, klucz od kłódki, którą pychówka była zawarta, spychał łódkę ostrożnie na wodę tuż przy brzegu, gdzie jeszcze szuwary  i ćwiczył. Najpierw cierpliwie, przy brzegu. Żeby chociaż nie zmieniać położenia i nie być ratowanym przez Żonę, jak się znalazł za daleko w dole rzeki. I żeby nie wylatywać z łódki, jak wiosło się zaklinowało między dno a burtę.

Aż się nauczył. Tak, jak i koszenia żyta.
Co to była za duma, gdy w piątek wieczorem, najpierw żona po niego łódką przypłynąwszy, siedziała sobie wygodnie na ławeczce, a Szewc, jak Pan Bóg przykazał, pychówkę prowadził. Górując najpierw przy brzegu, żeby do Słowiczej Kępy dopłynąć, zanim rwący nurt zepchnie go zbyt daleko. I potem, opływając ją wokół,  jeszcze raz w górę, żeby dobić do brzegu na wysokości chałupy.

Potem, podjadłszy, na roboczo ubrany, gdy chłodek już przyjemny się robił, ale słonko jeszcze wysoko, prowadził dumnie mały orszak żniwiarzy: On na czele z kosą, a za nim, w bezpiecznej odległości, bo kosa ostra, Żona i Teść. Do zbierania. Do zbierania! Po nim! Bo on, kosiarzem już był. Pełnoprawnym. Wprawdzie kosiło się tylko brzegi, żeby kosiarka miała jak wykręcić, ale zawsze.

A Jasny Szwagier, też przyjechawszy z miasta, objąwszy czule i dumnie Swoją Drobną Panią, stojąc za płotem w zachodzącym słońcu, z widokiem na rozświetlony bladoróżowo łan żyta, patrzył na kroczący orszak i wołał do Szewca przyjaźnie:

- A nie skalecz ty się, kosiarzu, aby!  

Ale wesołe błyski w oku nie kłamały, a w głosie też było słychać tę przyjazną, działającą jak balsam na serce kosiarza – aspiranta, nutę:

- Swój chłop z ciebie!


Jasny i zdobycz Aksamitnej Nocy


Szewc do wędkowania się nie brał, ale Szwagrom kibicował. Czasem któryś pozwolił mu pociągnąć spinningiem, lecz Szewc nie miał albo szczęścia albo cierpliwości, albo jednego i drugiego. I żadnej ryby nigdy nie złapał.
Z wyjątkiem tego jednego, pamiętnego razu.
Zdarzała się w Kwiczołowie, raz do roku, Noc Jętki. Jak Noc Kupały.
To była noc, kiedy wypływała Ryba. Ławica Ryb.

Noc tańca jętki jednodniówki. A wtedy ryby dostają małpiego rozumu.
Zanęcone nie suchymi kulami jętki, jakie się ugniata w tę samą noc, z tej samej jętki.
Która zwabiona, jak ćma, światłem ognisk, nadlatuje nad ogień i opada, z nadpalonymi skrzydłami.
I wokół ognisk tworzą się warstwy tych dziwnych, a nieocenionych dla rybaków, martwych owadów.
Z tych warstw ugniata się kule, które służą wędkarzom do zanęcania ryby, czyli sprowadzania ryby w miejsce, gdzie zamierzamy ją złowić na wędkę, poprzez wrzucanie do wody zanęty.

W tę noc, cała rzeka buzuje szalonym tańcem  i cichym szemraniem Jętki, pląsającej nad samą powierzchnią wody. I wydaje się wtedy, że cała rzeka jest wypełniona zanęconą rybą.

Ta noc sprzed ćwierć wieku, utkwiła Szewcowi w pamięci na całe życie.
Szwagier Jasny wziął go ze sobą, jako towarzysza do sieci, zwanej rzutką. To specjalna sieć, którą się zarzuca we dwóch a wyławia, jak się ma mniejsze szczęście, kilka ryb na raz, a jak się ma większe, to i pół wiadra.

Trzeba wiedzieć, gdzie wybrać miejsce do zarzucenia sieci, gdzie wejść w wodę nawet po pas.
Gdzie się kończy płycizna a zaczyna przykosa. Bo wpaść można i z głową i zachłysnąć się niebezpiecznie.
A noc jest ciepła jak czarny aksamit, błyszczący księżycem w pełni. Toż to lipiec,  więc tylko trzeba mieć tenisówki, żeby nóg nie pokaleczyć o skorupy szczeżui.

I wykonywać polecenia Szwagra, którego jasna czupryna połyskuje w świetle księżyca.
Po godzinie wiadro jest pełne i dwóch szwagrów, jeden miejscowy, ale z miasta, drugi z miasta, ale swój chłop, podochoceni pomyślnym połowem, zgodnie niosą swoją zdobycz do oczekujących przy ognisku żon i zebranej, wesołej gromady.

Potem Jasny wspaniałomyślnie odstępuje swoją część zdobyczy Szewcowi. On sobie przecież jeszcze nałowi.
Zabieraj, chłopie!. Dobra, nie dziękuj!

Tak to tworzyła się wieź w tej Rodzinie.

A jeszcze wspólne stawianie nowego dachu na chałupie? Które Jasny okupił podczas montażu fangą w czoło od ciężkiej belki stropowej, aż mu się gwiazdy w jasny dzień pokazały?

Wszystkie szwagry się wówczas stawiły. I stasiowe i zygmuntowe chłopy i wszyscy mężowie stasiowych i zygmuntowych córek. Jak jeden mąż. Rodzinne przedsięwzięcie, jak na amerykańskich filmach. Na górce, cały marcinowy klan pracował przy dachu. Każdy stosownie do umiejętności i stosownie do wytrzymałości.
Przez pewien czas Stanisław i Zygmunt , mieszkając w ponadstuletniej chałupie, byli pozbawieni dachu nad głową. Ale szybko nowy dach się pojawił. Wprawdzie pozbawiony już tego naczółkowego wykończenia i Szewc trochę im pomarudził, ale trudno. Dwuspadowy teraz nastał.

Bo w razie potrzeby, stawali. Na zabawie, wytrwali do rana; chłopy z Górki i mężowie ich sióstr.



Jasne wspomnienie …


Jasny Wędkarz kupił sobie niedawno nową łódkę. Tak się cieszył!

Zabezpieczył na zimę. Siostrzeńce pomogli, wynieść na górkę, ustawić porządnie pod bzami, do góry dnem, na podpórkach. Na wiosnę, tylko wsiadać i …na ryby.

Z pomocą Gospodarza zza ściany, nacięli kanek olszyny. Jasny porąbał kanki na szczapy, gotowe do kuchni. Ustawił porządną stertę. Piwo Gospodarzowi postawił. Rodzinna pomoc i rodzinny, symboliczny rewanż. Bez zobowiązań.

Łódka dotrwa do wiosny bezpieczna. A sterta? Nikt jej teraz nie śmie ruszyć. Może wiosną coś się rozstrzygnie. Wiosną drewno też będzie potrzebne.


Właśnie wrócili z żoną z wizyty u córki, w Pradze Czeskiej. Nacieszył się wnuczętami, córka narobiła zdjęć, nakręciła filmów.

Ostatnio tylko dziwny się jakiś zrobił. Ciągle coś robił „ostatni raz”. Bał się zostać sam na sam z wnuczętami. Bo jak mi się co stanie? Żona się denerwowała tym głupim gadaniem. Ale on nie zwracał na to uwagi. Jakby wiedział swoje.
Na oko, wszystko w porządku. Na długie spacery chodził. W domu się krzątał. Jak zwykle.

Personel R-ki reanimował go godzinę, ale Bóg miał już wobec niego inne plany.

Córka zastanawiała się popłakując; „Jak ja temu ojcu tak ciągle zdjęcia robiłam!”.
To było coś, jakby „pochwycenie”. Pewnie się zdziwił. Gdzie ja jestem, dlaczego tak jasno?
Miał tylko 65 lat. No tak. Ale Jętka żyła jeden dzień.

czwartek, 2 grudnia 2010

Ziemkiewicz o swarach na prawicy...

Nie mam zwyczaju cytować. No …. może trochę.
Nie komentuję wydarzeń politycznych. No …. może czasami.
Ale ostatni felieton Rafała Ziemkiewicza w Gazecie Polskiej oddaje tak dokładnie mój stan ducha po ostatnich przetasowaniach w PiS, że nie mogę się powstrzymać.
Muszę więc pracowicie spisać to z mojego, świeżego egzemplarza. Mam nadzieję, że ci, co jeszcze nie dotarli przez zaspy do kiosku, docenią.
Zanim jednak zacytuję, kilka zastrzeżeń:
Niestety, mamy takich polityków, na jakich zasługujemy. No i widocznie zasługujemy tylko na jednego, cieszącego się względnym poparciem, polityka niepodległościowego.
Bardzo cenię Jarosława Kaczyńskiego, chociaż nie uważam go za politycznego proroka. Jeszcze go nie sprowadzono, albo sam się jeszcze nie sprowadził do roli niepoważnego błazna.
Rozumiem, że Kaczyński znajduje się od lat pod silną presją w mediach i, prawdopodobnie, poza nimi. Jeśli ktoś jest taki mądry, niech sam spróbuje.
Ostatnie, osobiste tragedie dopełniły miary jego cierpienia.
Ale rozumieć, to jedno, a wybaczyć, to drugie. Kto zdobył i utrzymał przez lata taką pozycję, ten ponosi większą odpowiedzialność i musi dawać dowody męstwa większego od przeciętnej. Jest już publicznym dobrem i sam też musi zdawać sobie z tego sprawę.
Mam kilku przyjaciół, zwolenników PiS.
Amicus Plato, sed magis amica veritas.
Dlatego ten cytat specjalnie dla nich:
“ … …od czasów, gdy bezlitośnie i nieczysto rozprawiał się z Anuszem, wszystkie jego wady uległy spotęgowaniu.
Ja lubię, kiedy jest taka potrzeba, bronić przegranych spraw, ale bardzo proszę prezesa, żeby mi tego nie utrudniał. Jeśli teraz nagle odkrywa, że przez tyle lat opierał się na ludziach niemoralnych, to pogrąża nie ich, lecz siebie.
Zwłaszcza, jeśli odtrutką na ich niemoralność ma być powrót Ludwika Dorna, który do wczoraj był strasznie niemoralnym alimenciarzem, choć do przedwczoraj człowiekiem moralnym.”
Koniec cytatu.
Jeszcze jedno, tytułem uzupełnienia tego moralnego wątku o zasadniczy wątek polityczny.
Powrót Ludwika Dorna do PiS, jeśli to prawda, uważam akurat za dobrą wiadomość. To powrót o wiele za późny i zbyt cichy.
W środę. 1-szego grudnia, czyli wczoraj, w bałamutnym filmiku o kreowanej na świecką świętą Barbarze Blidzie, występował właśnie, jako „demaskator” Kaczyńskiego  człowiek, któremu Jarosław Kaczyński udzielił poparcia, przeciwko Ludwikowi Dornowi.  
Ten człowiek, którego nazwisko aż hadko wymieniać, ale zrobię to dla jasności: Janusz Kaczmarek, okazał się nietykalny i nikt jakoś nie chce pamiętać, że jest zamieszany w „aferę gruntową”, jako prawdopodobne źródło przecieku.
A Ludwik Dorn? Jak się zachował w sporze z Kaczyńskim o Kaczmarka? Moim skromnym zdaniem, wzorowo. Podał się do dymisji. Wyrzucony z partii, był wyjątkowo wstrzemięźliwy, jak na niesprawiedliwość, która go spotkała.
Przypominam, że również na początku władzy AWS-u, kiedy zorientował się, jakie koalicje są zawierane i jaka polityka kadrowa będzie prowadzona, po świetnym przemówieniu sejmowym wystąpił z klubu AWS i pozostał posłem niezależnym. Uważałem ten jego „samobójczy” akt polityczny, za dowód rzadkiej u naszych polityków klasy.
Jarosław Kaczyński się ewidentnie pomylił. I do dzisiaj nie raczył swego błędu poprawić. A powinien to zrobić w świetle kamer.
Tak, Ludwiku, przepraszam, pomyliłem się. To ty miałeś rację. Nie ja. (Aż szkoda, że to nie cytat)
Tak powinien zrobić dwa lata temu, po wybuchu afery gruntowej. A najpóźniej półtora roku temu.
To by może nie świadczyło aż o jego wielkości, ale przynajmniej o klasie.
Klasa nie jest towarem sprzedawalnym?
No cóż. Mamy teraz klasę wojewódzką, a nawet powiatową.
I na to żaden kowboj już chyba nie pomoże, nawet, jak rozsmaruje giganta talk-show, jak masełko na bułeczce. W jego własnym programie.
Ale polityczne, ujemne konsekwencje błędu Kaczyńskiego są chyba większe niż ryzyko zachowania się z klasą?
Tu już wchodzimy na pogranicze polityki, kultury i …edukacji.
Ale może o to mi chodziło?

środa, 24 listopada 2010

Po wyborach ... felieton bynajmniej nie agitacyjny

No i po wyborach.

Jeśli wierzyć oświadczeniom kandydatów, wszyscy wygrali.
Nawet Ci, którzy nie zdobyli stanowisk, o które się ubiegali.
Nawet Ci, którzy zdobyli mniejsze poparcie, niż poprzednio. Bo przecież mogli zdobyć jeszcze mniejsze.
.
Ci, którzy zdobyli nieco większe, uważają to wręcz za oszałamiający sukces.
Przyznanie się do porażki? Nawet, jeśli uważamy, że jest niezasłużona?
Że wyborcy nas nie doceniają?
Proszę? Czy Pan się dobrze czuje?
Ktoś skrytykował nas "konstruktywnie", to znaczy wytknął nam błędy, które, jego zdaniem przyczyniły się do porażki?
.
To nielojalny zwolennik lub wróg.
.
Demokratyczny język. Taka demokratyczna nowomowa.

W prywatnej rozmowie może (nie wiem, dywaguję) mówimy do współpracownika, głupcze, zmarnowałeś mi kampanię. A w publicznej wypowiedzi chwalimy się sukcesem.
.
Wiadomo, kampanie są obliczone na najgłupszego wyborcę. Takiego, który sam nie trafi do urny i trzeba go do niej doprowadzić. Który ledwo znajdzie miejsce na kartce, gdzie trzeba postawić krzyżyk.
.
Sprzedajemy kandydata, jak proszek do prania. Mowy nie ma o ostrzeżeniach nawet małym druczkiem, że używanie może spowodować uczulenie, albo nie wszystkie plamy dadzą się wywabić.

Czy ta eskalacja obietnic nie dla "nie dla idiotów"  tylko dla tych, którym wprawdzie schlebiamy, ale którymi pogardzamy, jak mięsem armatnim, prowadzi nas w dobra stronę?

Na tym blogu już się zdemaskowałem. Już nigdy nie będzie apolityczny.
Tylko zwolennicy partii rządzącej mogą sobie pozwolić na apolityczność.


Tylko oni  mogą powiedzieć, że od polityki to mają Tuska. Albo Komorowskiego.
Tak, jak mój śp. Brat mawiał o Wałęsie. Powołując się na przedwojenne powiedzenie:
"Od polityki to ja mam Piłsudskiego".

Oni jednak ryzykują, że za późno zorientują się, iż ich dyżurny polityk - będzie prowadził swoją politykę - nie dla nich, tylko dla siebie.
Ja się boję. Tak, jak się okazało z Mazowieckim, Bieleckim, Suchocką, Millerem i Oleksym.

Swojego przedstawiciela ostatnio miałem w Sejmie w roku 1992. Lech Pruchno Wróblewski. Nieżyjący już restaurator z ulicy Freta na warszawskim Starym Mieście. Głosowałem na niego, bo kandydował z mojego okręgu. I dostał się do Sejmu. Jakież to uczucie! Nigdy później już nie miałem. Obserwować, jak Twój przedstawiciel przemawia. I jak mówi w Twoim imieniu. Tak, jak Ty byś powiedział. Tylko lepiej.
Nie miałem pretensji, że Sejm przegłosowywał akurat ustawy, które mój poseł odrzucał, a odrzucał te, które Pan Lech popierał.

Trzyosobowe koło UPR, którego częścią był pan Lech, zawiązywało koalicję, czasami głosowało przeciw samotnie. ale liczyło się, czy zachowywało tak, jak ja bym chciał..
Nie zawsze dokładnie tak było.

Jego ostra krytyka poczynań jedynego niepodległościowego i w miarę odważnego rządu w latach dziewiędziesiątych uważałem za słuszną, ale nieco przesadzoną.

Zachowanie koła w momencie jego obalania trochę mnie zniesmaczyło. Uważałem je za nielojalne. I do dzisiaj pamiętam Januszowi Korwin-Mikkemu, jego  błyskotliwe przemówienie.Jako akt nielojalności.
W momencie ataku koalicji antylustracyjnej należało wznieść się ponad ideowa różnice. I stanąć po stronie brutalnie obalanego rządu.

Tłumaczyłem sobie, że UPR zachował się pryncypialnie z punktu widzenia swojego programu. Że przyjdzie moment, kiedy wróci silniejszy i znajdzie okazję do współdecydowania z bliższym ideowo rządem.
Niestety, to był ostatni epizod sejmowy UPR.
Nie był to nawet błąd taktyczny, ponieważ koalicja Nocnej Zmiany i tak dysponowała siłą dostateczną, by 3 głosy dodatkowo nie wystarczyły.


To była tylko rysa na wizerunku.moich posłów.
Wszystkie inne działania wówczas i po upadku rządu Olszewskiego były dokładnie zgodne z ich deklaracjami i programem.
Porównajmy to z dzisiejszymi politykami rządu. i partii, na którą miałem kiedyś głosować, bo wydawało mi się, że zaczyna być mi ideowo stosunkowo bliska a UPR i Mikke "nie mają szans".
Na szczęście nie popełniłem tego błędu i nie muszę się rumienić.


Ja wtedy mogłem mówić "Od polityki to mam Pruchno Wróblewskiego".
Utyskiwania na "tych posłów" kwitowałem wzruszaniem ramionami i uwagą: "mój poseł jest bez zarzutu".
To były czasy.


Minęło 18 lat. Zamiast dojrzałego społeczeństwa obywatelskiego, wybierającego świadomie na kolorowym rynku idei,.mamy kibiców, widzów politycznego mordobicia i politycznych parodii teatralnych, w których jeśli partia rządząca mówi, że coś zrobi, to - tak, jak w teatrze - na niby.
Było kilka rządów, które realizowały jakiś program przywracania normalności. Tak, jak go pojmowały. Nie oceniam teraz, czy to zmiany we właściwym kierunku. Ale woli zmian nie sposób odmówić.
Rząd Mazowieckiego, Olszewskiego, Buzka i Kaczyńskiego.

Pozostałe coś markowały, coś robiły.
Od trzech lat mamy zjawisko niebywałe, rząd który nic nie robi, poza występowaniem w mediach, jako krytyk opozycji i bajarz o sukcesach ma prawie niezmienne poparcie i wygrywa w cuglach swoje.
Jego obietnicami można teraz tapetować ściany, jak polską marką przed reformą Grabskiego.

I jest nietykalny. Jakie jeszcze podłości w sprawie Katastrofy musi popełnić? Jakie jeszcze służalcze gesty musi wykonać? Jakie afery muszą zostać ujawnione, żeby ludzie oprzytomnieli? Ile razy nie uda mu się zlikwidować jednego absurdu, żeby nie wprowadzić następnego?
Ilu dziennikarzy trzeba zamienić na funkcjonariuszy partyjnych, którzy obejmą funkcje niezależnych komentatorów?

Jeśli nie działa zdrowy mechanizm wyborczego wahadła, a partia rządząca korumpuje się tak błyskawicznie i tak bezczelnie, to jaki wstrząs nas czeka?
Czy czekają nas rządy nad pół - pokoleniem? I dopiero następne pół-pokolenie, tak, jak w PRL wyzwoli następny oby bezkrwawy, zamach stanu?
I do władzy znów dojdzie ekipa zapasowa, pod hasłami odnowy?

Aha, a teraz znów dostał "wielkie poparcie". Ale nie przesadzajmy. Parę pocieszających porażek jednak poniósł. Parę dowodów na przytomność umysłu niektórych obywateli. Czy tylko szczęśliwy, wizerunkowy przypadek?
Bo Mirosław nomen omen Sekuła, Rycerz Afery Hazardowej poniósł sromotną porażkę. Nie będzie rządził Zabrzem.
Teraz poczekajmy, kto mu wynagrodzi ponurą rolę demoralizatora politycznego. Bezrobocie? Hahaha!


Mój kandydat przegrał, ale przynajmniej nie kłamał.
Dostał trochę więcej, ale i tak został skrytykowany i zaklasyfikowany, jako kabareciarz.

Mówienie serio. nie kłamanie - to, w tym najlepszym świecie, w XXI wieku,  - kabaret?
Ja nie mówię, że jest bez wad. Nie wiem, czy jest najlepszy. Po prostu tego nie wykluczam.
.
Jedyny kandydat, który istnieje w polityce od trzydziestu pięciu lat i nikt go nie złapał na ściemnianiu, jest uważany za kandydata niepoważnego. Nigdy nie zmienił poglądów. Nigdy nie odwołał swoich twierdzeń.
Nie musiał.
Wiele jego postulatów, obwołanych kiedyś, jako oszołomstwo, "poważne" partie, nie powołując się na autora, wprowadziły w życie.
Inne obiecały wprowadzić, a potem się z tego wycofały. Zawsze po cichu.

Wiele jego prognoz się sprawdziło, ale nikt go nie przeprosił. On ma tylko swoje prawo starej ciotki: "a nie mówiłem?"


Taki mały, symptomatyczny, szczegół.
Kabareciarz. Pięć procent poparcia.

listopad roku pańskiego dwa tysiące dziesiątego.

piątek, 12 listopada 2010

Marsz Niepodległości 11 listopada 2010, relacja subiektywna

Relacja subiektywna z Marszu Niepodległości 11 listopada 2010
1. Siły porządkowe – Przygotowane na wszelki wypadek. Udało im się nie wejść do czynnej interwencji.
Siły porządkowe

Armatka

2. Strona „antyfaszystów” – czyli nielegalne zgromadzenie, bronione przez dwa kordony policji. Jeden na koniach, drugi z tarczami.
Antyfaszystka

Antyfaszyści 3. Ziemia niczyja.
Podwójny kordon, pieszy i konny stoi zwrócony w stronę legalnej demonstracji, ochraniając nielegalną zadymę, zaopatrzoną we wszelkie akcesoria: transparenty, wielkie banery, megafony, przez które nadawana jest propaganda antyfaszystowska.
Państwo prawa.
Kordon

Demonstracja
4. Strona „faszystów” – czyli demonstracja legalna, której policja nie była w stanie zapewnić spokojnego przemarszu ustaloną trasą.
Sztandary Niepodległości

Korwin

Ziemkiewicz i Zawisza
5. Demonstracja, której nie było. Była, miało nie być.

Ci młodzi chłopcy, krzyczeli:
Bóg, Honor i Ojczyzna!
Cześć bohaterom!
Barwy Biało – Czerwone – Niezwyciężone!
Roman Dmowski – wyzwoliciel Polski!
NSZ – Narodowe Siły Zbrojne!

A ich przeciwnicy, którzy nielegalnie starali się im przeszkodzić: Hańba! (w domyśle: faszyzm).
Odpowiedź też była:
Raz sierpem, raz młotem, w czerwoną hołotę.
Ostro.
Kibice

Stalinowska Dyrektywa

Postój: Jedna godzina, czekamy, aż Policja coś wymyśli

Czyżby to były hasła faszystowskie?
O tak. Teraz rozumiem. W latach 80-tych, w stanie wojennym, moja dobra znajoma z Regionu Mazowsze, z kręgów KOR, na moje określenie komunistów „czerwoni”, powiedziała: „ty jesteś faszystą?”
Potem „przyznała mi się”: „Jestem Żydówką”. Ja: „Tak? Aaaa. No i co z tego?” . „No bo WY, to jesteście antysemici”. Długo starałem się ją uspokoić, że po pierwsze, faszystą nie jestem, jestem katolickim konserwatystą, po drugie, miałem pradziadka Żyda i zarzucano mi nieraz, że jestem filosemitą.

Często o niej myślę z żalem. Wówczas, gdy w Gazecie Wyborczej publikuje się teksty, jako żywo pachnące stalinowską propagandą.
W ostatnich dniach uświadamiam sobie ze zgrozą, że w dalszym ciągu, świadomie, czy nie, realizowana jest stalinowska dyrektywa, żeby przeciwników bolszewików nazywać faszystami, antysemitami. I jak się to wiele razy powtórzy, to przylgnie.

Stalina dawno nie ma.

Ze względu na moją znajomą, ze względu na dobre wspomnienia wspólnego działania, całym wysiłkiem bronię się przed myślą, że tam siedzą jakieś porąbane wnuki stalinowców, wrogowie Polski.
A może jednak już z nimi zerwała, jak wielu porządnych ludzi, którzy po jakimś czasie otrzeźwieli?

Dzień Niepodległości. Prezydent wygłosił dobre przemówienie.

Ale siły antyfaszystowskie nie usłuchały jego wezwania do narodowej zgody i współpracy.
Zamierzały przeszkodzić demontracji patriotycznej, ponieważ demonstrowała młodzież, spod znaku niesłusznych organizacji. A byli tam: Wolność i Praworządność Janusza Korwin-Mikkego, ONR, Młodzież Wszechpolska, kibice klubu sportowego „Hutnik” i inne grupy, głównie młodzieży.

Demonstrację poręczały ogólnie szanowane a w każdym razie całkowicie obce idei faszyzmu osobistości z kręgów prawicowych. Jednak zamiast stać się rekojmią dla czystości intencji i godnego przebiegu demonstracji, dały Gazecie Wyborczej powód do stwierdzenia: „W Polsce nie jest już wstyd sprzyjać faszystom”.

Faszyści. Pamiętam. Ten termin – to stalinowskie określenie Niemców, Narodowych Socjalistów. Żeby zamazać pokrewieństwo. W Polsce komunistycznej, do roku 1956, to obowiązkowa nazwa każdego Żołnierza Niepodległości, każdej Organizacji Walczącej Jeszcze Wówczas O Niepodległość, każdego Zasłużonego Polaka, który ośmielił się być w opozycji lub walczyć zbrojnie przeciw nowemu okupantowi.
Władysław Anders, Stanisław Maczek, Jan Nowak Jeziorański, Witold Pilecki, Antoni Heda – Szary, Józef Kuraś –Ogień, Zygmunt Szyndzielarz – Łupaszka.
Kazimierz Moczarski który siedział w jednej celi z katem getta warszawskiego. A ordynans kata opatrywał faszyście dłonie z wyrywanymi na przesłuchaniach paznokciami.
To wszysto byli faszyści. Tak pisano w komunistycznych gazetach. Faszyści! Pamiętam!

Listopad 2010. Siedem mięsięcy po katastrofie Smoleńskiej. Dwadzieścia jeden lat III Rzeczypospolitej.

Zgoda buduje – przemawia Przezydent.
Młodzi, patriotyczni chłopcy, którzy chcą być dumni ze swego kraju, ze swego narodu, którzy chcą to zademonstrować i w tym celu jadą przez cała Polskę.
Źle myślą? Są za mało tolerancyjni? Za mało kochają mniejszości? Są za bardzo homofobiczni?
Za bardzo katoliccy? Za mało lewicowi i za mało antykapitalistyczni?
Tak! Potrzebna demonstracja siły antyfaszystów, o nazwie, jakby żywcem przeniesionej z sowieckich czasów rozkułaczania i wywożenia polskich panów na Sybir.
Na pewno ich nauczy toleracji dla lewicowych idei.
Blokowanie przez policję legalnej, zachowującej się nienagannie demonstracji i ochranianie nielegalnej blokady, na pewno nauczy ich szacunku do III Rzeczypospolitej i praworządności.
Godzinna blokada na ulicy Browarnej całkowicie zbiła organizatorów demonstracji z pantałyku. Specjalnie czekałem, mimo zimna i obowiązków rodzinnych, jak długo ludzie wytrzymają.
Na co liczono, nie proponując kolejnej zmiany trasy i trzymając ludzi w przejmującym zimnie przez godzinę?
Na to, że te kilka tysięcy znudzi się i się rozejdzie? Bo zadymiarzy lepiej nie ruszać, żeby nie zadrzeć z wpływowym dziennikiem, który dał hasło do zadymy i kupił zadymiarzom gwizdki?
Żeby nie zadrzeć z naczelnym, który właśnie został kawalerem Orła Białego?
Po śpiewach, hasłach a nawet rozgrzewających podskokach, w obliczu groźby prowokacji lub ekscesów najbardziej niecierpliwych młodych ludzi, organizatorzy ogłaszali dalej: czekać, nie ma zmiany trasy.
Wreszcie kilku młodych chłopaków z flagą powiedziało basta! I poszli w przecznicę. Pociągnęli za sobą tłum. Kiedy Janusz Korwin-Mikke postanowił też za nimi się udać, pochód ruszył dalej, do celu, do pomnika Romana Dmowskiego. Można było go powstrzymać tylko siłą.
Na szczęście policja po prostu dostosowała się do sytuacji blokując przecznice i nie dopuszczając zadymiarzy.
Demonstracja została uratowana przez paru odważnych, nieposłusznych chłopaków.
Przeszła ulicą Dobrą. Przy dojściu do Solca stanąłem na chodniku i sfilmowałem przemarsz. Trwał 6 minut. Tylu faszystów z całej Polski, głównie Młodzieży Wszechpolskiej, przyjechało, żeby wziąć udział w tym marszu.
Nigdy nie byli mi specjalnie bliscy. Prawdopodobnie przez dorabianą gębę faszysty.
Aż do dzisiaj. Teraz wiem, że to dobrze wychowani porządnie ubrani i odpowiedzialni chłopcy. Taki symptomatyczny szczegół. Słyszałem bardzo mało, o wiele mniej, niż przeciętnie się słyszy, przekleństw.

Warszawiacy, tak jak Rafał Ziemkiewicz, poszli na te demonstrację tylko dlatego, żeby dać wyraz swojemu oburzeniu przeciw wołającej o pomstę do nieba manipulacji Gazety Lewaków.

Byli może trochę zagubieni i obcy w tym tłumie młodzieży; chłopców i dziewcząt. Ale ja mam nadzieję, sądząc po sobie, że czuli się jak wśród swoich, trochę niesfornych i czupurnych dzieci.
To są faszyści?
Tak, według nomenklatury Stalina. Ale ja bym im jeszcze tak zaszczytnego miana nie nadawał. Jeszcze muszą sobie nań zasłużyć.
Mają dobre zadatki. Jak będzie kiedyś trzeba, będą ratować życie nawet tym zadymiarzom.

Faszysta. Od wczoraj.

środa, 10 listopada 2010

Bezwstywna propaganda wyborcza

A ja własnie, że popieram.
Nie jest to obowiązkowe, ale moim zdaniem, pozwoliłoby przynajmniej dać nam szansę na wyjście z zaklętego kręgu niemożności.
Wszyscy inni już mieli swoją szansę.


Może jeszcze pan Czesław Bielecki budzi moje (małe) nadzieje.
Ale na razie stawiam na Korwina.

Przypis 27 1 2013: I to było ostatni raz



środa, 27 października 2010

Kolory smutku



Lubię smutek w kolorze jesiennego słońca.
Jest smutno, ale można jednak odetchnąć pełną piersią.


Nadzieja jest gdzieś za tymi drzewami, ale tylko na zdjęciu wydaje się, że to daleko. Muru nie widać a tak naprawdę, jest o kilka minut dobrego marszu.


Za murem jest życie a łączność z Tymi, dla których zanurzamy się w tym słonecznym smutku ....dalej trwa.
Sursum corda!